Kurioza naukowe / Scientific curiosities ISSN 1176-7545; rok XIV; No 3408

Zestawienie tematyczne prowadzone na bieżąco

 

Jedno zdumienie dziennie...

 

.

Widziałem Kennedyego parę dni przed zamachem..

Tak się złożyło, że natychmiast po doktoracie na UJ zgodzono się na mój wyjazd do USA na staż podoktorski całkowicie opłacany przez stronę amerykańską w ramach jakichś umów PRL-USA. Miałem do wyboru Harvard lub Yale. Wybrałem Yale, bo z podręcznika A. W. Galstona uczyłem się fizjologii roślin. Akceptację POP i Ministerstwa uzyskałem tylko dzięki mocnemu wstawiennictwu prof. S. A Pieniążka. I tak, mimo bezpartyjności, znalazłem się, zupełnie oszołomiony życiem 'sfer wyższych', na 'Batorym' razem z ... Kaliną Jędrusik! Oczywiście ona była gdzieś tam na wysokościach, a ja spałem w strasznie skrzypiącej kabinie z jakimś chrapliwym Polonusem wracającym do USA. On sypał dolcami na coca-colę z automatu, a ja wysupłałem ze skarpetki długo skrywaną przez Mamę dwudziestodolarówkę przeszmuglowaną nielegalnie do USA. Dopłynąłem do Kanady, bo taka trasą kursował wtedy 'Batory', a stamtąd 'greyhoundem' dojechałem do New Haven, gdzie na Yale rozpocząłem swój podoktorski staż pod kierunkiem tegoż Galstona. Byłem zupełnie otumaniony zachodnim światem. Początek w USA był prześmiewczy. Kiedy rano zameldowałem się w Zakładzie, zbaraniałem. Miałem wyznaczony pokój, nawet była tabliczka z nazwiskiem, ale nijak nie mogłem wejść. Manipuluję klamką jak mogę, w dół, w górę, popycham, a tu nic! Zbaraniała sekretarka podała pomocną dłoń! Klamka była pokrętna, nie jaką znałem przez cały żywot! Ale potem już jakoś szło. 
Kilka razy pojechałem wraz z nowopoznanymi przyjaciółmi do Nowego Jorku. Byłem nawet na paradzie Pułaskiego. Jaka różnica w porównaniu do pochodów 1-Majowych! Podczas któregoś wypadu śmignął na Manhattanie sam Prezydent. Obstawa minimalna, paru motocyklistów. Ludzie machali, ale jakiegoś specjalnego entuzjazmu nie było. 
Kilka dni potem gruchnęła wiadomość - Prezydent został zamordowany! Tak się złożyło, że cały zakład słuchał napływających wiadomości poprzez mojego 'kolibra' (chyba tak nazywało się pierwsze polskie radio tranzystorowe, które przywlokłem do USA).  
Pracownicy, studenci, stojąc na korytarzu przed moim pokojem, słuchali kolejnych komunikatów z prawdziwym przerażeniem, niektóre dziewczyny popłakiwały. A towarzystwo było bardzo międzynarodowe. Amerykanie, kilku Anglików, Australijczyk, dwóch Nowozelandczyków (wtedy Kiwisów jeszcze nie było), Niemka, Chińczyk, Nikaraguańczyk, i in. Żal i przerażenie było powszechne i niekłamane. 
Potem jednak sytuacja jakby się zaostrzyła. W moim pokoju, wynajętym w pobliżu uczelni od pewnego Polonusa, pojawili jacyś ludzie, przeszukali dokładnie moje graty (walizkę z koszulą zapasową i spodniami!). Gospodarz tłumaczył mi- 'no, rozumiesz ...'. Rozumiałem. W Zakładzie też bywały dziwne rzeczy. Przesiadywałem w laboratorium czasem do północy. Nie miałem nic innego do roboty. Kiedyś przypadkiem wracając na stancję zapomniałem czegoś w zakładzie i wróciłem po kilku minutach. Jakie było moje zdziwienie, kosz na śmieci w moim pokoju był czyściutki, a zawsze jakimś przypadkiem, w laboratorium był ktoś, kto tak samo miał jakieś zajęcie do późna w noc.. Sprawdzano moje papiery, nawet w koszu na śmieci. Powiedziałem o tym Galstonowi. Na co on - 'no, rozumiesz..'. Rozumiałem.
Kiedy pod koniec mojego stażu w USA miałem płatny miesiąc na podróże, kupiłem bilet na 'greyhounda' za 100 dolców. Była to dla mnie duża suma, inni stypendyści mieli trzykrotnie wyższe stypendia! Był to miesięczny bilet bez ograniczeń, mogłem szaleć po całych Stanach. Poza zaliczeniem kilku uniwersytetów, przez Utah do Kalifornii, potem Nowego Meksyku i Florydy uważałem za konieczne wpaść do Dallas. 

Do owego ponurego magazynu książek nie było można wchodzić (teraz jest tam muzeum). W miejscu zamachu było coś w rodzaju kapliczki z mnóstwem chorągiewek, wpisów, życzeń i kwiatów. Żal i zaniepokojenie było szczere. 
Potem jeszcze miałem okazję rzucić okiem z autobusu na Pentagon, a także wpaść na Arlington.
I tak skończyło się moje spotkanie z Prezydentem USA. 

[QZE11::194];[QEQ50::020]
w sieci: 23.11.2013; nr 3408

 


witrynę prowadzi
© R. Antoszewski
Titirangi, Auckland, 
Nowa Zelandia

  Site Meter