ISSN 1176-7545; rok VIII; No 1669

Zestawienie tematyczne prowadzone na bieżąco

 

 

.

O Polakach w Nowej Zelandii. (cz. 3) 
(Przyszłość Polonii)
(cz.1, cz. 2)

Kałuski zaledwie jedną stronę poświęca sprawom przyszłości Polonii. Nie można mieć o to pretensji, jako że tematem książki jest historia. Niemniej rzut oka na przeszłość skłania do zastanowienia się nad przyszłością Polonii. 
O jaką Polonię może nam tu chodzić. Polonia typu 'Pahiatua' złożona z Polaków mających wrócić do kraju nie wchodzi w rachubę. "Mała Polska" w Pahiatua była zjawiskiem wyjątkowym, jedynym w swoim rodzaju eksperymentem socjalnym, i miejmy nadzieję, że losy Polski nie będą już nigdy tak tragiczne jak wtedy.
Polonia złożona z Polaków przybyłych w wyniku łączenia rodzin lub z konieczności losu, żyjąca wszystkim co się w Polsce dzieje i tylko powoli wrastająca w cudzoziemskie społeczeństwo, nie ma szans i potrzeby istnienia i odnawiania się wobec zmienionego świata. 
Natomiast Polonia złożona z nowozelandzkich obywateli świadomych swoich polskich związków kulturowych, a także dzieci urodzonych tu w polskich rodzinach lub rodzinach narodowo mieszanych, ma znaczne szanse przeżycia. 
Czy taka Polonia jest potrzebna i czy daje jakieś korzyści? Zdecydowanie tak i należy ją kultywować, pomagać i troszczyć się o nią. Daje korzyści wielorakie, obustronne, dla Polski i Nowej Zelandii. To Polacy mieszkający za granicą mogą Polakom w kraju przedstawić w sposób autorytatywny życie w innych krajach, a Nowozelandczycy od imigrantów mogą dowiedzieć się wiele o świecie. Jest to rzecz ciągle istotna dla Nowej Zelandii wobec znacznego oddalenia jej 'od świata' i pewnej tendencji do traktowania swoich wysp i wysepek jako 'pępka świata'. Oczywiście dochodzą jeszcze korzyści z wymiany handlowej i naukowej, itp. 
Ale dla Polski, dla Polaków, choć niechętnie się o tym mówi, ważne jest to, że obserwując z daleka co się w Polsce dzieje, ze zrozumieniem i serdeczną życzliwością możemy stanowić coś w rodzaju dzwonka alarmowego, jeśli zajdzie tego potrzeba. Nie lubią tego rodacy, często słyszałem, kiedy namawiałem do głosowania na ludzi uczciwych - 'a co ty tam wiesz, i tak bez łapówek i kantów nic nie zrobisz, to już lepiej niech będą kanciarze, z którymi wiadomo, jak się załatwia'. A jednak w Nowej Zelandii łapówkarstwa nie ma, korupcja minimalna, i jakoś się żyje, i to wcale nieźle. A w Polsce (prawie) nikomu do głowy nie przychodzi, by spytać i sprawdzić skąd wzięły się multimilionowe majątki potentatów najczęściej o politycznej przeszłości. Polacy wiele mogliby się nauczyć o egzekwowaniu prawa, o likwidowaniu 'kolesiostwa', o powoływaniu do władzy osób nie skażonych wyrokami sądowymi, itp. W Nowej Zelandii, jak na całym świecie zdarza się, że polityk zrobi świństwo. Rzecz w tym, że ma szansę zrobić to raz i na tym kończy się jego kariera. Patrząc na karierę niektórych polityków w Polsce odnosi się wrażenie, że cała ich polityczna biografia polega na świństwach. Że tak być nie musi, można się nauczyć od innych krajów. 
Polonia ma też wiele do skorzystania z żywych kontaktów z krajem macierzystym. Jedną z nich to żywy język polski. Przy tym chodzi mi nie tylko o to, że znajomość języka polskiego pomoże porozumieć się ciocią czy babcią w Polsce. To też ważne, ale głównie chodzi o to, że język to nie tylko sposób porozumiewania się, ale sposób na rozumienie świata, jest to jakby drugie (po angielskim) narzędzie pozwalające na analizę zjawisk nas otaczających z nieco innego semantycznego punktu widzenia. A narzędzie to w środowisku polonijnym można zdobyć się za nic, trzeba tylko chcieć. Szkoda, że Polonia tak mało uwagi przywiązuje do tej sprawy. Oczywiście ważna jest też możliwość bezpośredniego kultywowania i propagowania polskich wartości kulturalnych.
Polonia by trwać, potrzebuje pomocy ojczyzny. Dotyczy to wszystkich mniejszości narodowych. Pomoc ta musi być i bierna, i czynna. Kraj macierzysty musi mieć autorytet, musi rządzić się mądrze i coś sobą reprezentować. Kiedy Jan Paweł II został papieżem, liczba Polaków na całym świecie wzrosła! Niestety, często jest tak, że wstyd się do kraju przyznawać. Jeśli dochodzi do tego, że Polska staje się czasem pośmiewiskiem narodów, kiedy ośmieszające słowa padną w szkole, jest duża szansa na to, że dziecko odżegna się od kraju na zawsze. Niezbędną rzeczą jest także, by kraj ojczysty pielęgnował kontakty ze swoimi emigrantami. A musi to robić przez powoływanie na placówki dyplomatyczne ludzi mądrych, odpowiedzialnych, wykształconych. To oczywiste, wręcz banalne. Niestety, wiele tu nasze kolejne rządy popełniały głupstw nie do odrobienia. Dotąd ciągle panuje zwyczaj wykopywania niewygodnych polityków za granicę, a co gorsza, urządzanie kolesiom ciepłych posadek. Emigracja jest na to szczególnie uczulona. Z miejsca ucina to wszelką możliwość nawiązania kontaktu z Polakami za granicą przez tego rodzaju reprezentantów. 
Jednym z zasadniczych mechanizmów wiązania emigracji z krajem macierzystym są placówki kulturalne typu British Council, Goethe Institute, czy ich hiszpańskie, włoskie, koreańskie, itp. odpowiedniki. Okrzyczany Instytut Mickiewicza po prostu nie istnieje, 'Wspólnoty' nie czuć wcale. Bez tego rodzaju czynnego i biernego wsparcia dłuższe istnienie Polonii nie ma szans. 
Kilka lat temu w Auckland zaistniały pewne perspektywy uzdrowienia polonijnej sytuacji po choróbskach, jakie opisałem poprzednio
(p. cz. 2). Była szansa jakby 'rozpoczęcia od nowa'. Powołano Honorowy Konsulat w Auckland i mianowano konsulem honorowym Johna Roy-Wojciechowskiego. Liczyliśmy na zorganizowanie rzeczowej pracy kulturalnej, ożywiło się radio, powstał Klub Literacki (10 zebrań), powstało pisemko literackie (1 numer), założono polskie muzeum. Niezależnie zainicjowano (nieco na fali polskich osiągnięć w polityce światowej) studium polskie na Uniwersytecie. 
Niestety, 'sprawa się rypła'. Nie wszyscy ze starej Polonii wyrazili zaufanie do Konsula nie nie mogąc mu zapomnieć, że poprzez kilkadziesiąt lat po opuszczeniu Pahiatua do polskości się nie przyznawał, nawet w zakładzie pracy którym kierował ziomków nie poznawał. Wiele wskazuje na to, że nie potrafi sprawować tak odpowiedzialnej funkcji. Prywatne 'widzimisię' zasłania mu wyważone spojrzenie na polonijną rację stanu. Konsulat informuje o wydarzeniach urzędowych 'po uważaniu', jakiejś strategii, koordynacji działań nie widać. Młodzi nie widzą nic interesującego w jego poczynaniach i wystąpieniach. Muzeum, mające charakter instytucji prywatnej Polish Heritage Trust Roya Wojciechowskiego, nie ma szans spełniania funkcji właściwej muzeum wobec braku konkretnego planu naukowego w zakresie dokumentacji poloników i nieumiejętności skupienia intelektualistów miejscowych wokół jakiegoś programu działania. Archiwa polonijnych organizacji, które powinny być oczkiem w głowie Polonii i powinno się je traktować jako dokumenty historyczne, w tym stanie rzeczy nie powędują do Muzeum. Zresztą są zdekompletowane a dla niektórych okresów działania po prostu już nie istnieją. Kilka prób dotarcia do nich spełzło na niczym pod różnymi pretekstami. Ostatnio dowiedziałem się od p. Wice-Prezes, że likwiduje się akta po siedmiu latach. Nie wiem dlaczego. Wyjątkiem jest tu Solidarność w Nowej Zelandii, której przeszłość jest zupełnie przejrzysta. 
Studium polskie robi bokami mając kilku studentów w wyniku upadającego prestiżu Polski w świecie... 
Trzeba niestety zgodzić się z Kałuskim, że perspektywy Polonii są bardzo marne. Jeszcze mamy przed sobą, jeżeli coś nie poprawi się na lepsze, kilka czy kilkanaście lat wzruszających uroczystości rodzinnych z polską kiełbasą, pierogami i innymi polskimi specyfikami, a potem z polskim i nowozelandzkim paszportem w kieszeni pożegnamy się z Polonią. Pozostaną Towarzystwa Genealogiczne i nieco zadumy. Sytuacji nie może poprawić istniejące Stowarzyszenie Sybiraków mające charakter wspominkarski a i tak przejawiające nikła aktywnosć.  (o czym kiedyś osobno). 
A mogło by być, przynajmniej w Auckland, inaczej. Niestety, o ile mi wiadomo, nie ma prawnej procedury odwoływania polskich konsulów honorowych, co pewnie tu bardzo by się przydało.  
Moje wystąpienie w tej kwestii dotyczy wyłącznie oceny funkcji Konsula Honorowego jako osoby urzędowej i nie ma nic z osobistej animozji.
Oby moje krakanie dotyczące perspektyw Polonii okazały się bezzasadne.

(cz.1, cz. 2)

[QZE01::065];[QRE02::242]
No: 1669; w sieci: 9.3.2007

 


 

witrynę prowadzi
© R. Antoszewski
Titirangi, Auckland, 
Nowa Zelandia

(wybrane z publ. R. Antoszewskiego)

v.85

  Site Meter