|
Prywatne życie
raflezji.
Prywatne życie rafflezji (Rafflesia
arnoldii) pełne
jest niezwykłości i tajemnic mimo wieloletnich badań
prowadzonych przez zespoły botaników z wielu krajów (p.
notka poprzednia).
Na dobrą sprawę nie wiele wiadomo na pewno o tej roślinie.
Jest to pasożyt zupełny, tzw. holoparazyt, nie produkuje
asymilatów, nawet nie ma liści i oczywiście nie ma chloroplastów. Nie ma też korzeni i pędów podobnych
do innych roślin kwiatowych. Co więcej, spędza całe
życie we wnętrzu rośliny na której pasożytuje,
lianie
z rodzaju Tetrastigma, krewniaczki winnej latorośli.
Ale i w tym przejawia niezwykłe cechy. Nie
wprowadza do żywiciela pędów i przyssawek, ale
opanowuje tkanki, szczególnie floem liany nitkowatymi włókienkami
o grubości jednej komórki zaledwie. Przypominające
grzybnię, a nie tkanki rośliny wyższej. Dopiero kiedy pasożyt
uzna,
że trzeba kwitnąć, tworzy na tej grzybniopodobnej
strukturze zgrubienie, które przekształca się
w pąk kwiatowy. Pąk kwiatowy powstaje pod ziemią i
dopiero w stadium zaawansowanym wychyla się na powierzchnię
rozrastając się w olbrzymi kwiat. Pąk
otwiera się nocą i kwiat po kilku dniach zamienia się
w cuchnącą galaretowatą masę.
W zapylaniu biorą pewnie udział muszki lub chrząszcze
składające jaja w padlinie przywabione zapachem kwiatu
(opisane poprzednio). Szanse zapylenia są utrudnione tym, że roślina
jest rozdzielnopłciowa i nie często kwiaty różnej płci
powstają w dostatecznie bliskiej odległości, by zostały
obsłużone przez zapylaczy. Stąd rzadkość występowania
rośliny. Na dodatek w
strategii zapylania, jak przystało na pełnego pasożyta,
roślina stosuje taktykę oszukańczą - złożone jaja
zapylaczy nie mają szans rozwoju, ponieważ kwiat nie
oferuje larwom odpowiedniego pokarmu.
Różne stawiano
hipotezy co do sposobu rozsiewania nasion. Nasiona są
drobne, ukryte w owocach, które są zjadane przez
miejscowe gryzonie (wiewiórki) i owadożerne (ryjówki).
Być może mrówki i termity też mają udział w
rozsiewaniu. Wnioskować by można, że jest to roślina
endozoochoryczna - nie strawione nasiona wydalane są z
kałem i .. znów nie wiadomo co dalej. Nie wiadomo jak
raflezja odnajduje żywiciela i jak go zakaża. Sądzono
nawet, że słonie mogą przenosić nasiona między
palcami i uszkadzając pędy lian wprowadzać nasiona do
tkanek potencjalnego żywiciela.
Dla mnie jednak najbardziej zastanawiający jest sam
kwiat. Wiadomo, kwiaty jak i owoce roślin rozsiewanych i zapylanych przez zwierzęta zaadresowane są do
konkretnej grupy zwierząt, a czasem bardzo specyficznie
do jednego gatunku oferującego usługi tego rodzaju. Usługi
te najczęściej są wynagradzane, choć znanych jest
wiele zawodowych oszustów tym względzie. Skutek się
liczy. W przypadku raflezji nie mogę dopatrzyć się
adresata i dostępne mi źródła milczą na ten temat.
Nie można sądzić, że dziesięciokilogramowy kwiat o
metrowej średnicy jest potrzebny, by przywabić drobne
owady zapylające, albo małe gryzonie czy owadożerne.
Wygląda mi na to, że mamy tu do czynienia z przejawem
tzw. 'ekologii anachronicznej'. Wiele takich przykładów
znanych jest we florze Nowej Zelandii, kiedy roślina
'adresuje' kwiaty i owoce do zwierząt
usługowych, które już dawno nie istnieją.
Anachronizm taki może istnieć, jeśli w miejsce
pierwotnych sług funkcję tę przejęły inne zwierzęta
wcale nie wabione pierwotnymi mechanizmami, ale
przypadkowo interesujące się kwiatem czy owocem. Być może
raflezja adresuje swoje kwiaty do wymarłych gadów, a
sama przetrwała dlatego, że drobne gryzonie i owady przejęły na siebie
zapylenie i rozsiewanie nie interesując się olbrzymim
kwiatem i fałszywie wabiącym zapachem..

Pąk raflezji i przekrój
anatomiczny pędu żywiciela z nitkami komórek pasożyta
(S - komórki floemu; Z -
grzybniopodobne komórki raflezji)
[QZD06::045];ART34029p054;[PRA02::003];[RIO08::047];[QAB05::120]p346
w sieci: 6.6.2005
|
|