Kurioza naukowe / Scientific curiosities ISSN 1176-7545; rok VIII; No 1678

Zestawienie tematyczne prowadzone na bieżąco

Recenzja z myszką

 
.
 

O Polakach w Bryzolii. (2)
(część 1 patrz tu)

I jak postanowiono, tak i zrobiono. Ruszyli przez zieloną granicę do Brodnicy. Już były kłopoty. Za bilet do Bremy musieli zapłacić sami. Na każdym etapie oszwabiani byli niemiłosiernie. Wielodniowe oczekiwanie na statek urozmaicano dzieleniem się  wiadomościami. 
— Pojedziemy — mówił (pewien szewc z Nieszawy — przez jedno takie miejsce, co się nazywa równik, a drugie jeszcze gorsze — południk. Oj, ludzie, żaden z was pojęcia nie ma, co się tam dzieje! Woda tam w morzu wre i kipi, a jakby człowiek wpadł w taki wrzątek, to się w nim kości nawet rozgotują. A w innych znowu miejscach będą nas zaczepiały ryby takie straszne, co łbem żelazną blachę w okręcie przewiercą.
— A co, panie Joachimie, będzie za tym Morzem Czerwonym? .— Cóż ma być? Wyspy z pieprzu i cynamonu, a za tymi wyspami dopiero Bryzolia, i koniec.
— Jak też tam jest w owej Bryzolil? Czy tak, jak u nas było?
— Co za gadanie! — odpowiedział szewc. — W Bryzoliii małpy są mędrsze aniżeli w Polsce ludzie. Kto się do Bryzolii dostanie, to tak jakby do nieba! W lesie rodzynki tam rosną na drzewie, a jak kto spragniony, to siekierą tylko ciupnie w drzewo i zaraz tryska syrop słodki jak cukier. Wino, cytryny, pomarańcze, wszystko się rodzi gotowe. Pieniędzy nikomu nie brak, bo w ziemi pełno złota, srebra, diamentów; pokopiesz trochę motyką i już masz skarby.

A coraz bardziej żarła ich tęsknota:
— A skądże ty, człowieku, pochodzisz? :
—— Jak to skąd? Tak samo jak wy, z naszej Rokitnicy, a nazywam się Wicek Strzała.
— Z Rokitnicy, z Rokitnicy!... Pamiętasz kościół między drzewami, bielutki taki, z krzyżem świecącym? 
— Cóż bym nie miał pamiętać ... i
— Środkiem przez wieś bieży droga, nad drogą chałupy z są- , darni, z obejściem, z żurawiami. Na pierwszej chałupie od Rypina gniazdo bocianie... Czekajże, czyjaż to chałupa?
— Bartka Okrasy.
— A druga czyja?
— Franka Lodnickięgo.
— Trzecia z rzędu była moja, tam się urodziłem; ale tam nie umrę...
Oni tak oba rozmawiają, a ludzie się schodzę, obstępują ich dokoła i nasłuchują.
— Po jednej stronie za chałupami pola — mówił dalej Kobylak — jakie to tam żyto, mój Boże!.., Za polami las: grabina śliczności, brzezina, znajdzie się i dąbek, sosenka!... Z drugiej strony, nad rzeczką, ogrody: bób, kartofle, rzepa, kukurydza, mak, czasem i słonecznik. Za ogrodami, za rzeką pastwisko wchodzi klinem między łąki: co oni za bydełko mają! Pamiętasz ty krowy Nawrota, co je ta głucha Hanka pasała ?... Ee, koniki jedyne to już miał Szymek Kleparski, dwie siwe kobyły co rok źrebne!... Jedną mu ukradli, mój Boże! Ale w rok potem odbił złodziejowi na jarmarku,.. Jak się to tam latem sypiało na łące pod kopką siana!... Idę ja sobie raz w nocy na łąkę, zasnąłem twardo, a we śnie mi się widziało, że złodzieje jedną kopę po drugiej kradną;
ocknąłem się: słonko wschodziło, opary jak białe szmaty szły precz ku rzece, bociek już gonił na długich nogach za żabami;
spoglądam: ode wsi idą rzędem po kładce na rzece kosiarze, a w innym miejscu znowu — bydło przez rzekę brodzi ku pastwisku. .. Cóż wypowiecie? Łucka na łące była już z grabiami i drugą kopkę rozbiła...

Po okropnościach podróży statkiem w takich warunkach, w jakich pewnie przewożono kilka lat przedtem niewolników, zaczęła się prawdziwa mordęga w wymarzonym raju. Kazano im wybrać stan, w którym chcą się osiedlić. Wybrali Santa Catarina, bo to dobra święta. Przydzielono im działki w dżungli, bez środków do życia, bez miejsc do zamieszkania, a najgorsze, bez narzędzi, choć rwali się do roboty. Skutki nie kazały długo na siebie czekać. Jeden z uczciwszych żandarmów stykających się colonos polacos, który miał sprawdzić przyczynę niezadowolenia i buntu, tak zdawał relację przełożonemu: 
— Owszem, sprawdziłem! Przyczyną tego jest niezadowolenie, którego przyczyną 'jest znowu obfitość wszystkich rzeczy, jakimi błogosławiona ziemia naszej sławnej ojczyzny tak szczodrze darzy emigrantów, a głównie — Polaków.
— Nie pojmuję, co przez to rozumiesz, mów jasno! W jaki to sposób obfitość może wywołać niezadowolenie?
— Jest to bardzo proste! Istotny stan rzeczy może każdego przekonać, że colonos Polacos mają tu obfitość głodu, pragnienia, nagości, bardzo pożądanej w naszym cudownym klimacie, wszy, węży, skwaru słonecznego, że już nie mówię o pchłach ziemnych, jaszczurkach, tłumaczach, geometrach i innych urzędnikach. Sądzę jednak, iż nas, ludzi wojskowych, powinno to pocieszać, gdy mamy do czynienia z buntownikami, ponieważ taka obfitość jest naszym naturalnym sprzymierzeńcem: ona sama przez się zgnębi, wytępi powstańców; nie potrzebujemy psuć prochu, obnażać szabel, a i tak po skończonej wojnie awans nie minie najwaleczniejszych ...

A opinia o Polakach nie była najlepsza. N.p.:
Powiedajże mi, Angelo, lub powiedzcie, obaj przewoźnicy, czy wczoraj lub przedwczoraj nie przeprawiał się tu na promie jaki colono Polaco? Wiecie chyba, co to jest Polaco? Człowiek, który chodzi w długich butach i dlatego nosi koszulę z białego płótna, ażeby lepiej znać było, że jest brudny.

A ciemna interesa przy tym kwitły   ...
— Och, Polacos, Polacos, znam ich! Od czasu jak rząd rzeczypspolitej sprowadza tych ludzi na niemieckich okrętach, różni urzędnicy robią u nas bardzo dobre interesa ... W ogóle kolonizacja zdaje się być zyskowną . ..

Tymczasem do Brazylii przyjechał delegat warszawski. Od razu podpadł władzom. Śledzono jego kroki. Zobaczył rzeczy nie do wiary. Olbrzymia liczba emigrantów polskich pożegnała się ze światem, kilka tysięcy wycofało się z dżungli, przybyli do Rio-de-Janeiro bez środków do życia, bez żadnego przytuliska. Zorganizowano obóz pod miastem dla ponad dwóch tysięcy nędzarzy. Tak to widział:
Ci, co zostali jeszcze przy życiu, wynędzniali, przerażeni i zrozpaczeni, powinni by zazdrościć umarłym. A oni jeszcze, jeszcze niezupełnie stracili nadzieję...
Znaleźli się przedsiębiorcy, którzy zaczęli handlować: jedna wynajmowali biedaków do pracy, a drudzy znowu polowali na to, ażeby — o ile się tylko da — wydrzeć im zarobki za pracę.
Ustawiono więc za miastem baraki z tarcic, gdzie każdy emigrant za opłatą znajdował schronienie. Trudno by było gdzieś na ziemi znaleźć bardziej przerażającą siedzibę nędzy ludzkiej:
takie baraki przedstawiały widok wstrętniejszy aniżeli nasze chlewy dla zwierząt domowych. W błocie, wśród śmieci i robactwa, w atmosferze cuchnącej ludzie gnili tam za życia. ...
Około baraków pojawiły się stragany i kramy, gdzie przekupnie starali się sprzedać nędzarzom takie zapasy żywności, których nigdzie indziej zbyć nie podobna było.

W wyniku wyprawy delegata (autora książki) zebrano w Polsce fundusze na opłacenie repatriacji pewnej liczby nędzarzy. Pieniędzy starczyło na bilety dla dwustu czterdziestu wychodźców. Wybór był trudny, zastosowano politykę optymalną ze względów propagandowych. Wybrańcami byli reprezentanci różnych powiatów z całej Polski, by wieść dotarła do największej liczby ewentualnych amatorów emigracji do Bryzolii...
Równocześnie jednak w prasie europejskiej podniesiono alarm. Strumień ogłupiałych amatorów raju zmalał nieco. 

O ile wiem, do Nowej Zelandii w owym czasie delegatów nie wysłano. Może zresztą brytyjskie władze były bardziej ludzkie.. 

Przypuszczam, że w kraju książka jest trudno dostępna. A szkoda. Wprawdzie nakład jej wynosił 10.000 egzemplarzy (to były czasy!), ale papier jest marny, tak że książka rozpada się, mimo że przez wiele rąk wcale nie przeszła. 

[QZE01::075];[QAB08::185]
No: 1678; w sieci: 21.3.2007

 


 

witrynę prowadzi
© R. Antoszewski
Titirangi, Auckland, 
Nowa Zelandia

(wybrane z publ. R. Antoszewskiego)

v.85

  Site Meter