|
Herbata po tybetańsku.
To
tylko w Europie i w zeuropeizowanej Ameryce czy Australii pije się herbatę
w niezwykle prymitywny sposób, uproszczony do granic nieprzyzwoitości -
sieczka herbaciana w papierowej torebce, kubek z pianki, woda z aparatu, ewentualnie
cukier z torebki i
koniec.
Inaczej jest w kręgach starych kulturowo herbatopijców, a przede
wszystkim w różnych krajach azjatyckich.
Szczególną rolę odgrywała i odgrywa herbata w wysokogórskich
regionach Tybetu, Chin, Nepalu i Syberii. Tam też wypracowano różne
sposoby spożywania herbaty, inne od przyjętych w Europie czy Ameryce.
Herbata tybetańska przypomina nieco naszą bawarkę
z tą różnicą, że wszystkie składniki, herbatę, mleko i cukier
gotuje się równocześnie, co daje jej specyficzny zapach i smak.
Tybetańską specjalnością jest herbata z masłem, znana w różnych
wersjach. W najprostszy sposób przygotowujemy ją dodając do wrzącej
herbaty szczyptę soli, wlewamy gorący płyn do maselniczki - wąskiego
naczynia z przedziurawioną przykrywką, poprzez którą wkłada się
mieszadło. Urządzenie to znane jest w wersji przenośnej, jak na
ilustracji, lub w wersji domowej (p. il. 2) przypominającej naszą
kierzankę, sprzęt używany do wyrobu masła ze śmietany. Dodajemy
kilka łyżek masła i po dokładnym rozbełtaniu herbaty z masłem, aż
powstanie emulsja tłuszczu w herbacie, podajemy napój na gorąco. Im dłużej
mieszania, tym napój lepszy. W Europie można używać masła, w
Tybecie oczywiście dodaje się masła jaków (jaczego masła?), a herbatę skrobie się z
herbacianych cegiełek, co dodaje herbacie niezapomnianego smaku i
zapachu. Niektórzy turyści uważają nawet, że jest to smak zbyt
trudny do zapomnienia..
Tybetańczycy
upodobali sobie ten napój zwany po cha, niektórzy piją
go przez cały dzień. Doskonale rozgrzewa w ostrym klimacie górskim. W
Europie, zamiast urządzenia tybetańskiego, stosować można jakiś
mikser albo duże naczynie ze szczelną przykrywką umożliwiającą
wytrząsanie zawartości. Zamiast cegiełek herbaty, z konieczności, decydujemy
się na 'liptona', niektórzy nawet zadawalają się mlekiem w proszku,
ale to już bluźnierstwo kulinarne. Pozostajemy też przy maśle
krowim, nie słyszałem, by ktoś importował masło jaków.
Fascynującą recepturę na przygotowywanie bardzo pożywnego napoju z
herbaty przywieźli z dalekiego wschodu jezuiccy misjonarze w 1664 roku.
Wedle tej receptury bierzemy żółtka dwóch świeżo zniesionych jaj, ubijamy je starannie z
cukrem, i zalewamy uprzednio przygotowaną gorącą herbatą i dokładnie
mieszamy. Zdaniem mnichów, w Europie zbyt długo zaparza się herbatę,
przez co do płynu przechodzą też jej przyziemne ingredienty. Krótki czas wystarcza na ekstrakcję
duchowych treści herbaty, a pozostawia we fusach ich przyziemną, nie
duchową część. Optymalny
czas zaparzania, po którym należy dodać ów kogel-mogel, to nie dłużej
niż powolne odmawianie psalmu Miserere. Dokładniejsze instrukcje
otrzymać można na plebanii.
O różnych sposobach przyrządzania pełnych, pożywnych
dań z herbaty,
a nie tylko napoju, napiszę osobno. [QZC07::072];[QZC07::011]1,9;]QZC07::070]3;[QNT84::005];QCP05096\35\35
|