|
Zbrodnie sowieckie -
Lidzbark Welski.
'Wirtualna Polska' przypomniała we
wiadomościach (6.10.2005) o wyczynach Armii Sowieckiej
w styczniu 1945 na Polskim Śląsku w Przyszowicach.
"Tu mieszkało wielu powstańców śląskich, działaczy
narodowościowych. Błąd topograficzny kosztował życie
co najmniej 60 osób, w tym kilku więźniów obozu w Oświęcimiu, którzy uciekli z marszu
śmierci. Spłonęło prawie 70 domów i zabudowań gospodarczych"
- pisze Teresa Semik o pierwszych śledztwach dotyczących
zbrodni wojennych dokonanych przez Armię Czerwoną w
Polsce. Czy tylko błąd topograficzny? Śmiem wątpić.
Czas też przypomnieć o podobnych zbrodniach dokonanych
w tym samym czasie w innej części Polski.
Do Lidzbarka Welskiego, małego, pięknego miasteczka położonego
na granicy z byłymi Prusami Wschodnimi na trasie z
Warszawy do Gdańska,
Rosjanie wkroczyli 20 stycznia 1945. Nie licząc się z
tym, że wszyscy mieszkańcy byli Polakami, pozostało
zaledwie kilka rodzin 'Volksdeutschów', najpierw mieszkańców
okradziono ze wszystkiego. Najmniejszy ślad
niezadowolenia z wywłaszczania kończył się
wywleczeniem na ulicę lub podwórko i rozstrzelaniem.
Tak zamordowano rodzinę szewca mieszkającego po lewej
stronie rynku, jak patrzeć na załączone zdjęcie. Pod
którymś domem na starym mieście rozjechano ojca, kalekę,
i syna, czołgiem. Ile było takich przypadków? Starzy Lidzbarzacy powinni
pamiętać, choć mówić o tym nie było wolno przez
prawie pół wieku.
Szewc z rodziną, żona, córka (?) i synek przez kilka
dni leżeli na podwórku, osmoleni, bo domy dookoła spalono.
Oczywiście leżeli bez butów - buty były wymarzoną zdobyczą
wojenną oswobodzicieli. Widziałem ich. Mały synek szewca, mój rówieśnik, miał maleńką
dziurkę w środku czoła... Nie krwawił, mróz był
siarczysty. Ktoś położył
kwiat doniczkowy na skutych mrozem, oszronionych ciałach.
Przez następnych kilka dni całe miasto płonęło. Nie
był to przypadkowo zaprószony pożar opuszczonych domów.
Od domu do domu, kolejno, chodzili Czerwonoarmiści i
podpalali posesje. Uniemożliwiano wszelkie próby
gaszenia. Oszołomieni Polacy, którzy od kilku lat
marzyli o przepędzeniu Niemców, nie mogli pojąć, co
się dzieje. Też pocieszali
się, że był to błąd kartograficzny, że wszystko się
wyjaśni i nowi prześladowcy uspokoją się. Nic z
tego. Miasteczko spłonęło prawie doszczętnie. Ale czy
historia z błędem kartograficznym była prawdziwa? Wątpię
w to. Potem przez miesiące szosą na wschód przepędzano
stada bydła, ale także niekończące się kolumny jeńców
niemieckich. Jak bydlątko padało z wycieńczenia,
zostawiano je na szosie i ludzie mieli mięso. Jak żołnierz
padał ze zmęczenia lub ran, jak długo mogli, podtrzymywali go koledzy, a jak sami już nie mogli,
przesuwany był kolejno do końcowych czwórek kolumny.
Tam przez jakiś czas był kopany przez strażnika, by
trzymał się w szeregu. Jak wreszcie strażnikowi
znudziło się kopanie, dokonywał egzekucji w rynsztoku. To
widziałem przy ul. Działdowskiej.
A potem, przez wiele
miesięcy szły transporty na wschód. Wywożono wszystko co się
dało. Wreszcie niektóre linie kolejowe
rozebrano, nie było już co wywozić, więc wywieziono szyny
i podkłady kolejowe.
Czy lidzbarską tragedią o wyraźnie ludobójczym
charakterze nie powinien zająć się Instytut Pamięci
Narodowej?

Tak wyglądał Rynek w Lidzbarku po usunięciu gruzów. Nie
sądzę, żeby ktokolwiek robił zdjęcia w czasie pożaru.
Oznaczałoby to wyrok śmierci.
Że w sposób planowy, w ten sam sposób jak Lidzbark,
spalono większość miast i miasteczek na Warmii i
Mazurach, nikt się nawet nie dziwił...
(zdjęcie z wieży kościoła Św. Wojciecha)
Teresa Semik o zbrodniach wojennych
Armii Czerwonej na Śląsku: http://wiadomosci.wp.pl/wiadomosc.html?wid=8022929
Towarzystwu Miłośników
Lidzbarka Welskiego
dedykuję - RA
[QZD07::055];[QEP25::084]Mr
w sieci: 9.10.2005
     
|
|