|
O
Polakach w Bryzolii. (2)
(część
1 patrz tu)
I jak postanowiono, tak i
zrobiono. Ruszyli przez zieloną granicę do Brodnicy.
Już były kłopoty. Za bilet do Bremy musieli zapłacić
sami.
Na każdym etapie oszwabiani byli niemiłosiernie.
Wielodniowe oczekiwanie na statek urozmaicano dzieleniem
się wiadomościami.
— Pojedziemy — mówił (pewien
szewc z Nieszawy
— przez jedno takie miejsce, co się
nazywa równik, a drugie jeszcze gorsze — południk.
Oj, ludzie, żaden z was pojęcia nie ma, co się tam
dzieje! Woda tam w morzu wre i kipi, a jakby człowiek
wpadł w taki wrzątek, to się w nim kości nawet
rozgotują. A w innych znowu miejscach będą nas
zaczepiały ryby takie straszne, co łbem żelazną
blachę w okręcie przewiercą.
— A co, panie Joachimie, będzie za tym Morzem
Czerwonym? .— Cóż ma być? Wyspy z pieprzu i
cynamonu, a za tymi wyspami dopiero Bryzolia, i koniec.
— Jak też tam jest w owej Bryzolil? Czy tak, jak u
nas było?
— Co za gadanie! — odpowiedział szewc. — W
Bryzoliii małpy są mędrsze aniżeli w Polsce ludzie.
Kto się do Bryzolii dostanie, to tak jakby do nieba! W
lesie rodzynki tam rosną na drzewie, a jak kto
spragniony, to siekierą tylko ciupnie w drzewo i zaraz
tryska syrop słodki jak cukier. Wino, cytryny, pomarańcze,
wszystko się rodzi gotowe. Pieniędzy nikomu nie brak,
bo w ziemi pełno złota, srebra, diamentów; pokopiesz
trochę motyką i już masz skarby.
A coraz bardziej żarła ich tęsknota:
— A skądże ty, człowieku,
pochodzisz? :
—— Jak to skąd? Tak samo jak wy, z naszej Rokitnicy,
a nazywam się Wicek Strzała.
— Z Rokitnicy, z Rokitnicy!... Pamiętasz kościół
między drzewami, bielutki taki, z krzyżem świecącym?
— Cóż bym nie miał pamiętać ... i
— Środkiem przez wieś bieży droga, nad drogą chałupy
z są- , darni, z obejściem, z żurawiami. Na pierwszej
chałupie od Rypina gniazdo bocianie... Czekajże, czyjaż
to chałupa?
— Bartka Okrasy.
— A druga czyja?
— Franka Lodnickięgo.
— Trzecia z rzędu była moja, tam się urodziłem;
ale tam nie umrę...
Oni tak oba rozmawiają, a ludzie się schodzę, obstępują
ich dokoła i nasłuchują.
— Po jednej stronie za chałupami pola — mówił
dalej Kobylak — jakie to tam żyto, mój Boże!.., Za
polami las: grabina śliczności, brzezina, znajdzie się
i dąbek, sosenka!... Z drugiej strony, nad rzeczką,
ogrody: bób, kartofle, rzepa, kukurydza, mak, czasem i
słonecznik. Za ogrodami, za rzeką pastwisko wchodzi
klinem między łąki: co oni za bydełko mają! Pamiętasz
ty krowy Nawrota, co je ta głucha Hanka pasała ?... Ee,
koniki jedyne to już miał Szymek Kleparski, dwie siwe
kobyły co rok źrebne!... Jedną mu ukradli, mój Boże!
Ale w rok potem odbił złodziejowi na jarmarku,.. Jak
się to tam latem sypiało na łące pod kopką
siana!... Idę ja sobie raz w nocy na łąkę, zasnąłem
twardo, a we śnie mi się widziało, że złodzieje
jedną kopę po drugiej kradną;
ocknąłem się: słonko wschodziło, opary jak białe
szmaty szły precz ku rzece, bociek już gonił na długich
nogach za żabami; spoglądam:
ode wsi idą rzędem po kładce na rzece kosiarze, a w
innym miejscu znowu — bydło przez rzekę brodzi ku
pastwisku. .. Cóż wypowiecie? Łucka na łące była
już z grabiami i drugą kopkę rozbiła...
Po okropnościach podróży
statkiem w takich warunkach, w jakich pewnie przewożono
kilka lat przedtem niewolników, zaczęła się
prawdziwa mordęga w wymarzonym raju. Kazano im wybrać
stan, w którym chcą się osiedlić. Wybrali Santa
Catarina, bo to dobra święta. Przydzielono im działki
w dżungli, bez środków do życia, bez miejsc do
zamieszkania, a najgorsze, bez narzędzi, choć rwali się
do roboty. Skutki nie kazały długo na siebie czekać.
Jeden z uczciwszych żandarmów stykających się
colonos polacos, który miał sprawdzić przyczynę
niezadowolenia i buntu, tak zdawał relację przełożonemu:
— Owszem, sprawdziłem!
Przyczyną tego jest niezadowolenie, którego przyczyną
'jest znowu obfitość wszystkich rzeczy, jakimi błogosławiona
ziemia naszej sławnej ojczyzny tak szczodrze darzy
emigrantów, a głównie — Polaków.
— Nie pojmuję, co przez to rozumiesz, mów jasno! W
jaki to sposób obfitość może wywołać
niezadowolenie?
— Jest to bardzo proste! Istotny stan rzeczy może każdego
przekonać, że colonos Polacos mają tu obfitość
głodu, pragnienia, nagości, bardzo pożądanej w
naszym cudownym klimacie, wszy, węży, skwaru słonecznego,
że już nie mówię o pchłach ziemnych, jaszczurkach,
tłumaczach, geometrach i innych urzędnikach. Sądzę
jednak, iż nas, ludzi wojskowych, powinno to pocieszać,
gdy mamy do czynienia z buntownikami, ponieważ taka
obfitość jest naszym naturalnym sprzymierzeńcem: ona
sama przez się zgnębi, wytępi powstańców; nie
potrzebujemy psuć prochu, obnażać szabel, a i tak po
skończonej wojnie awans nie minie najwaleczniejszych
...
A opinia o Polakach nie była
najlepsza. N.p.:
Powiedajże mi, Angelo, lub
powiedzcie, obaj przewoźnicy, czy wczoraj lub
przedwczoraj nie przeprawiał się tu na promie jaki colono
Polaco? Wiecie chyba, co to jest Polaco? Człowiek,
który chodzi w długich butach i dlatego nosi koszulę
z białego płótna, ażeby lepiej znać było, że jest
brudny.
A ciemna interesa przy tym kwitły
...
— Och, Polacos, Polacos,
znam ich! Od czasu jak rząd rzeczypspolitej sprowadza
tych ludzi na niemieckich okrętach, różni urzędnicy
robią u nas bardzo dobre interesa ... W ogóle
kolonizacja zdaje się być zyskowną . ..
Tymczasem do Brazylii przyjechał
delegat warszawski. Od razu podpadł władzom. Śledzono
jego kroki. Zobaczył rzeczy nie do wiary. Olbrzymia
liczba emigrantów polskich pożegnała się ze światem,
kilka tysięcy wycofało się z dżungli, przybyli do
Rio-de-Janeiro bez środków do życia, bez żadnego
przytuliska. Zorganizowano obóz pod miastem dla ponad dwóch
tysięcy nędzarzy. Tak to widział:
Ci, co zostali jeszcze przy życiu,
wynędzniali, przerażeni i zrozpaczeni, powinni by
zazdrościć umarłym. A oni jeszcze, jeszcze niezupełnie
stracili nadzieję...
Znaleźli się przedsiębiorcy, którzy zaczęli
handlować: jedna wynajmowali biedaków do pracy, a
drudzy znowu polowali na to, ażeby — o ile się tylko
da — wydrzeć im zarobki za pracę.
Ustawiono więc za miastem baraki z tarcic, gdzie każdy
emigrant za opłatą znajdował schronienie. Trudno by
było gdzieś na ziemi znaleźć bardziej przerażającą
siedzibę nędzy ludzkiej:
takie baraki przedstawiały widok wstrętniejszy aniżeli
nasze chlewy dla zwierząt domowych. W błocie, wśród
śmieci i robactwa, w atmosferze cuchnącej ludzie gnili
tam za życia. ...
Około baraków pojawiły się stragany i kramy, gdzie
przekupnie starali się sprzedać nędzarzom takie
zapasy żywności, których nigdzie indziej zbyć nie
podobna było.
W wyniku wyprawy delegata (autora
książki) zebrano w Polsce fundusze na opłacenie
repatriacji pewnej liczby nędzarzy. Pieniędzy starczyło
na bilety dla dwustu czterdziestu wychodźców. Wybór
był trudny, zastosowano politykę optymalną ze względów
propagandowych. Wybrańcami byli reprezentanci różnych
powiatów z całej Polski, by wieść dotarła do największej
liczby ewentualnych amatorów emigracji do Bryzolii...
Równocześnie jednak w prasie europejskiej podniesiono
alarm. Strumień ogłupiałych amatorów raju zmalał
nieco.
O ile wiem, do Nowej Zelandii w
owym czasie delegatów nie wysłano. Może zresztą
brytyjskie władze były bardziej ludzkie..
Przypuszczam, że w kraju książka
jest trudno dostępna. A szkoda. Wprawdzie nakład jej
wynosił 10.000 egzemplarzy (to były czasy!), ale
papier jest marny, tak że książka rozpada się, mimo że
przez wiele rąk wcale nie przeszła.
[QZE01::075];[QAB08::185]
No: 1678; w sieci: 21.3.2007
|
|