| |
Jest taka choroba odzwierzęca, toksoplazmoza, którą
zakażamy się przede wszystkim od kotów, choć nosicielami są też
inne ssaki. Kot łowiąc myszy, ptaki, a nawet owady, zakaża się
jednokomórkowym pasożytem Toxoplasma gondii. Sam nie cierpi na
toksoplazmozę, ale wydala mnóstwo zarazków w kale. W zwyczajnych
warunkach domowych, mieszkając z kotem, prawie nie można się nie
zarazić zarazkami toksoplazmy. U ludzi zakażenie jest najczęściej
bezobjawowe, tylko osoby z obniżoną odpornością (z powodu AIDS lub
terapii supresyjnej, a także kobiety ciężarne) mogą poważnie odczuć
zakażenie.
I wszystko byłoby w porządku, gdyby nie ostatnie doniesienia o długoterminowych
skutkach toksoplazmozy. Okazuje się, że wieloletnie noszenie w sobie
nieszkodliwych niby zarazków powoduje zmiany osobowości nosiciela. Co
dziwniejsze, zmiany te są zależne od płci. Kobiety, z normalnych
gospodyń domowych, zapobiegliwych i na ogól marudnych, stają się
niefrasobliwe i nadmiernie przyjazne. Mężczyźni natomiast stają się
zazdrośni przesadnie i popadają w ponuractwo. W skrajnych przypadkach
zmiany mogą prowadzić do schizofrenii. Tyle wyniki kilkuletnich badań
prowadzonych przez czeskich badaczy
Jaroslava Flegra, Petra Kodyma, Verę Tolarovą.
Moim zdaniem mamy tu do czynienia z przypadkiem 'urabiania' nosiciela
pasożyta na swoją korzyść. Znanych jest wiele przypadków tego
rodzaju 'urabiania' w świecie zwierząt, także przez zmianę zachowań,
więc osobowości zakażonych zwierząt.
W omawianym przypadku sprawa jest jasna - pasożyt nie szkodzi
nosicielowi, ale urabia jego charakter w ten sposób, że przez rozbudowę
przyjacielskości i niefrasobliwości, gospodynie stają się 'kocimi
mamami'. A mężczyźni? No cóż, i tak w sprawach domowych nie liczą
się, ale wobec popadania w ponuractwo kocimi tatusiami' być nie mogą...
[QZC08::043]1,3
|
|