Kurioza naukowe / Scientific curiosities ISSN 1176-7545; rok VIII; No 1763

Zestawienie tematyczne prowadzone na bieżąco

Jedno zdumienie dziennie...

 
.
 

Opowiadanie Wrrwl (cz. I) 
(UFO nad Polską 5500 lat temu)
 

Wrrwl, kiedy osiągnęła dostojny wiek, lubiła otaczać się gromadką swoich dzieci i wnuków i wspominać o przeszłości w długie wieczory zimowe, kiedy już na polu nie można było pracować ani zbierać nasion po bezdrożach, a był dostateczny zapas drwa, by palić w chacie ognisko. Od urodzenia pierwszego dziecka minęło wiele lat - trzeba było dotknąć więcej niż raz wszystkie palce u nóg, żeby przypomnieć sobie kolejne mijające zimy jakie minęły od tego czasu kiedy. Przemijane lata liczono dotykając palcami rąk kolejne palce u nóg.
Któregoś wieczoru, kiedy łagodny śnieg pokrywał pola i białe płatki wpadały prosto w  wygasające ognisko domowe, któraś wnuczka spytała - babciu, a co to za amulet, który zawsze nosisz na
piersi?

I Wrrwl zaczęła opowiadać.
Kiedy starszyzna naszej osady poznała po różnych objawach, że czas dla mnie szukać męża, kilku starców, z szamanem na czele, zabrali mnie do sąsiedniej osady, żeby przedstawić mnie tamtejszej starszyźnie jako kandydatkę do żeniaczki. Była to wizyta zapoznawcza i o pokładzinach nie było jeszcze mowy. Zresztą miałam jeszcze pstro w głowie, choć już rodzić bym mogła, jak orzekły starsze w naszej osadzie. Kiedy wracaliśmy łodzią od sąsiadów,  ja rozglądałam się pilnie dookoła. Wszystko było takie ciekawe.
Rzeka płynie przez gęsty las. Można napatrzeć się na różne drzewa, czasem jakiś lis się pojawi, czasem nawet wilk, a niektórzy to widzieli nawet niedźwiedzia. No i pełno ptaków. Bardzo lubiłam takie rozglądanie się dookoła. W naszej osadzie nie było tylu ciekawych różności. Ale nagle otworzyła się
polanka dotykająca brzegu rzeki, a na niej stał dziwny twór. Coś jakby duży słup, ale wysoki jak najwyższe drzewa i gruby, że ze trzy woły mogłyby się w nim obracać. Cały błyszczał, jakby był zrobiony z takiego samego metalu, jak ten talizman, który zakładał nasz szaman na specjalne uroczystości, tylko że był bielszy. A błyszczał, że aż oczy bolały. Na samej górze wyraźnie było widać coś jakby pojedynczy rozdwojony róg, tylko błyszczący w słońcu innym kolorem, bardziej żółtawym. Przed tym dziwadłem było wydeptane pole, ale nikogo na tym poletku nie było. Widać było dwa koła, na którym dziwadło stało, może w tyle były inne koła, ale niewidoczne. Koła te przypominały to, na czym lepi się garnki przed wypalaniem. Podobne koła zawieszone były wyżej, u szczytu dziwadła. W nich coś migało, jakby ktoś rozpalał ognisko, albo zostawił rozżarzone węgle. Po środku, tam gdzie na brzuchu ma się pępek, było jeszcze jedno koło, inne, bardzo błyszczące, jakby kto na sadzawkę w słońcu spoglądać. Potem płynęliśmy obok poletek należących do ludzi naszej osady. Z dala widać było znajome mi krzewy na miedzach. Dokładnie odróżniałam poletko, które oporządzałyśmy z mamą i siostrami, jak trzeba było pielić czy zbierać ziarno.  Ale kiedy minęliśmy pola, zobaczyłam jeszcze jednego potwora po tej samej stronie rzeki, jeszcze bardziej błyskającego w słońcu i też z kołami, w których jakby się paliło i od czasu do czasu coś łyskało mocniej. Ten potwór był nawet większy i na samej górze miał też błyszczące rogi, ale jak u starszego jelonka, więcej rozdwojone.
Przeraziłam się trochę tymi dziwadłami, nigdy nie widzianymi u nas. Chciałam nawet zwrócić uwagę starszyzny na nie. Ale gdzie tam, byli tak zajęci rozmową o dziewczynach w pobliskiej osadzie, że nie zwracali na mnie żadnej uwagi. 
Dzieciska słuchały jak urzeczone.
Potem były - ciągnęła dalej - wysokie drzewa i jeszcze jeden potwór między drzewami. Ale ten był jakby pusty, nie było przed nim wydeptanej polanki, nie miał też rogów, a tylko trzy koła było widać i nic w nich nie błyskało. Wydawało mi się, że ktoś z tyłu siedział czy leżał nie
poruszając się.

Następnego dnia nie wyszłam z innymi dziewczynami w pole, ale zostałam z wujkiem Mrmr, który zaczął przygotowywać glinę, by zrobić kilka garnców i mis. Lepienie garnków to była jego robota w osadzie. Pomagałam mu wtedy w zbieraniu drwa. Bardzo ciekawe rzeczy robił wujek. Siadał przy kole garncarskim, kładł na nim pecynkę gliny. Najpierw palcami wygniatał w niej dołek, a potem rozkręcał nogami koło aż wyrastało na nim prawdziwe cudo modelowane jego zgrabnymi palcami. Wyrastały dzbany, misy, garnce, czasem wyrabiał coś dla dzieci, jakąś zabawkę czy fujarkę, jak było dosyć gliny i miejsca w piecu. Strasznie lubiłam się temu przypatrywać. Kiedy już Mrmr wyrobił glinę, odstawił miękkie jeszcze formy, odszedł na jakiś czas, żeby przygotować piec, wygarnąć popiół i i inne rzeczy do wypału. Długp czekałam, i z nudów, wzięłam patyczek z wiązki drew i na jednym, mokrym jeszcze garncu wydrapałam to, co widziałam poprzedniego dnia, jak to wracaliśmy łodzią z sąsiedniej osady. Wyglądało to mniej więcej tak: 

Po zakończeniu wszystkich przygotowań Mrmr szybko poustawiał wyrobione naczynia na ławie do wysuszenia. Po jakimś czasie rozpoczęło się wypalanie naczyń.
(Cz. II patrz tu)

(bardziej poważne potraktowanie zagadnienia znajduje sie tu: A, B, C )


Wrrwl’s story (part I)
(UFO in Poland 5500 years ago)

When Wrrwl reached a dignified age she liked to be surrounded by her children and grandchildren. She would spend the long winter evenings recalling the past, when it was impossible to work in the field or pick up the seeds in the wilderness, but there was enough wood to make a fire in the hut. It had been many years since the first child was born. It was necessary to touch all the toes more than once to remember the winters that had gone by since then. At that time people counted passed years by touching toes. One evening when the snow covered the fields and white flakes were falling straight into the burning fire, one of her granddaughters asked - "Grandma, what is it about that amulet you always wear? "

And Wrrwl began talking.

When the village elders had recognized, by certain symptoms, it was time to start looking for a husband for me I was taken to the neighbouring village to be introduced to the local elders as a candidate for marriage. It was only an ice-breaking visit. I was still flighty, however I was able to bear children, as the older women from our village had told me. When we were on a boat on the way back from our neighbours I was looking around constantly. Everything seemed to be so interesting.

The river flows through the thick forest. You can look at various trees, sometimes you can see a fox, sometimes a wolf, some people supposedly even saw a bear. And there are lots of birds. I really enjoyed looking around. There were not so many interesting things to watch in our village. Suddenly I saw a clearing, it was very close to the bank upon which stood an oddity, something like a big pole. It stood higher than the highest trees and so thick that it could fit three oxen. It was very shiny and made of the same metal as the talisman that our shaman wore during special ceremonies, but whiter. It shone so bright it made my eyes sore. At the very top one could clearly see something that looked singular but was split into two horns. This headpiece glowed a different colour in the sun, more yellowish. In front of that oddity there was a well-trodden field, but there was nobody to be seen. We could only see two wheels on which the oddity was standing. Maybe there were otherSimilar wheels were hung at the top of the oddity. They were flickering as if somebody was making a fire or left glowing embers inside them. In the middle, where normally one has a belly button there was another wheel, different, shinier, like a pond in the sun. Then we passed by the fields belonging to people from our village. I could see familiar bushes from the distance. I could easily distinguish the field my mum, my sisters and I were working on when it was necessary to weed or harvest the seed. However when we passed the fields I saw another monster on the same side of the river. It had the same wheels and glowed even more. That monster was even bigger and at the very top it had shiny horns, but they were split like the horns of an old hind.

I had never seen anything like that before so I was frightened. I was going to tell the elders about it - but forget it - they were so busy talking about the girls from the neighbouring village that they didn’t pay any attention to me. The kids were listening with bated breath. Then I saw - she continued - tall trees and another monster between them. However this one seemed kind of empty, there was no path in front of it, no horns, only three wheels, but they didn’t shine. I thought there was somebody sitting or lying behind it.

The next day I didn’t go to work in the field with the other girls. I stayed at home with my uncle Mrmr, who began preparing clay to make a few pots and bowls. Making pots was his job in the village. I helped him to pick up firewood. My uncle did very interesting things. He used to sit at the potter’s wheel and put a lump of clay on it. First he made a hole in the clay and then started spinning the wheel until another beauty created by his skilful fingers was finished. He made jugs, bowls, pots. Sometimes he would make something for the kids, a toy or a pipe if there was enough clay and space in the kiln. I loved watching him working. When Mrmr finished preparing clay and put away the still soft forms, he went to take out the ashes and prepare the kiln. I was waiting for a while so out of boredom I grabbed a stick from the pile of the firewood and started scratching everything I saw the previous day, on one of the still wet pots. It looked more or less like this:

[illustr.]

After finishing all the preparations Mrmr quickly put the dishes on the bench to dry them. After a while firing began. (part II)

 [QZE01::003];ART39-Br
No: 1763; w sieci:12.7.2007

 

 


 

witrynę prowadzi
© R. Antoszewski
Titirangi, Auckland, 
Nowa Zelandia

(wybrane z publ. R. Antoszewskiego)

v.85

  Site Meter