|
Sadza na mózgu.
Historia palenia tytoniu, picia tytoniu, jak to początkowo
nazywano, oraz zażywania tabaki pełna jest przedziwnych zwrotów. Od
uznawania palenia za środek - panaceum na wszystkie dolegliwości cielesne
i duchowe, do trucizny odpowiedzialnej za wszelkie schorzenia i moralny
upadek całych narodów.
Jednym z dziwniejszych obrotów dyskusji o paleniu jest sprawa sadzy na mózgu.
Skoro jest dym, jest i sadza, skoro dym wchodzi do ciała i gdzieś się
podziewa, to musi tam być tego ślad. Rozumowanie jasne i przekonywujące.
W połowie siedemnastego wieku padł wreszcie konkretny argument - mózg
palaczy pokryty jest czarną warstwą sadzy, stwierdzili autorytatywnie
niektórzy badacze. Niektórzy lekarze w to wątpili,
ale niejaki Hadrianus Flackenburgius przysięgał, że mózg palaczy pełen
jest sadzy, jak komin. Sekcje mózgu kryminalistów - palaczy niezawodnie o
tym świadczyły, twierdził Flacckenbergius i opisał to w uczonej
rozprawie "Epistole et judicia clarissimorum aliquot madicorum: De
tobacco" (Utrecht 1644). Wielu poważnych autorytetów medycznych
potwierdzało te obserwacje.
Wreszcie pewien uczony w Jenie, Adam Hahn, wziął się za sprawę i w książce
'Tabacologia' wydanej w 1690 udowadniał, że sadza na mózgu jest wymysłem
tabakofobów mającym na celu przestraszenia palaczy.
Ale.. nie na tym koniec. Kiedy kilkadziesiąt lat temu zwrócono uwagę na
rakotwórcze substancje obecne w dymie papierosowym i jeszcze raz rzecz
przebadano, wykryto, wprawdzie nie sadze jak w kominie czy na cylindrze
lampy naftowej, ale czarne substancje smoliste zalegające pęcherzyki płucne
co bardziej namiętnych palaczy. [QZC03::093];[RIR::025]p173-4;VA-325p173
|