Kurioza naukowe polityczne ISSN 1176-7545; rok VIII; No 1694
Zestawienie tematyczne prowadzone na bieżąco

 

 

.

 

Jedno zbaranienie dziennie..

.
 

Antypodalna eskapada polskich parlamentarzystów.

Kilka dni temu odwiedziła Nową Zelandię Wielka Polska Delegacja Parlamentarna. I co do wagi oficjałów, a jeszcze bardziej co do liczebności, była to wielka rzecz. Delegacja przybyła z całą pompą rządowym samolotem, odpowiednią obstawą poprzedzona pewną propagandą, mylącą zresztą, w polonijnych sferach. Przywódcą całej wyprawy był marszałek Senatu Bogdan Borusewicz. Miał przy sobie 69 (ja naliczyłem 63, inni pewnie byli zakamuflowani?) prominentów, w tym sześciu oficjalnych  (Dobrosz, Waszkowiak, Rochnowska, Zając, Rutnicki, Polkowska) i siedmiu nieoficjlanych (?). Do tego dochodziło siedmiu ochroniarzy, trzy osoby z mediów, trzy osoby z innych rządowych instytucji, dziewięciu członków załogi i 26 przedstawicieli biznesu. Z raportu wstępnego nie wynika, czy ktoś za siebie płacił. A cała rzecz kosztowała wiele, dobrze ponad 1.000.000 zł), co poruszała polska prasa i nie warto tu tego powtarzać. Cel wizyty od samego początku nie był jasny a dobór uczestników żenująco podejrzany - jednogłośnie komentowano całą imprezę jako wycieczkę w egzotyczne kraje. Oto cytaty z polskiej prasy:

"Politycy, którym udało się znaleźć w składzie delegacji, twierdzą, że ta egzotyczna podróż, na dodatek prezydenckim samolotem, nie ma nic wspólnego z turystyką. "To czysto robocza wizyta. Mamy spotkanie za spotkaniem" - przekonuje nas poseł PO i członek Polsko-Australijskiej Grupy Parlamentarnej Stanisław Gorczyca, który do tej pory nie był jeszcze na antypodach. Przyznaje jednak, że chciałby chociaż na chwilę zajrzeć na Bondi Beach w Sydney, jedną z najpiękniejszych plaż na świecie. "Ta atrakcja może nam umknąć, bo takiego punktu chyba nie ma w naszym programie" - martwi się.
Więcej optymizmu ma jego klubowy kolega Jakub Rutnicki, który także zasiada w Polsko-Australijskiej Grupie Parlamentarnej. "Może uda mi się zanurzyć stopę w oceanie" - mówi nam. Kąpiel w Pacyfiku nie jest jednak tym, na co Rutnicki cieszy się najbardziej. Na jego stronie internetowej czytamy, że "marzy mu się podróż do Nowej Zelandii". A na tej urokliwej wyspie posłowie spędzą całe cztery dni.
Tak sprecyzowanych oczekiwań nie ma za to inna uczestniczka delegacji posłanka Samoobrony Renata Rochnowska, która w Sejmie zajmuje się finansami publicznymi. "To klub wytypował mnie do tego wyjazdu. Wybrali mnie, bo znam angielski" - przyznaje z rozbrajającą szczerością.
Oprócz tej trójki polski Sejm w Australii będzie reprezentować jeszcze Janusz Dobrosz z LPR i Stanisław Zając z PiS. Marszałek Senatu Bogdan Borusewicz, który ma stać na czele delegacji, przyznaje, że nie wie, dlaczego jadą akurat te osoby."


Moje obiekcje zmalały, kiedy przeczytałem wyjaśnienie Borusewicza w odpowiedzi na pytanie dociekliwego dziennikarza co do celów wycieczki: 
"Wiem, że mogą się pojawić zarzuty dotyczące długości wizyty, ale nasza diaspora jest tam naprawdę wyjątkowo liczna" - tłumaczy Borusewicz. 

Jak tak, to tylko przyklasnąć, pomyślałem.
 
Delegacja przebywała w Nowej Zelandii cztery dni, odbyła dwa krótkie spotkania z Polonią i odwiedziła Muzeum Dzieci z Pahiatua. Na przybycie Delegacji na zebranie w domu polskim w Wellington czekało kilkadziesiąt osób i grupa taneczna dzieci ponad półtorej godziny, bo delegacja się spóźniła. W Auckland czekano tylko pół godziny by usłyszeć dwa powitania i przemówienie - nic nie mówiące - Borusewicza. O pytaniach na temat żywotnych spraw emigracji nie było mowy. Trzeba je napisać do Sekretariatu Marszałka Senatu i stamtąd przyjdzie odpowiedź. 
W Auckland spotkanie miało na dodatek posmak skandalu organizacyjnego. Z natury rzeczy wizyty oficjalne powinny być organizowane przez służbę dyplomatyczną. W Auckland Konsul Honorowy przekazał sprawę Stowarzyszeniu Polaków, które rozesłało swym kilkudziesięciu członkom zawiadomienia na dzień przed spotkaniem, bo wcześniej nie otrzymano konkretnych informacji od Konsula. Inni Polacy, jest jest tu ich koło 2.000, o niczym nie wiedzieli, nie było żadnej wiadomości w radiu czy prasie. 
Posmak kafkowski miało spotkanie delegacji z nowozelandzkimi parlamentarzystami. Odbyło się ono w Bibliotece Narodowej, w tym czasie najważniejsze osobistości rządowe były za granicą, a obecni parlamentariusze dowiedzieli się od Borusewicza, że Nowa Zelandia nie jest członkiem Unii Europejskiej, której akurat strzeliła pięćdziesiątka. Pod hasłem rocznicowym odbywało się to spotkanie. Parlamentariusze na pewno byli zdziwieni bogactwem ilościowym polskiej delegacji - parlament tutejszy liczy zaledwie 120 osób. W prasie nie było żadnego oddźwięku wizyty polskiej. 
W prasie polskiej po wizycie nie znalazłem nic szczególnego, ale i nie szukałem zbyt starannie. Jedno tylko zwróciło moją uwagę, wypowiedź Renaty Chrzanowskiej z PAP:

Polscy parlamentarzyści spotkali się w piątek wieczorem z Polonią w Auckland, która liczy około dwóch tysięcy osób.
W Auckland istnieje Dom Polski, w którym Polacy się spotykają, czytają polskie książki, obchodzą polskie święta narodowe. Prowadzą także, założone przez Roya- Wojciechowskiego, Muzeum Dziedzictwa Polskiego, gdzie prezentują nowozelandczykom historię Polski, polskie zwyczaje, kulturę, wyświetlają polskie filmy.

Trudno w większą bzdurę. O skandalu informacyjnym wspomniałem wyżej. A samo  Stowarzyszenie od lat drętwieje coraz bardziej i bez udziału polskiej parafii życia polonijnego nie byłoby tu już od kilku lat. Na spotkanie przybyło około 30-40 osób. A Muzeum Dziedzictwa Polskiego nie ma i nie miało nic wspólnego ze Stowarzyszeniem. Jest prywatną instytucją Roya-Wojciechowskiego, zresztą z Polonią ma niewiele kontaktów. 

Tak więc kosztowna wizyta, zamiast spodziewanych korzyści, przyniosła szkody. Zamiast pogłębić kontakt z krajem, która to sprawa nowych, licznych emigrantów coraz mniej  obchodzi, obniżyła autorytet polskich władz i pogłębiła rozterkę emigrantów nowozelandzkich. Co dalej..


Borusewicz w otoczeniu dziewczyn władczo spoziera na maoryską dziewoję.

[QZE01::092];[QEP49::122]-4;[QEP50::093];[QLE15::023]
No: 1694; w sieci: 12.4.2007

 

.

 

witrynę prowadzi
© R. Antoszewski
Titirangi, Auckland, 
Nowa Zelandia

v.56

  Site Meter