Kurioza naukowe / Scientific curiosities ISSN 1176-7545; rok VII; No 1459

Zestawienie tematyczne prowadzone na bieżąco

 

.
 

Wspomnienia powstańcze.

"Mimo pewności co do powstania, strzały, które padły z rejonu Poczty Głównej po południu 1 sierpnia 1944 roku, przyszły prawie jak niespodzianka. Przez pierwsze dni walki były bardzo intensywne, panowało zamieszanie i hałas trudny do opisania. Lokalne polskie radio, które zaczęło działać po rozpoczęciu walk, wkrótce zamilkło – nadawanie zamilkło marszem Chopina – bombardowano z powietrza. Czołgi nieprzyjacielskie, myślę, że tygrysy, ostrzeliwały nas z bardzo bliskiej odległości.

Strzelanina stawała się coraz intensywniejsza i pod ogniem pocisków karabinowych i armatnich zaczęto budować barykadę z kamieni brukowych i wszystkiego, co wpadło w rękę, akurat pod naszym domem na Nowym Świecie. Przez pierwszych kilka dni większość Warszawy była w naszych rękach. Zabito wielu Niemców i z wielu okien wywieszono polskie flagi. Nasza grupa wywieszała w każdym widocznym miejscu flagi o barwach narodowych zrobione z poszewek na poduszki i prześcieradeł umocowane na kijach od szczotek. Niedaleko od naszego domu Podziemie wyparło Niemców z fabryki kosmetyków. Pełno było w niej beczek z pudrem do twarzy, słojów z lakierem do paznokci i zmywaczy. Wiele było też węgla drzewnego, mączki ryżowej i różnych innych surowców. Szybko przekształcono ją w polski ośrodek produkcji granatów i bomb. Pobliski sklep żelazny, dobrze zaopatrzony w gwoździe i inne żelastwo, dostarczył innych ważnych składników dla naszych celów. Zostawiałam córeczkę pod dobrą opieką naszej starej cioci, która się u nas zatrzymała, codziennie chodziłam do pracy w tej nowej fabryce, do której wkrótce Podziemie skierowało niezbędnych techników nadzorujących szaleńczą, wytężoną pracę w większości kobiecej załogi. Jak tylko amunicja była gotowa, młodzi chłopcy obładowani do niemożliwości dostarczali ją różnym jednostkom ruchu oporu, czołgając się między budynkami pod gradem kul.

Sąsiedni dom przy fabryce pełen był uciekinierów, którzy schronili się w piwnicach. Mały chłopiec, mniej więcej w wieku mojej córki, był śmiertelnie zagłodzony. Codziennie rano dawałam mu trochę jedzenia, głównie kaszki manny, i wracałam do pracy. Olbrzymia bomba spadła na ten dom i zniszczyła go, a ludzie zginęli. Nasza fabryka także się zawaliła i wszyscy zostaliśmy żywcem pogrzebani. Gruz i cegły zablokowały wyjście, na szczęście mieliśmy czym oddychać, choć pełne pyłu powietrze zatykało dech w piersiach. Nasze surowce, głównie pudry, rozpylone zostały wszędzie i byliśmy pokryci grubą warstwą bieli. Zostaliśmy pogrzebani w południe i wszystko co mogliśmy robić, to tylko modlić się o ratunek. Modlitwy nasze zostały wysłuchane, usłyszeliśmy dochodzące skądś z zewnątrz głosy, którym towarzyszył rumor gruzu usuwanego przez drużynę ratowniczą. Dopiero późnym wieczorem udało się wykopać otwór do naszego żywego grobu i ujrzeliśmy światło latarek. Pojedynczo, ostrożnie wyczołgiwaliśmy się na zewnątrz. Dom sąsiedni był zniszczony kompletnie bez szans, że ktoś w nim przeżył, włączając w to oczywiście tego małego chłopca, dla którego przynosiłam kaszkę mannę."

Tak wspomina życie w powstańczej Warszawie Maria Jeffery, Polka, warszawianka, żona Nowozelandczyka Rona Jeffery, w książce 'Red runs the Vistula'. Książka ta, napisana przez Rona Jeffery, angielskiego akowca, w czasie pisania obywatela Nowej Zelandii, ukaże się wkrótce na polskim rynku księgarskim. 
O autorze i książce było już na tych stronach (p. tu: 1, 2, oraz 4 ). Książkę w wersji angielskiej przeczytać można tu)

Foto: 1945; przed kościołem Św. Krzyża w Warszawie, w którym państwo Jeffery brali ślub w roku 1944 (z sieci).

Losy samego wydania tego tłumaczenia warte są też opisania, jako przykład niezwykłego bezhołowia panującego na polskim rynku księgarskim, o czym na piszę w swoim czasie.

[QZE00::011];[QCB16::088];[QAB02::401];QCP05090-14-384
w sieci: 29. 7. 2006

 

 

witrynę prowadzi
© R. Antoszewski
Titirangi, Auckland, 
Nowa Zelandia


kwiecień 2005

v.85

  Site Meter