ISSN 1176-7545; rok VIII; No 1668

Zestawienie tematyczne prowadzone na bieżąco

 

 

.

O Polakach w Nowej Zelandii. (2)  
(Dzieci z Pahiatua)
(cz. 1)

Autor opisuje szczegółowo wydarzenia związane z przybyciem do Nowej Zelandii największej grupy Polaków z Persji. Przyjęcie kilkuset polskich dzieci (733), które przybyły na statku amerykańskim 'General Randall' 31 października 1944 było  wydarzeniem dla całej Nowej Zelandii, a dla Polonii w szczególności. W historii emigracji był to ewenement na skalę światową, pewnego rodzaju niechciany eksperyment socjalny, któremu autor poświęca wiele uwagi. Były to sieroty lub półsieroty, które cudem udało się Andersowi uratować z rosyjskiego piekła, 'nieludzkiej ziemi'. Przez jakiś czas po wydostaniu się z Rosji przebywały one wraz z opiekunami w ówczesnej Persji, stąd nazywano je 'perskimi dziećmi' lub 'Sierotkami', a potem, i do teraz 'dziećmi z Pahiatua'. Za namową żony polskiego konsula dr. Marii Wodzickiej rząd Nowej Zelandii Petera Frasera zgodził się gościć polskie dzieci do czasu uzyskania niepodległości przez Polskę. 
Nowozelandczycy przyjęli całą grupę niezwykle serdecznie. Zorganizowano dla nich obóz w Pahiatua, obóz zwany 'Małą Polską', który dzieciom, po rosyjskich mordęgach wydawał się wręcz rajem. Obóz był dosłownie częścią Polski przedwojennej. Niestety, losy Polski potoczyły się tragicznie po Jałcie i większość dzieci nie miała dokąd wracać. Zaprzestano też uznawać polski rząd emigracyjny w Londynie. I tak pozostała bardzo duża grupa Polaków, wdzięczna Nowej Zelandii, serdecznie z nią związana, ale czująca się i myśląca na sposób niepodległej Polski przedwojennej. Po wojnie, po rozeznaniu się w sytuacji politycznej, sprawę trzeba było jakoś rozwiązać i zrobiono to w sposób jedynie rozsądny. Obóz rozwiązywano stopniowo, dzieciom zapewniano ukończenie nauki i wprowadzenie ich w nowozelandzkie realia.    
Pod troskliwą opieką władz, kościoła, swoich nauczycieli i w kontakcie z Polonią poprzednich generacji wyrośli z nich uczciwi, pracowici, bardzo patriotyczni, antysowieccy i antykomunistyczni obywatele o podwójnej lojalności. 
W tym wszystkim kryły się poważne niebezpieczeństwa. Nie rozwodzi się o tym autor książki, pewnie przez niechęć do przedstawiania ciemnej strony nowozelandzkich realiów, a może przez brak informacji. 
Nowa Zelandia ze względu na dosyć 'prowincjonalne' szkolnictwo, skłonność do interesowania się miejscowymi sprawami w przeświadczeniu, że świat jest daleko, nie jest miejscem, w którym łatwo osiągnąć szerokie rozeznanie świata, nawet i teraz. Tym bardziej było to w czasie usamodzielniania się pahiatuańskiej młodzieży. Stworzyli sobie 'rozszerzoną rodzinę' w której było im dobrze i bezpiecznie. Świat jednak zaczął się radykalnie i nieodwracalnie zmieniać. Zaraz po zakończeniu wojny Nowa Zelandia przyjęła wielu zdemobilizowanych żołnierzy z Armii Andersa  w ramach łączenia rodzin. Po 'wybuchu' Solidarności w Polsce i wybuchu wojny polsko-jaruzelskiej zaczęła obficie napływać imigracja posolidarnościowa, do której władze także życzliwie się odnosiły. Obie grupy składały się z osób aktywnych, politycznie doświadczonych, wojowniczych, czujących potrzebę działania. Już w 1948 r. rozproszeni Polacy czuli potrzebę kontaktu między sobą i wtedy zaczęły powstawać pierwsze organizacje polonijne, powstało Stowarzyszenie Polaków w Nowej Zelandii, a w 1951 zakupiono pierwszy dom Polski w Wellingtonie, potem w Auckland. 
Zaledwie jednak mniejszość 'dzieci perskich' podążała za rozwojem wypadków. Większość pahiatuańczyków, szczególnie w Auckland, gdzie Stowarzyszenie Polaków było najsilniejsze, po prostu poczuła się zagrożona. Zapanowała wśród nich 'atmosfera oblężonej twierdzy', jak to określił ktoś ze starej Polonii. Niewątpliwie w powstaniu takiego nastawienia odegrali swoją rolę przedstawiciele ambasady PRL, których rola od wielu lat, w skali światowej, polegała na brużdżeniu, skłócaniu i przeszkadzaniu na wszelkie sposoby wszystkiemu, co nie szło na pasku warszawskiego reżimu.   Dyplomaci-rezydenci już w latach czterdziestych przystąpili do pozyskiwania przedstawicieli emigracji. Oczywiście chodziło o jej osłabienie.  "Próbowano różnych chwytów; 'zapraszanie na wódeczkę', dawanie prezentów, obiecywano wiele ułatwień podczas pobytu w Polsce itd." - tak pisze o tym Kałuski. Pewna część pahiatuańczyków podatna była na takie zabiegi, a wynik okazał się opłakany i skutki tego odczuwa się do dziś, choć PRL już nie istnieje.  
Początkowo, w pierwszej fali światowego poparcia dla Solidarności w Polsce Stowarzyszenie włączyło się do akcji politycznej i przedsięwzięto kilka bardzo istotnych akcji politycznych popierających Solidarność. Jednak po zmianie zarządu, kiedy z przesury zrezygnował p. Kalinowski a wybrana została p. Fryckowska, rzecz się zmieniła radykalnie. Szereg osób z Polonii powojennej, jak i kilku pahiatuańczyków uznało, że źle dzieje się w Stowarzyszeniu. Rozumieli także istotę zmian zachodzących na świecie a także w Polsce i już w 1983 r. powołano bardzo czynną organizację 'Solidarność w Nowej Zeladii, Inc". Organizacja ta liczyła w pewnym okresie aż ponad 200 osób, większość z nowej emigracji. Zadanie jakie sobie postawiono to pomoc Polakom w kraju, reprezentowanie interesów Polaków w stosunku do organów politycznych w Nowej Zelandii i za granicą, pomoc emigrantom, popieranie 'Solidarności' w Polsce.
I tu stała się rzecz nie do wiary, o której się wstydliwie milczy - przodujących działaczy 'Solidarności w Nowej Zelandii', najczęściej także aktywnych członków Stowarzyszenia Polaków, wyrzucono po prostu ze Stowarzyszenia. Formalnie, na piśmie, decyzją zarządu! Podstawa wydalenia - 'rozbijacka działalność' - określenie żywcem wyjęte ze słownika PZPR, zapewne za podpuszczeniem polskich rezydentów prezentujących bezpiekę. 
'Solidarności w Nowej Zelandii' nie pozwolono korzystać z Domu Polskiego (wielu z nich to członkowie-założyciele tego Domu!). Zebrania odbywały się w różnych miejscach, choć Dom Polski świecił pustkami. Nie umożliwiono korzystania z dosyć znacznych funduszy nagromadzonych przez Stowarzyszenie, robiono nawet podstępne trudności  starając przeszkodzić w zarejestrowaniu 'Solidarności'. Trzeba podkreślić, że mimo te trudności 'Solidarność w Nowej Zelandii' została zarejestrowana, działała przez 18 lat, wydała 90 numerów bardzo interesującego pisma, zdobyła się na finansową pomoc dla kraju rzędu około 25.000$. (Historia Solidarności w Nowej Zelandii zostanie przedstawiona wkótce).
Sytuacja zaogniła się, kiedy bardzo wielu nowych imigrantów z czasów stanu wojennego chciało zapisać się do Stowarzyszenia, traktując to jako rzecz oczywistą. Zarząd Stowarzyszenia po prostu odrzucił ich wnioski. Jan Jarka, ówczesny członek Zarządu Stowarzyszenia (i nowozelandzki sędzia pokoju!) organizował 'przesłuchania' kandydatów w bardzo przykrej, prawie milicyjnej atmosferze, a potem tak manipulowano terminami i wpisowymi formalnościami, że po prostu z zapisów nic nie wyszło. Sam byłem przedmiotem takiego przesłuchania i uważam to za jedno z najbardziej przykrych przeżyć w Nowej Zelandii. 
Kilkaset Polaków poczuło się dotkniętych do żywego takim traktowaniem. Wielu na zawsze straciło chęć do polonijnego zrzeszania się, inni, wprost przeciwnie, postanowili zawiązać własną organizację. Tak powstał Klub Polski w Auckland w roku 1991. Wynajęto siedzibę i przez kilka lat prowadzono bardzo aktywną działalność kulturalną i towarzyską. Powstał dwutygodnik 'Kraj', radio polonijne, działała biblioteka, szkółka. W ten sposób polonijna działalność szła trzema torami z wyraźnym, antagonistycznym nastawienie Stowarzyszenia Polaków w Auckland w stosunku do Solidarności w Nowej Zelandii i Klubu Polskiego. Działacze PRLowscy wygrali.. 
I tak z autentycznego patriotyzmu zrodziła się autentyczna antypolska  działalność znacznej grupy skołowanej Polonii zrzeszonej w Stowarzyszeniu Polaków w Auckland. Trudno sobie wyobrazić bardziej antypolską działalność, kiedy tysiące członków Solidarności siedziało w więzieniu a cały świat popierał polski ruch niepodległościowy a Stowarzyszenie starało się blokować Solidarność w Nowej Zelandii. Chyba to jedyna polonijna organizacja w skali światowej, która czynnie zwalczała Solidarność. Jest to plama na historii Stowarzyszenia w Auckland nie do wymazania. Potem jeszcze, kiedy sytuacja w Polsce była jasna, kraj potrzebował pomocy, politycy wsparcia, pozycja Stowarzyszenia w zasadzie nie zmieniła się. Trudno odwołać tak kardynalne błędy. 
Na szczęście nie tak absurdalnie potoczyły się sprawy w innych ośrodkach nowozelandzkich jak w Wellingtonie, Christchurch czy Dunedin. Tam działalność polonijna także wykazuje 'zmniejszanie obrotów', ale przyczyny są bardziej naturalne, bardziej obiektywne i na to nie ma rady, o czym pisze Kałuski. 
W Auckland sytuacja obecnie przedstawia się ponuro. Solidarność w Nowej Zelandii rozwiązała się legalnie, co było oczywistą konsekwencją zmian zaszłych w Polsce. Klub Polski teoretycznie istnieje (w zawieszeniu), ale nie wyjawia żadnej działalności, na dodatek ciężko splamiony został działalnością kryminalną jednego z jego członków, byłego prezesa. Archiwum nie jest dostępne (sekretarka wzięła zeszyty do domu i dotąd nie oddała!) . A Stowarzyszenie Polaków w Auckland wykańcza się, działalności faktycznie nie prowadzi, nie ma żadnej siły przyciągania członków, od kilku lat walczy o to, by znaleźć chętnego na prezesa i ukonstytuować zarząd. Szans na istnienie, moim zdaniem, nie ma żadnych, strategii wyjścia z impasu nie oferuje. Obym się mylił.

(p. cd cz.3)

[QZE01::064];[QRE02::242]
No: 1668; w sieci: 9.3.2007

 


 

witrynę prowadzi
© R. Antoszewski
Titirangi, Auckland, 
Nowa Zelandia

(wybrane z publ. R. Antoszewskiego)

v.85

  Site Meter