| |
Pułapki pracy
misyjnej w Kosmosie.
"..Już pierwsi odkrywcy
Urtamy nie mogli nachwalić się jej mieszkańców, potężnych
Memnogów. Panuje przeświadczenie, że te rozumne
istoty należą do najbardziej uczynnych, łagodnych,
dobrotliwych i przenikniętych altruizmem stworzeń w
całym Kosmosie. Licząc więc na to, że na takim
gruncie doskonale przyjmie się ziarno wiary,
wysłaliśmy do Memnogów ojca Orybazego mianując go
biskupem m partibus infidelium. Przybyłego na
Urtamę przyjęli Memnogowie tak, że trudno sobie życzyć
czegoś lepszego; otaczali go macierzyńską opieką,
szanowali, wsłuchiwali się w każde jego słowo,
odczytywali mu z oczu i spełniali natychmiast każde
życzenie, wprost pili wygłaszane przezeń nauki,
jednym słowem, oddali mu się całkowicie. W listach,
które mi pisywał, nie mógł się ich nachwalić,
nieszczęśliwy... ...
— W tak sprzyjającej atmosferze ojciec Orybazy nie
ustawał dniem ani nocą głosić zasad wiary.
Wyłożywszy Memnogom historię Starego i Nowego
Testamentu, Apokalipsę i Listy Apostolskie, przeszedł
do żywotów świętych; szczególnie wiele żaru
włożył w opiewanie męczenników pańskich. Biedak...
to zawsze była jego słabość... ...
— Prawił im przeto o świętym Janie, który zdobył
światłość wiekuistą, kiedy go żywcem ugotowano w
oleju, o świętej Agnieszce, co dała sobie głowę dla
wiary odciąć, o świętym Sebastianie, przeszytym
mnogimi strzałami, który cierpiał srogie katusze, za
co w raju przywitały go pienia anielskie, o
miedziankach świętych ćwiartowanych, duszonych,
łamanych kołem i palonych małym ogniem. Męki te
przyjmowali z zachwytem, pojmując, że zyskują tak
miejsce po prawicy Pana Zastępów. Kiedy opowiedział
im wiele podobnych, godnych naśladowania żywotów, zasłuchani
w jego słowa Memnogowie jęli spoglądać na siebie, a
największy z nich zagadnął nieśmiało:
— Wielebny kapłanie nasz, kaznodziejo i ojcze
czcigodny, powiedz nam, proszę, jeśli tylko zechcesz
zniżyć się do niegodnych twych sług, czy dusza
'każdego, kto gotów jest na męczeństwo, dostaje się
do nieba?
— Niewątpliwie tak, synu mój! — odrzekł
ojciec Orybazy.
— Taak? To bardzo dobrze... — powiedział
przeciągle Memnóg. — A czy ty, ojcze duchowny,
pragniesz dostać się do nieba?
— Jest to moim najgorętszym życzeniem, synu.
— A świętym chciałbyś zostać? — pytał
dalej wielki Memnóg.
— Synu zacny, któż by nie chciał nim
zostać, ale gdzie mnie tam, grzesznemu, do tak wysokiej
godności; trzeba wytężać wszystkie siły i dążyć
nieustannie w największej pokorze serca, aby wstąpić
na tę drogę...
— Więc chciałbyś zostać świętym? —
upewnił się Memnóg raz jeszcze, spozierając
zachęcająco na towarzyszy, którzy nieznacznie unieśli
się z miejsc.
— Oczywiście, synu.
— No, to my ci pomożemy!
— W jaki sposób, miłe owieczki? — spytał z
uśmiechem ojciec Orybazy, albowiem radowała go naiwna
gorliwość wiernej trzódki.
Na to Memnogowie delikatnie, lecz mocno wzięli go pod
pachy i rzekli:
— W taki sposób, drogi ojcze, jakiego nas właśnie
nauczyłeś!
Za czym najpierw zdarli mu z grzbietu skórę i
namaścili to miejsce smołą, jak to zrobił kat
Irlandii świętemu Hiacyntowi, potem odrąbali mu lewą
nogę, jak to poganie uczynili świętemu Pafnucemu,
następnie rozpruli mu brzuch i wsadzili weń wiecheć
słomy, jak się to przydarzyło błogosławionej
Elżbiecie normandzkiej, za czym wbili go na pal, jak
Emalkici świętego Hugona, połamali mu żebra, jak
Tyrakuzanie świętemu Henrykowi z Padwy, i spalili go
powolutku na małym ogniu, jak Burgundzi Dziewicę
Orleańską. Potem zaś odsapnęli, umyli się i jęli
łzy ronić rzewne za swym utraconym pasterzem.
Na czym właśnie zastałem ich, - mówi ojciec
Lacymon, przełożony, przełożony wszystkich misji
działających w promieniu sześciuset lat świetlnych -
albowiem objeżdżając wszystkie gwiazdy diecezji
wstąpiłem do ich parafii. Kiedy usłyszałem, co się
stało, włosy wstały mi na głowie. Załamawszy ręce,
krzyknąłem:
— Niegodni zbrodniarze! Mało dla was piekła!
Czy wiecie, żeście wydali dusze na wieczne
potępienie?!!
— A jakże — odparli szlochając — wiemy!
Ów największy Memnóg wstał i tak mi powiedział:
— Czcigodny ojcze, wiemy dobrze, że będziemy
potępieni i męczeni do końca świata, i musieliśmy
toczyć straszne walki duchowe, zanim powzięliśmy ten
zamiar, jednakowoż ojciec Orybazy nieustannie
powtarzał nam, że nie ma takiej rzeczy, której dobry
chrześcijanm nie uczyniłby dla swego bliźniego, że
należy oddać mu wszystko i na wszystko być dlań
gotowym; tak więc zrezygnowaliśmy z największą
rozpaczą ze zbawienia myśląc tylko o tym, by
najdroższy ojciec Orybazy zyskał koronę męczeńską
i świętość."
z: Stanisław Lem (1966)
Dzienniki gwiazdowe.
Wydawnictwo Literackie, Kraków, str.147-9

photo: PAP
[QZE02::045];[QAB07::558]p147-9
No: 1773; w sieci27.7.2007
|
|