| |
Przepis
na solidny tatuaż.
"Taia o moko hai hoa matenga
mau" - Miej twarz ozdobioną tatuażem, aby ci
towarzyszył do samej śmierci - tak wyjaśniał rację
tatuażu Netana Whakaari, swego czasu wódz maoryskich
szczepów Ngati Tama i Tuhoe - "Możesz stracić
najcenniejszą swoją własność przez jakieś nieszczęście,
możesz stracić swój dom, swój patu pounamu (broń
wykonana z nefrytu), możesz stracić żonę i inne
skarby, możesz być okradziony ze wszystkiego co masz,
ale tatuażu (moko) nikt nie może cię pozbawić, tylko
śmierć; będzie twoją ozdobą i towarzyszem do
ostatniego dnia".
Dlatego też odpowiedni tatuaż, solidnie wykonany właściwymi
narzędziami z zastosowaniem odpowiednich barwników
decydował o prestiżu, był dewizą osobowości.
Tatuowanie praktykowane było w Ameryce
przedkolumbijskiej, Afryce, a nawet w Europie, jednak
celowały w tym ludy Pacyfiku. Czasem tatuowano całe
ciało (człowiek bez tatuażu był nagi), często tylko
wybrane części, najczęściej twarz. Był to zabieg
bolesny, świadczył o gotowości znoszenia bólu w
walce dla prestiżu i piękna.
Najczęściej tatuowaniem zajmowali się szczepowi specjaliści
posługując się różnymi narzędziami do nakłuwania
skóry i napuszczania barwnika do ran. Szczególna
jednak forma, bardzo bolesna, niezwykle trwała i bardzo
też ceniona, to tatuaż bliznowy, z nacinaniem
(skaryfikacją) skóry i tworzeniem trwałych,
kolorowanych blizn ułożonych w odpowiednie
wzory.
Nie było rzeczą łatwą zdobyć
się na taki tatuaż. Tatuażysta brał głowę klienta
na kolana, zarysowywał szkic tatuażu i dłutkiem
wykonanym z rybiej kości przecinał skórę aż do mięśni.
Po nacięciu wcierał odpowiedni barwnik. Procedura była
na tyle bolesna, a rany na tyle poważne, że wymagały długiego
gojenia. Z tego powodu nie wykonywano całej operacji od
razu, ale rozkładano ją na wiele sesji. Czasem trwało to
wiele miesięcy. Do tatuażu bliznowego używano
czarnego barwnika. Etnolodzy znają dziesiątki receptur,
opartych zwykle na rozdrobnionym węglu otrzymywanym z różnych
drzew, sadzach i kopciu zmieszanych z tłuszczem różnych
zwierząt czy olejem. Opisany poprzednio preparat
otrzymywany z Cordyceps (zwęglone
zarodniki grzyba pasożytującego na poczwarkach)
miał odcień niebieski, dlatego zwęglone kauri, weka (Gallirallus),
czy monoao (Dracophyllum) były lepsze.
Jedna z najbardziej zastanawiających recept polegała
na mieszaniu rozdrobnionego węgla z drzewa kauri z
ptasim tłuszczem i karmieniu tym preparatem psa. Pies trawił
to produkując to na drodze naturalnej czaniusieńkie
odchody, które zbierano, urabiano z olejem i wodą na
coś w rodzaju maści. Maść tę można było
przechowywać by używać
w odpowiednim momencie. Zastanawiająca jest strona
mikrobiologiczna tego procederu. Oczywiście blizny goiły
się długo i dla koniecznego efektu musiały pozostawiać
trwałe zniekształcenia skóry. Rana musiała być więc
zakażona bakteriami. Najbezpieczniejsze były odchody psie, jako
że posiadały mikroflorę dokładnie tę samą co i człowiek,
nie były więc groźne, a jednak skuteczne (deliberacje
RA).
Po tak kłopotliwych zabiegach otrzymywało się dzieła
sztuki będące niezniszczalnym dowodem osobistym
wojownika, jak poniżej.

Trzeba zauważyć, że nie spotyka
się już na ulicach w Nowej Zelandii tatuażu
bliznowego. W tatuaż ubierają się często i Maorysi,
i biali starając się zaepatować publiczkę. Niestety,
jest to najczęściej tatuaż malowany lub przylepiany, czasem
jednak zachowujący maoryski styl graficzny (o czym kiedyś
osobno).
[QZD09::025];[QNK25::009];RCP05082-01-115
w sieci: 29. 4. 2006
|
|