| |
Czyżby początek końca internetowej wszawicy?
Jak każdy wielki wynalazek, tak też i internet
natychmiast po jego rozpowszechnieniu spotkał się z olbrzymim
zainteresowaniem malwersantów. Tych dużych, od załatwiania
afer milionowych, i tych maluczkich, co to w swoim zakompleksieniu chcą
się wykazać, pokazać że istnieją, albo po prostu utrudnić innym życie
wedle zasady - 'mnie się nie udało w życiu, to czemu tobie ma się
udawać?'
Dla zabawy, a często też jako wstęp do większych akcji, wysyła się
fałszywe informacje, pogróżki, porno, blokuje sieć, wreszcie włazi się do
komputera dla celów szpiegowskich (np. badając kontakty konkurenta),
manipuluje w ustawieniach, czy niszczy dane. Oczywiście należy tu też
cała działalność autorów wirusów, robaków, spamów, itp. Najgrubszymi
aferami wirusowymi zajmuje się już policja i interpol, ale te drobne,
jakby wszawica internetowa, grasuje w zasadzie bezkarnie. A straty
powodują olbrzymie, jeśli liczyć czas na usuwanie, inwestowanie w
nowe bariery, odtwarzanie straconych danych. Znam starsze osoby, które
nie zniosły nerwowego stresu, i mimo że internet jest ich jedyną
rozrywką i kontaktem ze światem, po prostu nie uruchamiaja komputera w
obawie osaczenia internetową wszawicą.
I jak zawsze, gdzie prawo nie nadąża za życiem, sprawiedliwość
przechodzi w 'ręce ludu'. Przypomina to przysłowiowy 'dziki zachód',
stosunki społeczne powstające zawsze tam, gdzie nie dociera porządek
prawny.
W niektórych ośrodkach malwersacje internetowe stały się tak dokuczliwe,
dosłownie jak wszawica, pchły czy pluskwy.
Ale jest pewna nadzieja. W kilku krajach azjatyckich zaczynają powstawać firmy usługowe
oferujące śledzenie
nadawców różnych spamów, wygłupów, szpiegowskich 'cookies', itp. Wystarczy
tym firmom zezwolić na 'podsłuch' kontaktów, a oni już dotrą, za
kilkanaście dolarów, skąd, kto i jak zatruwa internet. Ale
odszukanie prawdziwego adresu nadawcy to tylko część roboty. Następna
forma usług to łagodna perswazja - np. list zachęcający do zaprzestania
procederu. Jeśli to nie pomaga, za listem idzie telefon do sprawcy, do
jego pracodawcy, czy do szkoły. To najczęściej pomaga na poziomie zabaw.
Następna forma usług - już mniej miła, to ewentualnie kontakt
osobisty przedstawicieli (zwykle innej zupełnie firmy) ze złoczyńcą.
Kontakty te mogą mieć różne stopnie intensywności, ale są wręcz
radykalnie skuteczne,
jak wykazuje praktyka.
Internet jest, jak dotąd, dżunglą, a w dżungli rządzą prawa dżungli.
Ciekaw jestem, czy w Polsce funkcjonują już takie firmy. Jeśli nie,
warto pewnie o tym pomyśleć. Oczywiście w kraju znanym ze swojej
praworządności drastyczne metody nie będą potrzebne, więc wszystko
może się zmieścić w ramach legalności. Wystarczy jakiś
mikro-Rutkowski, prawnik, specjalista od reklamy i kilku studentów-hobbystów
znających tajniki internetu i komputerów. Nie znam się na tym,
ale technicznie rzekomo rzecz jest prosta, wystarczy mieć odpowiedni
program potrafiący szybko śledzić drogę przesyłki. Nie pomogą żadne
aliasy czy zamydlanie adresu nadawcy. Dotrzeć można aż do numeru
telefonu, nawet wewnętrznego, a więc i do adresu. Programy takie są dostępne w sieci za
kilkadziesiąt dolców. Jestem pewien, że setki poszkodowanych osób
zleciłoby takiej firmie poszukiwanie sprawców i wszczęcie procedury sądowej
o straty finansowe. Przypuszczam też, że klienci takich firm w Polsce
zrzekli by się chętnie przyznanych sum na rzecz firmy, która ich
oswobodzi od wszawicy internetowej. W przypadku zespołow amatorskich,
nie rejestrowanych, procedura jest prosta, wedle
katalogu i życzeń zleceniodawcy.
Oczywiście zawodowi terroryści
posługują się bardziej wymyślnymi metodami nadawania jak łącza
radiowe, ale to już zwykle międzynarodowa, kryminalna afera.
Esej przewidziany do zbioru Zagadnienia
Kultury Internetowej.
[QZD00::064];ART28\04\137
w tle wsza głowowa Pediculus humanus capitis i wirus
widziany w mikroskopie elektronowym
|
|