Jedno zbaranienie dziennie...

 

 

 

 

 Polskiej Biblioteki Internetowej perypetii ciąg dalszy.

Kilka miesięcy temu umieściłem entuzjastyczne 'Zdumienie' po przeczytaniu w prasie oświadczenia wiceministra Wojciecha Szewko o wzięciu światowego rekordu internetowego 'z marszu'. Miało to być umieszczenie w sieci 6000-7000 książek w przeciągu trzech miesięcy. Przypomiałem jednocześnie, że znana już na całym świecie Fundacja Gutenberga osiągnęła liczbę 6000 pozycji książkowych po kilkunastu latach intensywnej pracy. Teraz pani Katarzyna Gruszka, jak podaje prasa, odpowiedzialna w Ministerstwie Nauki i Informatyzacji za bibliotekę zapowiada, że książki te trafią do sieci w styczniu. Drobne omknięcie jak na taką sprawę, nie ma co wytykać, a rekord światowy i tak będzie osiągnięty. 
Koszt operacji ma wynieść 3 miliony złotych. I znów zantować wypada sukces ekonomiczny na miarę światową. Jeżeli firma liczy sobie 500 zł za skanowanie, formatowanie, oprawę graficzną, umieszczenie w sieci plików, ulokowanie ich w katalogach i zaopatrzenie w odsyłacze (crosslinks), to jest to niewątpliwie najefektowniejsza firma tego rodzaju godna polecenia bibliotekom na całym świecie. Na dodatek potrafi 'obalić' sto książek dziennie, a więc zatrudnia kilkaset wysoko kwalifikowanych pracowników! Zrobi furorę. Wspomniana Fundacja Gutenberga ocenia, że opracowanie jednej książki wymaga nie mniej niż 50 godzin pracy, bez grafiki, jako że udostępniane są tam książki wyłącznie w formacie txt i htm bez ilustracji i map. Jest to kalkulacja niezwykle skromna, niemniej 10 zł za godzinę to taniocha. Po odliczeniu kosztów materiału i sprzętu zostaje 3-5 zł dla pracownika (to chyba poniżej dopuszczalnej płacy, ale nie znam się na tym..). Realne koszta wprowadzenia w sieć kilkuset stron tekstu kosztuje kilkaset dolarów, znowu nie licząc grafiki itd. Konkurencyjność polska jest więc niebotyczna.
Co z tego wynika? Albo mamy w Ministerstwie Nauki i Informatyzacji ekonomicznych i organizacyjnych geniuszy, albo kompletnych baranów. 
Czas pokaże, która opcja jest prawdziwa.

Nie wypominając, kilka miesięcy temu, kiedy sprawę PBI poruszono w prasie, starałem się dotrzeć do organizatorów tej Instytucji. Po mozolnych poszukiwaniach znalazłem jakiś adres i przedstawiłem propozycję oddania mojego zbioru do dyspozycji PBI (nieodpłatnie, oczywista). Albo list przepadł w internetowej dżungli, albo w ministerialnej. Ale wynik jest ten sam - odpowiedzi nie ma. 

(poprzednia notka na ten temat - 22.9.2003)

[QZC09::029];[QNT92::041]

 

 

 


 

witrynę prowadzi
© R. Antoszewski
Titirangi, Auckland, 
Nowa Zelandia

(wybrane z publ. R. Antoszewskiego)


grudzień 2003

v.37

  Site Meter