Kurioza naukowe / Scientific curiosities ISSN 1176-7545; rok VII; No 1373

Zestawienie tematyczne prowadzone na bieżąco

Jedno zdumienie dziennie...

 
.
 

  
Przepis na solidny tatuaż.

"Taia o moko hai hoa matenga mau" - Miej twarz ozdobioną tatuażem, aby ci towarzyszył do samej śmierci - tak wyjaśniał rację tatuażu Netana Whakaari, swego czasu wódz maoryskich szczepów Ngati Tama i Tuhoe - "Możesz stracić najcenniejszą swoją własność przez jakieś nieszczęście, możesz stracić swój dom, swój patu pounamu (broń wykonana z nefrytu), możesz stracić żonę i inne skarby, możesz być okradziony ze wszystkiego co masz, ale tatuażu (moko) nikt nie może cię pozbawić, tylko śmierć; będzie twoją ozdobą i towarzyszem do ostatniego dnia".
Dlatego też odpowiedni tatuaż, solidnie wykonany właściwymi narzędziami z zastosowaniem odpowiednich barwników decydował o prestiżu, był dewizą osobowości. 
Tatuowanie praktykowane było w Ameryce przedkolumbijskiej, Afryce, a nawet w Europie, jednak celowały w tym ludy Pacyfiku. Czasem tatuowano całe ciało (człowiek bez tatuażu był nagi), często tylko wybrane części, najczęściej twarz. Był to zabieg bolesny, świadczył o gotowości znoszenia bólu w walce dla prestiżu i piękna. 
Najczęściej tatuowaniem zajmowali się szczepowi specjaliści posługując się różnymi narzędziami do nakłuwania skóry i napuszczania barwnika do ran. Szczególna jednak forma, bardzo bolesna, niezwykle trwała i bardzo też ceniona, to tatuaż bliznowy, z nacinaniem (skaryfikacją) skóry i tworzeniem trwałych, kolorowanych blizn ułożonych w odpowiednie wzory. 
Nie było rzeczą łatwą zdobyć się na taki tatuaż. Tatuażysta brał głowę klienta na kolana, zarysowywał szkic tatuażu i dłutkiem wykonanym z rybiej kości przecinał skórę aż do mięśni. Po nacięciu wcierał odpowiedni barwnik. Procedura była na tyle bolesna, a rany na tyle poważne, że wymagały długiego gojenia. Z tego powodu nie wykonywano całej operacji od razu, ale rozkładano ją na wiele sesji. Czasem trwało to wiele miesięcy. Do tatuażu bliznowego używano czarnego barwnika. Etnolodzy znają dziesiątki receptur, opartych zwykle na rozdrobnionym węglu otrzymywanym z różnych drzew, sadzach i kopciu zmieszanych z tłuszczem różnych zwierząt czy olejem. Opisany poprzednio preparat otrzymywany z Cordyceps (zwęglone zarodniki grzyba pasożytującego na poczwarkach) miał odcień niebieski, dlatego zwęglone kauri, weka (Gallirallus), czy monoao (Dracophyllum) były lepsze. 
Jedna z najbardziej zastanawiających recept polegała na mieszaniu rozdrobnionego węgla z drzewa kauri z ptasim tłuszczem i karmieniu tym preparatem psa. Pies trawił to produkując to na drodze naturalnej czaniusieńkie odchody, które zbierano, urabiano z olejem i wodą na coś w rodzaju maści. Maść tę można było przechowywać by używać w odpowiednim momencie. Zastanawiająca jest strona mikrobiologiczna tego procederu. Oczywiście blizny goiły się długo i dla koniecznego efektu musiały pozostawiać trwałe zniekształcenia skóry. Rana musiała być więc zakażona bakteriami. Najbezpieczniejsze były odchody psie, jako że posiadały mikroflorę dokładnie tę samą co i człowiek, nie były więc groźne, a jednak skuteczne (
deliberacje RA). 
Po tak kłopotliwych zabiegach otrzymywało się dzieła sztuki będące niezniszczalnym dowodem osobistym wojownika, jak poniżej.

Trzeba zauważyć, że nie spotyka się już na ulicach w Nowej Zelandii tatuażu bliznowego. W tatuaż ubierają się często i Maorysi, i biali starając się zaepatować publiczkę. Niestety, jest to najczęściej tatuaż malowany lub przylepiany, czasem jednak zachowujący maoryski styl graficzny (o czym kiedyś osobno).

[QZD09::025];[QNK25::009];RCP05082-01-115
w sieci: 29. 4. 2006

 
.

 

witrynę prowadzi
© R. Antoszewski
Titirangi, Auckland, 
Nowa Zelandia

(wybrane z publ. R. Antoszewskiego)


kwicień 2005

v.55

  Site Meter