| |
Nowozelandzki
Akowiec.
Trzeba od razu powiedzieć, że był
to bardzo niezwykły człowiek i niezwykłe były jego losy. Ron
Jeffery, żołnierz brytyjski (w AK pseudo Józef Kawala,
Stanisław Jasiński, Sporn, Botkin, etc. etc.) przebywał w Polsce od 1941 do 1944 roku jako zbieg z niemieckiego obozu dla
jeńców wojennych. Włączył się z pełnym oddaniem do walki Polskiego Podziemia z okupantem. A
były to lata, kiedy wydawało się, że pokonanie Niemców jest równoznaczne z odzyskaniem
niepodległości przez Polskę. Jako obcokrajowiec Ron przedstawiał
dużą wartość dla Armii Krajowej. Wyśmienicie znał języki
obce (niemiecki znal już z Anglii tak dobrze, że sami Niemcy
uważali go za swojego). Wkrótce opanował też język polski na tyle,
że swobodnie obracał się w polskim środowisku. Oprócz tego fakt,
że był Anglikiem miał jeszcze znaczenie propagandowe -
świadectwo jego miało mieć, zdaniem Polskiego Podziemia,
większą wagę dla zachodnich sojuszników. Wypowiedzi Polaków
obciążone były, przynajmniej w opinii Anglików, subiektywnością
i zacietrzewieniem.
Ron zapoznał się ze wszystkimi aspektami okupacyjnego życia
w Warszawie, a na dodatek, jako kurier Armii Krajowej podróżował
do Wiednia, Pragi, Budapesztu, Berlina, Hamburga, i in.,
miał więc możność poznania wojny w sposób bardzo
bezpośredni i wszechstronny.
Osobiście widział łapanki, znęcanie się nad Żydami, egzekucje publiczne (kiedy niemiecki
żołdak rozbijał twarz ofiary buciorem, obserwująca scenę
polska dziewczyna wyjaśniła Ronowi rzeczowo, że chodzi o
wyjęcie złotych zębów, wspomina).
Sam brał udział w likwidowania kolaborantów (po czym
czuł wielkiego kaca), w produkowaniu i rozprowadzaniu bibuły, w
nasłuchu radiowym, itp. Znał wiele polskich rodzin (mieszkał
między innymi u znanej skrzypaczki Eugenii Umińskiej i
łeb mu pękał gdy słuchał jej niekończących się ćwiczeń
muzycznych..).
Wie co to szmugiel, przekraczanie zielonej granicy, przeszedł
przez wiele mieszkań i zajęć, znał polską kuchnię (kiedyś po
kapuśniaku dostał takiego rozwolnienia, że uciekł chyłkiem
z domu, gdzie przebywała najładniejsza dziewczyna świata; honor
mężczyzny zmusił go do takiej decyzji... Wiadomo, lepiej
zrejterować, niż sfajtać się na oczach damy.).
Rwał polskie dziewczyny jak trawę, aż go jedna usidliła
na dobre i się z nią ożenił. Żeniaczka z Marysią wymagała
przejścia na katolicyzm. Komentuje to, z właściwym sobie humorem w
następujący sposób: „Patrząc na Marysię wiedziałem,
że kościół katolicki może być zadowolony z wciągnięcia
mnie na swoją listę, ale nie miałem wątpliwości, że ja
wyszedłem na tym znacznie lepiej..". Wkrótce po ślubie
w kościele Św. Krzyża w Warszawie z udziałem mnóstwa znajomych i
przyjaciół, Ron wysłany zostaje z Polski do Anglii by
zdać relację o sytuacji w okupowanym kraju.
Są dwie rzeczy szczególnie urzekające w jego wspomnieniach zawartych w
książce, którą napisał po latach.
Pierwsza to niezmierna życzliwość do wszystkich Polaków i do polskiej sprawy. Sprawami Polski
żył bardziej, niż wielu Polaków owych czasów. Druga rzecz, to niezwykła pamięć
i dar obserwacji polskiej obyczajowości. Polskie obyczaje owych czasów znam dobrze.
Przyznaję, że nie znalazłem żadnych większych pomyłek
czy braku zrozumienia specyfiki polskiej (poza nazywaniem polskiego bimbru „bimba"...!).
Natomiast humor jego i spostrzegawczość w zakresie obyczajów
są wręcz niezwykłe. Tak świetnie zrelacjonował
polskie 'całowanie
rączek' wraz niezbędnym treningiem, że uznać to
można za majstersztyk opisu obyczajów. Niezwykły jest
też opis sytuacji, kiedy to musiał dokonać wyboru między
obowiązkiem żołnierza, a lojalnością męża.
Były też sprawy polityczne, w które został zamieszany w czasie pracy dla AK i które
zaważyły na jego późniejszym życiu a także zadecydowały
o tym, że osiadł w Nowej Zelandii. (dalsze losy)
[QZD05::020];[QZD05::019];[PRA02::014]
|
|