| |
Igraszki
językowe.
A było to tak:
W latach sześćdziesiątych jeden z moich kolegów
otrzymał stypendium na studia w Ameryce. Było to
niebotyczne osiągnięcie. I kiedy po miesiącach starań
otrzymał tzw. promesę, paszport (po oświadczeniu, że
natychmiast zgłosi się w polskim konsulacie, a po
powrocie natychmiast powiadomi władze o wszelkiej działalności
antypolskiej), i wizę (po podpisaniu druczku w
ambasadzie, że nie jest komunistą), był po prostu wniebowzięty. Nabrał pewności
siebie, zaczął zaciągać z angielska, nosić wymyślne
krawaty. A jak po kilkudniowym pałętaniu się po Oceanie na 'Batorym',
popijaniu trującej coca-coli za pieniądze
przeszmuglowane w skarpetce, dotarł
do Quebecu, bo tak się wtedy podróżowało do USA, czuł
się panem świata. Urzędnik celny nie przejmował się
jego wielkością i kazał mu pokazać, co ma w
kieszeni. Nie było wtedy bramek, najwyżej obmacanki.
Kolega poczuł się poniżony. Kto Polakowi z paszportem
będzie zaglądał do kieszeni! I tak od słowa do słowa
nieruchawy urzędnik zdenerwował się. Co będzie mu tu
jakaś słowiańska przybłęda się wymądrzać koślawym
angielskim!
I wygarnął mu wreszcie: 'Who you think, who you
are!'. A były to czasy, kiedy urzędnicy celni
jeszcze nie byli automatami obstawionymi elektroniką.
Kiedy Władek to posłyszał, zrozumiał, że to łamany
polski, poczuł się jak
przypalony pochodnią. Scharakteryzował pokrótce zawód
i prowadzenie się matki, babci i prababci owego urzędnika
i kiedy doszedł do barwnego opisu uszkodzonych
genitaliów celnika, twarz interlokutora magle się
rozjaśniła. "Tosh tee sfooy khlop!" - wykrzyknął
urzędnik - Mooy tatush tysh zafshe ksheechal pshes
fence do somsyada - 'tee who you swomanee!'."
I tak w miłym nastroju poszli na zaplecze, a po żubrówce
wyjętej z walizki Władka zostali przyjaciółmi na całe
życie. Przypominam, były to czasy kiedy celnicy byli
urzędnikami przypominajacymi wzykłych ludzi. Dotąd korespondują
ze sobą i zaczynają niezmiennie listy
od tego tatusinego zawołania.
[QZD07::025]
w sieci:21.11.2005
|
|