Mowa parlamentarna. 

Kilka dni temu (20.5.2003) w nowozelandzkim parlamencie, w pytaniach do ministrów posłanka użyła 'brzydkiego słowa' cytując korespondencję w sprawie prostytucji młodocianych dziewcząt. Denerwowała się, że przez dziewięć dni musiała czekać na sprawdzenie sprawy. Kiedy tylko padły słowa 'sweet bugger', wcale nie skierowane do kogokolwiek, ani epitet, a tylko cytat, wtrącił się Mr Speaker, tutejszy Marszałek Sejmu, ale cieszący się dużym autorytetem i nie wahający się z tego korzystać. Polecił tak przerobić wypowiedź, by nie zawierała niestosownych słów, na które nie ma miejsca w parlamencie. Interpelacja natychmiast została zmieniono, obrady potoczyły się dalej. Wprawdzie podniesiono przy okazji, że słowo to weszło do języka potocznego, bywało w reklamach, słyszy się na ulicy... Marszałek nie ugiął się. Bywa używane na ulicy, to nie znaczy, że może być używane w Parlamencie.. - zawyrokował.
Jakie to proste, prawda? Łza się w oku kręci. 

Ale moje zdumienie jeszcze bardziej wzrosło, kiedy zadzwoniłem za dwa dni do sekretariatu miejscowego posła z prośbą o wytłumaczenie pewnych okoliczności z tym związanych. Za kilka minut, dosłownie, otrzymałem faksem obszerny wyciąg z obrad danej sesji i mogliśmy z tekstem w ręku rzecz szczegółowo przedyskutować.
Jeszcze raz łza się w oku zakręciła..

A wszystko działo się w tym oto, znanym ze swojej odważnej architektury, budynku Parlamentu w Wellingtonie, w tak zwanym 'ulu' (beehive). 


Beehive, Wellington, NZ

[QZC06::009];[QHB00::055]p102

 

 


 

witrynę prowadzi
(C) R. Antoszewski

Titirangi, Auckland, 
Nowa Zelandia

(wybrane z publ. R. Antoszewskiego)

Site Meter
maj 2003

v.20