| |
Antypodalna eskapada
polskich parlamentarzystów.
Kilka dni temu odwiedziła Nową
Zelandię Wielka Polska Delegacja Parlamentarna. I co do
wagi oficjałów, a jeszcze bardziej co do liczebności,
była to wielka rzecz. Delegacja przybyła z całą
pompą rządowym samolotem, odpowiednią obstawą
poprzedzona pewną
propagandą, mylącą zresztą, w polonijnych sferach. Przywódcą całej
wyprawy był marszałek Senatu Bogdan Borusewicz. Miał
przy sobie 69 (ja
naliczyłem 63, inni pewnie byli zakamuflowani?) prominentów, w tym sześciu oficjalnych
(Dobrosz, Waszkowiak, Rochnowska, Zając, Rutnicki, Polkowska) i
siedmiu nieoficjlanych (?). Do tego dochodziło siedmiu
ochroniarzy, trzy osoby z mediów, trzy osoby z innych
rządowych instytucji, dziewięciu członków załogi i
26 przedstawicieli biznesu. Z raportu wstępnego nie
wynika, czy ktoś za siebie płacił. A cała rzecz
kosztowała wiele, dobrze ponad 1.000.000 zł), co
poruszała polska prasa i nie warto tu tego powtarzać. Cel
wizyty od samego początku nie był jasny a dobór
uczestników żenująco podejrzany - jednogłośnie
komentowano całą imprezę jako wycieczkę w egzotyczne kraje. Oto
cytaty z polskiej prasy:
"Politycy,
którym udało się znaleźć w składzie delegacji,
twierdzą, że ta egzotyczna podróż, na dodatek
prezydenckim samolotem, nie ma nic wspólnego z turystyką.
"To czysto robocza wizyta. Mamy spotkanie za
spotkaniem" - przekonuje nas poseł PO i członek
Polsko-Australijskiej Grupy Parlamentarnej Stanisław
Gorczyca, który do tej pory nie był jeszcze na
antypodach. Przyznaje jednak, że chciałby chociaż na
chwilę zajrzeć na Bondi Beach w Sydney, jedną z najpiękniejszych
plaż na świecie. "Ta atrakcja może nam umknąć,
bo takiego punktu chyba nie ma w naszym programie"
- martwi się.
Więcej optymizmu ma jego klubowy kolega Jakub Rutnicki,
który także zasiada w Polsko-Australijskiej Grupie
Parlamentarnej. "Może uda mi się zanurzyć stopę
w oceanie" - mówi nam. Kąpiel w Pacyfiku nie jest
jednak tym, na co Rutnicki cieszy się najbardziej. Na
jego stronie internetowej czytamy, że "marzy mu się
podróż do Nowej Zelandii". A na tej urokliwej
wyspie posłowie spędzą całe cztery dni.
Tak sprecyzowanych oczekiwań nie ma za to inna
uczestniczka delegacji posłanka Samoobrony Renata
Rochnowska, która w Sejmie zajmuje się finansami
publicznymi. "To klub wytypował mnie do tego
wyjazdu. Wybrali mnie, bo znam angielski" -
przyznaje z rozbrajającą szczerością.
Oprócz tej trójki polski Sejm w Australii będzie
reprezentować jeszcze Janusz Dobrosz z LPR i Stanisław
Zając z PiS. Marszałek Senatu Bogdan Borusewicz, który
ma stać na czele delegacji, przyznaje, że nie wie,
dlaczego jadą akurat te osoby."
Moje obiekcje zmalały, kiedy przeczytałem wyjaśnienie
Borusewicza w odpowiedzi na pytanie dociekliwego
dziennikarza co do celów wycieczki:
"Wiem, że mogą się
pojawić zarzuty dotyczące długości wizyty, ale nasza
diaspora jest tam naprawdę wyjątkowo liczna" - tłumaczy
Borusewicz.
Jak tak, to tylko przyklasnąć, pomyślałem.
Delegacja przebywała w Nowej
Zelandii cztery dni, odbyła dwa krótkie spotkania z
Polonią i odwiedziła Muzeum Dzieci z Pahiatua. Na
przybycie Delegacji na zebranie w domu polskim w
Wellington czekało kilkadziesiąt osób i grupa taneczna dzieci
ponad półtorej godziny, bo delegacja się spóźniła.
W Auckland czekano tylko pół godziny by usłyszeć dwa
powitania i przemówienie - nic nie mówiące -
Borusewicza. O pytaniach na temat żywotnych spraw
emigracji nie było mowy. Trzeba je napisać do
Sekretariatu Marszałka
Senatu i stamtąd przyjdzie odpowiedź.
W Auckland
spotkanie miało na dodatek posmak skandalu
organizacyjnego. Z natury rzeczy wizyty oficjalne
powinny być organizowane przez służbę dyplomatyczną.
W Auckland Konsul Honorowy przekazał sprawę
Stowarzyszeniu Polaków, które rozesłało swym
kilkudziesięciu członkom zawiadomienia na dzień przed
spotkaniem, bo wcześniej nie otrzymano konkretnych
informacji od Konsula. Inni Polacy, jest jest tu ich koło 2.000, o
niczym nie wiedzieli, nie było żadnej wiadomości w
radiu czy prasie.
Posmak kafkowski miało spotkanie delegacji z
nowozelandzkimi parlamentarzystami. Odbyło się ono w
Bibliotece Narodowej, w tym czasie najważniejsze osobistości rządowe
były za granicą, a obecni parlamentariusze dowiedzieli
się od Borusewicza, że Nowa Zelandia nie jest członkiem
Unii Europejskiej, której akurat strzeliła pięćdziesiątka.
Pod hasłem rocznicowym odbywało się to spotkanie. Parlamentariusze
na pewno byli zdziwieni bogactwem ilościowym
polskiej delegacji - parlament tutejszy liczy zaledwie
120 osób. W prasie nie było żadnego oddźwięku
wizyty polskiej.
W prasie polskiej po wizycie nie znalazłem nic szczególnego,
ale i nie szukałem zbyt starannie. Jedno tylko zwróciło
moją uwagę, wypowiedź Renaty Chrzanowskiej z PAP:
Polscy parlamentarzyści spotkali
się w piątek wieczorem z Polonią w Auckland, która
liczy około dwóch tysięcy osób.
W Auckland istnieje Dom Polski, w którym Polacy się
spotykają, czytają polskie książki, obchodzą
polskie święta narodowe. Prowadzą także, założone
przez Roya- Wojciechowskiego, Muzeum Dziedzictwa
Polskiego, gdzie prezentują nowozelandczykom historię
Polski, polskie zwyczaje, kulturę, wyświetlają
polskie filmy.
Trudno w większą bzdurę. O
skandalu informacyjnym wspomniałem wyżej. A samo
Stowarzyszenie od lat drętwieje coraz bardziej i
bez udziału polskiej parafii życia polonijnego nie byłoby
tu już
od kilku lat. Na spotkanie przybyło około 30-40 osób.
A Muzeum Dziedzictwa Polskiego nie ma i
nie miało nic wspólnego ze Stowarzyszeniem. Jest
prywatną instytucją Roya-Wojciechowskiego, zresztą z
Polonią ma niewiele kontaktów.
Tak więc kosztowna wizyta,
zamiast spodziewanych korzyści, przyniosła szkody.
Zamiast pogłębić kontakt z krajem, która to sprawa
nowych, licznych emigrantów coraz mniej obchodzi, obniżyła
autorytet polskich władz i pogłębiła rozterkę
emigrantów nowozelandzkich. Co dalej..

Borusewicz w otoczeniu dziewczyn władczo spoziera na
maoryską dziewoję.
[QZE01::092];[QEP49::122]-4;[QEP50::093];[QLE15::023]
No: 1694; w sieci: 12.4.2007
|
|