|
Pies, który listy
pisywał. (c.d.)
Okazało się, że Rolf przysłuchując się odrabianiu
lekcji przez dzieci
opanował matematykę na zupełnie porządnym poziomie, co widać na zdjęciu
poniżej. Wyciągał pierwiastki drugiego i trzeciego stopnia z dużych liczb.
Zamykał wtedy oczy i po jakimś czasie radośnie je otwierał i nieomylnie
wystukiwał
wynik.
Nie odważyłbym się wyciągnąć pierwiastków z
widocznych tu cyfr, nawet z tablicami logarytmicznymi potrwało by to nieco (wtedy
pies nie mógł używać kalkulatora!). A on nic, przymykał oczy, procesował w
psim łbie, i wynik gotowy. Oczywiście złożone dodawanie, mnożenie,
dzielenie robił lekką łapą błyskawicznie.
Zastanawiałem się, jak sobie radził z wystukiwaniem wielkich
liczb oznaczających niektóre litery, np 25, 28, itp. I na to znalazł sposób
- w stukaniu nie szedł dalej niż do 9, a dziesiątki odliczał w systemie
dziesiętnym. Sam wykombinował to, co ludzkości zajęło wiele tysięcy
lat.
Potem zaczęła się już normalna wymiana poglądów i myśli, na poziomie pani
mecenasowej, ma się rozumieć. Umiał też wyrażać jasno swoje opinie w różnych
sprawach. Kiedyś Rolf obwąchiwał krowę z zainteresowaniem, przepadał za
mlekiem, a ta go lubieżnie polizała po mordce. Rolf odskoczył, nawet zaczął
szczekać. Zapytany w domu, czemu tak brzydko się zachował, postukał po
prostu:
'smegd nid gud gus fon ku' - nie trudno przełożyć to na
niemiecki (Rolf, z jakichś względów, często nie stukał samogłosek):
'schmeckt nicht gut Kuss von Kuh' - (pocałunek krowy nie jest smaczny). Trudno
odmówić racji.
Sława o psie zaczęła się rozchodzić, zajęła się nim prasa. Pani
mecenasowa zadbała, żeby wszystko odbyło się zgodnie z niemieckim porządkiem.
Organizowała zebrania towarzyskie z zaproszonymi gośćmi, na których zadawano
Rolfowi różne pytania. Przebieg zebrań starannie protokołowano, a obecnych
brano za świadków poprawności zapisu. Protokoły potwierdzano notarialnie. A
byli to goście nie lada. Na przykład 4 maja 1913 protokół poświadczał prof.
Dr Krämer z Hohenheim, prof. Dr H. E. Ziegler ze Stuttgartu i Dr Sarasin z
Bazylei. Gośćmi byli prawnicy, burmistrzowie, majorowie, wysocy urzędnicy,
przemysłowcy. Chyba nie było tylko pastora ani księdza.
Na jednym z takich zebrań śliczna panienka pokazała Rolfowi wizytówkę, żeby
ją odczytał. Rolf od razu wystukał: 'lore bngisr lib medl fein gd',
co od razu zrozumiano jako 'Lore Benckiser, miła dziewczyna, śliczny łańcuszek'
- bo panna Lora tak się nazywała i miała na szyi delikatny łańcuszek'.
Na pytanie, czy lubi pracować (znaczy stukać intelektualnie), Rolf odpowiedział szczerze - nie. No to
czemu pracujesz? - bo muszę. A jak byś nie
pracował, to co? - To mnie zleją.
I tak dalej, rzeczowo, racjonalnie.
W drugiej części Rolf wystukuje swoją autobiografię. Zaczyna się tak: 'kiedy
Rolfa nazwano Mutz, był u ogrodnika Faciusa', potem - 'Rolf nie lubił być
Mutzem, bo pan Facius krzyczał często na złego Rolfa' - i tak dalej. Nawet
opowiada swoje wrażenia ze spotkań z profesorami. Cytowane są całe protokoły
zebrań, na które przychodzili prominenci pełni niewiary i sceptycyzmu, a
wychodzili z przeświadczeniem, że uczestniczyli w niecodziennym spotkaniu.
Jak sława się rozeszła, Rolf zaczął otrzymywać liczną korespondencję,
listy i karty pocztowe. Odpowiadał na nie rozsądnie, językiem średnio
inteligentnego Gastarbeitera. Niektórzy pisali do niego językiem rolfowym.
Przyjmował to jako coś oczywistego. Ale kiedy ktoś przysłał mu piosenkę ułożoną
specjalnie dla niego, Rolf odpowiedział z prostotą, że piosenek pisać nie
umie.. Dziwne, prawda? Pies, a nie umie pisać piosenek.
Autorka pod koniec tomu wyjaśnia, jaki cel jej przyświecał przy publikowaniu
wypowiedzi ukochanego psa. Chodziło jej o lepsze zrozumienie zwierząt, o
podniesienie wartości znaczenia życia zwierząt. Wiele obserwacji i
protokołów ukazało się w poważnych czasopismach niemieckich. Przy okazji
dowiedziałem się, że w tym czasie wychodziło w Niemczech czasopismo
"Die Tierseele" ("Dusza zwierzą", wyd. Krall).
Niestety, pani Moekel zmarła, wkrótce potem (1920), zdechł pies. Materiały
drugiej części wydał mąż pani Pauli, Dr. Friedrich Moekel. Informuje jednak,
że już po napisaniu książki, pojawiło się znacznie więcej stukających psów,
w najbliższej okolicy było ich kilkanaście. A była to moda na seanse
spirytystyczne, gdzie stukanie i strzykanie w stawach było podstawowym sposobem
komunikowania się z zaświatem.
Jednym słowem książkę czyta jak poemat, trudno się oderwać...
A miłośników kotów informuję, że pani Paula nie pozostawiła w ciemnocie
swojej kotki Daisy. I ją wciągnęła do intelektualnych konwersacji. Ale to już osobna historia.
[QZC07::002];[QAB04::018];[QAB04::019]
|