Dama i ludożerca.

"Wioska Maorysów kilka minut zaledwie odległa od hotelu i tam spędzam dni moje. Łaski wieśniaków zjednałam sobie, rozdając między dzieci kilka paczek cukierków; odtąd jestem uprzejmie przyjmowana i wolno mi przyglądać się kobietom maoryskim, piorącym lub gotującym, co się wszystko odbywa pod gołem niebem. 
Natura ułatwiła życie gosposiom tutejszym: cała wieś pełna jest stawów i stawków z wrzącą wodą a jedzenie przyrządza się wspólnie. Wieśniaczki przynoszą mięso, czy co mają do ugotowania, do wspólnego stawu, i wpuściwszy wiktuały, zawiązane w worek na powrozie w gorącą wodę, zabawiają się gawędką, dopóki się wszystko nie ugotuje. 
Czy w podobny sposób niegdyś mięso ludzkie przyrządzali, nie mogłam się dowiedzieć, bo Maorysowie nie lubią aby im przypominać, że przodkowie ich byli ludożercami. Znalazłam jednakże jednego, z którym mogę mówić bez ceremonii o dawnych »dobrych« czasach: jestto dziewięćdziesięcioletni wódz, który odgrywał przed laty ważną rolę w losach kraju swego i podobno niejednego Anglika zgładził ze świata. 
Ten mi wyznał szczerze, iż niejednokrotnie jadał mięso białych ludzi, chociaż bez porównania mniej smaczne i twardsze nawet od mięsa brunatnej rasy. Białych kobiet nie jadł nigdy, bo dawniej Anglicy swoich tu nie przywozili, a dziś, chociaż przywożą, to niema z tego korzyści, bo już nie wolno jadać ludzkiego pieczystego. 
Pewien pan, mieszkający w tutejszym hotelu i władający językiem Maorysów, towarzyszy mi niekiedy w odwiedzinach u starego wodza i zapytał go kiedyś, czy dziś jeszcze jadłby ludzkie mięso. »O, czemu nie« — odpowiedział — »zjadłbym chętnie tę młodą damę, na przykład; zdaje mi się, że byłaby bardzo krucha«. — 
Przyznam się, że od tej chwili mniejszą przyjemność mi sprawiają odwiedziny u staruszka, zwłaszcza, gdy mię całuje w rękę, ... 
Ubawił mię szczególnie ich sposób witania się. Z najpoważniejszą w świecie miną biorą się wzajemnie za rękę i pocierają nosami jeden drugiego bez żadnej oznaki uciechy albo wstrętu. 
Na uświetnienie uroczystości wybuchł największy z gejzerów, który milczał od lat wielu. Siedzieliśmy właśnie przy stole, gdyśmy uczuli silne wstrząśnienie a przytem grzmot, jak gdyby wioskę bombardowano. — Wypadliśmy wszyscy na balkon i wspaniały widok przedstawił się oczom naszym: oto gorący wodotrysk na jakie 100 stóp wysokości bił do góry z grzmiącym hukiem, rozbryzgując się wkoło. Niedługo jednak trwał ten rozmach i wkrótce wszystko wróciło do dawnego stanu, ale mnie w pamięci zostało to wspaniałe zjawisko."
(cytat bez poprawek.)


Jest to cytat z dosyć dziwnej książki wydanej we Lwowie w 1908. Autorką jest szwajcarska nauczycielka Lina Boegli. Wyruszyła z Krakowa (!) w 1892 w dziesięcioletnią podróż dookoła świata i rzecz opisała w listach do przyjaciółki. Z Maorysami spotkała się w Whakarewarewa w styczniu 1897. W listopadzie 1902 znów była w Krakowie.. Książkę 'Avanti' wydano we wielu językach, a w Polsce ukazała się nakładem Księgarni Polskiej B. Połonieckiego we Lwowie. 

[QZC04::020];[QAB03::465]p120-2

 

 


witrynę prowadzi
(C) R. Antoszewski

Titirangi, Auckland, 
Nowa Zelandia

(wybrane z publ. R. Antoszewskiego)

styczeń 2003
v.17

Site Meter