Kurioza naukowe / Scientific curiosities ISSN 1176-7545; rok VI; No 1172

Zestawienie tematyczne prowadzone na bieżąco

 
Zbrodnie sowieckie - Lidzbark Welski.

'Wirtualna Polska' przypomniała we wiadomościach (6.10.2005) o wyczynach Armii Sowieckiej w styczniu 1945 na Polskim Śląsku w Przyszowicach. "Tu mieszkało wielu powstańców śląskich, działaczy narodowościowych. Błąd topograficzny kosztował życie co najmniej 60 osób, w tym kilku więźniów obozu w Oświęcimiu, którzy uciekli z marszu śmierci. Spłonęło prawie 70 domów i zabudowań gospodarczych" - pisze Teresa Semik o pierwszych śledztwach dotyczących zbrodni wojennych dokonanych przez Armię Czerwoną w Polsce. Czy tylko błąd topograficzny? Śmiem wątpić.
Czas też przypomnieć o podobnych zbrodniach dokonanych w tym samym czasie w innej części Polski.
Do Lidzbarka Welskiego, małego, pięknego miasteczka położonego na granicy z byłymi Prusami Wschodnimi na trasie z Warszawy do Gdańska, Rosjanie wkroczyli 20 stycznia 1945. Nie licząc się z tym, że wszyscy mieszkańcy byli Polakami, pozostało zaledwie kilka rodzin 'Volksdeutschów', najpierw mieszkańców okradziono ze wszystkiego. Najmniejszy ślad niezadowolenia z wywłaszczania kończył się wywleczeniem na ulicę lub podwórko i rozstrzelaniem. Tak zamordowano rodzinę szewca mieszkającego po lewej stronie rynku, jak patrzeć na załączone zdjęcie. Pod którymś domem na starym mieście rozjechano ojca, kalekę, i syna, czołgiem. Ile było takich przypadków? Starzy Lidzbarzacy powinni pamiętać, choć mówić o tym nie było wolno przez prawie pół wieku. Szewc z rodziną, żona, córka (?) i synek przez kilka dni leżeli na podwórku, osmoleni, bo domy dookoła spalono. Oczywiście leżeli bez butów - buty były wymarzoną zdobyczą wojenną oswobodzicieli. Widziałem ich. Mały synek szewca, mój rówieśnik, miał maleńką dziurkę w środku czoła... Nie krwawił, mróz był siarczysty. Ktoś położył kwiat doniczkowy na skutych mrozem, oszronionych ciałach. 
Przez następnych kilka dni całe miasto płonęło. Nie był to przypadkowo zaprószony pożar opuszczonych domów. Od domu do domu, kolejno, chodzili Czerwonoarmiści i podpalali posesje. Uniemożliwiano wszelkie próby gaszenia. Oszołomieni Polacy, którzy od kilku lat marzyli o przepędzeniu Niemców, nie mogli pojąć, co się dzieje. Też pocieszali się, że był to błąd kartograficzny, że wszystko się wyjaśni i nowi prześladowcy uspokoją się. Nic z tego. Miasteczko spłonęło prawie doszczętnie. Ale czy historia z błędem kartograficznym była prawdziwa? Wątpię w to. Potem przez miesiące szosą na wschód przepędzano stada bydła, ale także niekończące się kolumny jeńców niemieckich. Jak bydlątko padało z wycieńczenia, zostawiano je na szosie i ludzie mieli mięso. Jak żołnierz padał ze zmęczenia lub ran, jak długo mogli, podtrzymywali go koledzy, a jak sami już nie mogli, przesuwany był kolejno do końcowych czwórek kolumny. Tam przez jakiś czas był kopany przez strażnika, by trzymał się w szeregu. Jak wreszcie strażnikowi znudziło się kopanie, dokonywał egzekucji w rynsztoku. To widziałem przy ul. Działdowskiej. 
A potem, przez wiele miesięcy szły transporty na wschód. Wywożono wszystko co się dało. Wreszcie niektóre linie kolejowe rozebrano, nie było już co wywozić, więc wywieziono szyny i podkłady kolejowe. 
Czy lidzbarską tragedią o wyraźnie ludobójczym charakterze nie powinien zająć się Instytut Pamięci Narodowej?


Tak wyglądał Rynek w Lidzbarku po usunięciu gruzów. Nie sądzę, żeby ktokolwiek robił zdjęcia w czasie pożaru. Oznaczałoby to wyrok śmierci. 
Że w sposób planowy, w ten sam sposób jak Lidzbark, spalono większość miast i miasteczek na Warmii i Mazurach, nikt się nawet nie dziwił...
(zdjęcie z wieży kościoła Św. Wojciecha)

Teresa Semik o zbrodniach wojennych Armii Czerwonej na Śląsku: http://wiadomosci.wp.pl/wiadomosc.html?wid=8022929

Towarzystwu Miłośników Lidzbarka Welskiego
dedykuję   -      RA

[QZD07::055];[QEP25::084]Mr
w sieci: 9.10.2005

 


 

witrynę prowadzi
© R. Antoszewski
Titirangi, Auckland, 
Nowa Zelandia


październik 2005

v.85

  Site Meter