Kurioza naukowe / Scientific curiosities ISSN 1176-7545; rok VIII; No 1677

Zestawienie tematyczne prowadzone na bieżąco

Recenzja z myszką

 
.
 
 

O Polakach w Bryzolii. (1)

W tym samym mniej więcej czasie, kiedy pierwsi polscy emigranci przybili do brzegów Nowej Zelandii, transporty z polskimi emigrantami docierały do Hameryki, Brazylii i innych krajów, gdzie zapotrzebowanie na siłę roboczą było znaczne, szczególnie w wyniku zniesienia niewolnictwa. Kimś trzeba było niewolników zastąpić. Polska inteligencja zaniepokojona była alarmującymi informacjami dochodzącymi m.in. z Brazylii o strasznych warunkach, w jakich Polacy tam przebywają i jak są traktowani przez miejscowe władze. W listopadzie 'Kurier Warszawski' wydelegował znanego pisarza Adolfa Dygasińskiego do Brazylii, aby zapoznał się z sytuacją emigrantów osobiście i zdał relację ze swoich obserwacji. Tak powstała książka, szkoda że prawie zapomniana, "Na złamanie karku".  W formie powieściowej przedstawia losy grupy emigrantów z Rokitnicy (w trójkącie Rypin - Sierpc - Górzno). Opis jest prawdziwy. Dygasiński (1839 - 1902), pod przybranym nazwiskiem podróżował do Brazylii w tłumie emigrantów. Książkę tę wydano już w roku 1893, a ostatnie jej wydanie, o ile mi wiadomo, ukazało się w roku 1952. 

 

Adolf Dygasiński 

Na złamanie karku

Książka i Wiedza 
Warszawa, str. 208
1952

Biblioteka 'Gazety Bialostockiej'

 

Z księgozbioru
Romana Antoszewskiego
Titirangi, Nowa Zelandia

Rzecz zaczyna się od barwnego opisu życia w przygranicznej wsi Rokitnicy. Sierpc, Rypin i Górzno to Kongresówka, a Brodnica to Prusy. Używa miłej mi gwary tamtych stron, choć starannie omija germanizmy. Czytamy więc bośwa, żeźwa, myśwa, idźma, wiewa, itp. To z tamtych stron moi pradziadowie wędrowali do Ameryki. 
Do jednej miejscowej krasawicy dociera agent i zostawia ulotkę. Po perypetiach z przetłumaczeniem i odczytaniem, po wybuleniu poważnej sumy adwokatowi i tłumaczowi, ludziska dowiadują się o raju, który ich oczekuje za morzem w jakiejś Bryzalii. Taką samą ulotką kuszeni byli pewnie i nowozelandzcy emigranci:

„Stany Zjednoczone w Brazylii, w Południowej Ameryce. Brazylia ma trzynaście milionów mieszkańców, a przestrzeń jej wynosi 8.337.218 kwadratowych kilometrów, czyli jest to kraj większy niż Rosja europejska. Macie tam pagórki, lasy, a w pobliżu wielkich rzek równiny ze wspaniałymi pastwiskami. Na południu jest dużo prowincji, które dla umiarkowanego klimatu nadają się do osiedlenia przez Niemców, Polaków i innych. Deszcz pada tam regularnie. Panująca religia jest katolicka, ale wszystkie religie mają swobodę i prawa. Język główny jest portugalski, lecz wolno używać i innego. Moneta jest portugalska; real = 450 rejsów.
Wolność zupełna. Produkty: kawa, cukier, kukurydza, pszenica, fasola, winogrona i różne owoce. Macie tam bydło, konie, świnie, drób przerozmaity. Wódki w jednym stanie Rio de Janeiro wyrobiono w roku 1886 przeszło 12 milionów litrów. Wszędzie pełno wybornej ziemi i dziewiczego lasu, gdzie jeszcze nie postała niczyja siekiera. Tak ziemię, jak las nabywać można za tanie pieniądze, na roczne spłaty i tyle, ile się komu podoba ..."

.... a dalej już w interpretacji adwokata:
— Słuchajcie: teraz idzie to, co dla was najgłówniejsze. Korzyści dla takich, którzy jadą do Brazylii, są następujące: po pierwsze, wolny przejazd z Bremy, Antwerpii, Marsylii aż do Santos lub do Rio de Janeiro; po wtóre, wolny przejazd koleją żelazną do Bremy, Antwerpii lub Marsylii; po trzecie, przez cały czas podróży bezpłatne życie, mieszkanie, a także opieka w urządzanych na ten cel hotelach, dopóki emigrant nie przybędzie do obranego przez siebie miejsca. Trzeba też wiedzieć, że ci, którzy jadą do Brazylii, nie są obowiązani zwracać kosztów, lecz zostają wolni, jak gdyby własnymi pieniędzmi zapłacili za drogę.

A w karczmie Matus Dzwonko wyłożył sprawę tak:
Kaj jest ona Bryzolia, to jest, a jechać tam trzeba; bez kozery tu do nas nie pisali i nie przysyłali agenta, który Marynie Grzędziance dosadnie wyłożył o tych gruntach. Toć jest na świecie siła przeróżnych narodów, a przecie nam ani Frajcus, ani Niemiec czy Janglik nic nigdy nie obiecywali i po próżnicy nie zwodzili. Z jednej tylko Bryzolii piszą do nas, musi za wiedzą ojca świętego, jako katoliki do katolików, to już tego darmo i na psotę jakowąś nie robią. Wszystko jest odrukowane, jak przynależy. Juścić, kiedy oni mają tylośny kawał ziemi i bogactwo, a narodu im brakuje, to co wart kraj taki? Jakośwa jeden w drugiego należyte chrześcijany, więc mamy wiarę na świecie i słyniemy, choć też ta sami o tym nic nie wiewa. Moja rada taka: kto chce szczęścia popróbować, niech się zbiera w drogę! Czasu nie tracić na próżne gadanie, kiedy z gadania nic nie przyjdzie. Boga oto wziąć na pomoc i marsz do Bryzolii!

(część 2)

[QZE01::075];[QAB08::185]
No: 1677; w sieci: 20.3.2007

 

 


 

witrynę prowadzi
© R. Antoszewski
Titirangi, Auckland, 
Nowa Zelandia

(wybrane z publ. R. Antoszewskiego)

v.85

  Site Meter