Kurioza naukowe / Scientific curiosities ISSN 1176-7545; rok XIV; No 3385

Zestawienie tematyczne prowadzone na bieżąco

 

Jedno zdumienie dziennie...

 

.

O skażeniu środowiska inaczej.

Skażenie to obecnie chyba najczęściej używane i odmieniane na wszystkie sposoby słowo w kontekście przyrody i życia codziennego. Najczęściej rozumie się pod występowanie koło nas i w nas chemikaliów, które znalazły się przypadkowo, wbrew naszej woli i wiedzy, i mają szkodliwe działanie. 
Popatrzmy na sprawę nieco szerzej. Wszystko co żyje zmienia w jakiś sposób swoje otoczenie, przyjmuje jedne składniki, wydala inne, których w otoczeniu nie było. Na tym polegają procesy życiowe. 
Trudno myśleć o tym na co dzień, ale jednym z największych skażeń o niewyobrażalnych wręcz konsekwencjach było ... pojawienie się tlenu w atmosferze. To powstanie i wybuchowy rozwój organizmów fotosyntezujących jest temu winnne. Działo się to w niewyobrażalnie odległych czasach, bo około trzy i pół miliarda lat temu, kiedy to mikroby typu sinic zaczęły pochłaniać dwutlenek węgla i posługując się energią światła produkować gazowy tlen. Mówi się o katastrofie tlenowej. Była to prawdziwa katastrofa dla wszystkich innych organizmów wtedy żyjących na ziemi. Gromadzący się w atmosferze i w wodzie tlen powodował, że wszystkie pozostałe mikroorganizmy, z natury beztlenowce, były zatruwane tlenem, musiały się cofać w najbardziej niedostępne dziury i zakamarki ówczesnego świata. Te, które tego nie zrobiły, po prostu zostały wytrute. Obecnie beztlenowce, nawet liczne gatunkowo, żyją jakby ukradkiem, zepchnięte do najbardziej niedostępnych nisz ekologicznych kuli ziemskiej. Świat zdominowały organizmy produkujące trujący dla innych tlen z wydajnością jedna cząsteczka O2 na jedną cząsteczkę CO2. Katastrofa tlenowa była niewątpliwie największym skażeniem naturalnego środowiska o niewyobrażalnych wręcz skutkach. Obecnie organizmy fotosyntezujące przekształcają rocznie 100 do 115 miliardów ton dwutlenku węgla produkując niewiele mniej gazowego tlenu. Dzięki tej trucicielskiej robocie istnieją wszystkie obecnie żyjące organizmy wyższe. 
Niestety, w ostatniej milisekundzie w skali geologicznej pojawił się na ziemi człowiek i zaczął zaznaczać swój trucicielski ślad wprowadzając do środowiska nowe składniki i zmieniając parametry ustalonych czynników fizycznych. I nie byłoby w tym nic strasznego, gdyby nie robił tego w zastraszającym tempie. To, co w przeszłości wymagało milionów lat, choćby zmiana zawartości CO2 w powietrzu, w wyniku działalności człowieka zachodzi przez lat kilka czy kilkanaście. Przekracza to możliwości adaptacyjne organizmów żywych i samego człowieka i od tego dopiero czasu mówimy o skażeniu środowiska we współczesnym tego słowa znaczeniu. 
Człowiek w swej działalności przemysłowej produkuje miliony ton substancji których nigdy w przyrodzie nie było, rozprowadza po całym świecie miliardy ton substancji które wprawdzie były, ale występowały w określonych miejscach, jak metale czy sole mineralne. W samych Stanach Zjednoczonych produkuje się rocznie 80.000 najróżniejszych chemikaliów nieznanych przyrodzie. I znowu, gdyby działo się to na przestrzeni milionów lat, nie byłoby problemu. Owady nauczyłyby się jeść DDT (niektóre już to potrafią), ssaki nauczyłyby się pić mleko pełne soli rtęci czy pić wodę pełną soli ołowiu. Ale w tempie w jakim te zmiany zachodzą obecnie po prostu nie mamy na to czasu i szans. Na dodatek jest rzeczą niemożliwą poznanie skutków działania wprowadzanych czynników na dalszą metę. Sto lat temu nikomu do głowy nie przychodziło myśleć o groźbie dziury ozonowej. Nawet ocieplająca rola dwutlenku węgla, wprawdzie przewidywano taką możliwość, ale była tylko abstrakcyjną spekulacją myslową jajogłowych. Sześćdziesiąt lat temu, kiedy środki owadobójcze i chwastobójcze zaczęta stosować masowo na całym świecie, nikt nie spodziewał się skutków genetycznych ani zmian metabolizmu dzieci po dwóch trzech pokoleniach. Nikt też nie przewidywał, że środki chemiczne używane do walki z moskitami w Afryce pojawią się w ciele pingwinów na Antarktydzie czy mózgu niedźwiedzi na Grenlandii. 
Chemikalia stosowane w rolnictwie, medykamenty używane niby pod kontrolą, antypireny i substancje rakotwórcze pojawiają się w krwi pępowiny noworodków, a wielorybiątka piją z mlekiem matki trucizny stosowane w gospodarstwie domowym. Tego niesamowitego, niekontrolowanego rozejścia się biologicznie czynnych substancji nikt nie przewidywał i nikt nie może przewidzieć jakie będą tego skutki za lat sto. 
Co więcej, okazuje się, że wstrzymanie czy zakaz stosowania jakichś preparatów wcale nie oznacza, że naprawiamy szkodliwe ich skutki. DDT zakazano prawie pięćdziesiąt lat temu, a ciągle jaja ptaków rozlatują się, bo skorupki skażone są produktami wtórnymi po rozpadzie DDT. Zahamowanie stosowania freonów nie wiele wpłynęło, jak dotąd, na dziurę ozonową i przez wiele lat ozon będzie dalej rozkładany. 
Co więc należy robić. W zasadzie sytuacja jest bez wyjścia i żaden alarmistyczny ton na nic się nie zda. Ludzkość nie może sobie pozwolić na zrezygnowanie ze stosowania nawozów sztucznych, zaprzestanie używania środków owadobójczych czy stosowania najbardziej aktywnych biologicznie substancji w medycynie, kosmetyce i przemyśle spożywczym. Byłoby to działaniem samobójczym. Pozostaje tylko wnikliwa obserwacja i rejestracja skutków i ewentualne przeciwdziałanie czy ograniczanie skutków, jeśli to mozliwe, w zasadzie zwykle post factum.  
Jak na złość, okazuje się, że skażenia chemiczne to nie wszystko. Coraz bardziej dokładamy się do skażenia akustycznego, świetlnego i radiowego. Wieloryby denerwują się infradźwiękami wytwarzanymi przez statki i sondy akustyczne, ptaki kołowacieją przez niezwykłe natężenia fal radiowych i promieniowania elektromagnetycznego najróżniejszych częstotliwości i mocy, nawet owady i rośliny denerwują się zmianami intensywności i rytmu oświetlenia w okolicach ludzkich osiedli i parków, że nie wspomnę o ptakach.
Ale o tym to już przy innej okazji. 

[QZE11::148];[QEQ37::117];CUR-zbior
w sieci 14.10.2013; nr 3385


witrynę prowadzi
© R. Antoszewski
Titirangi, Auckland, 
Nowa Zelandia

(wybrane do publ. R. Antoszewskiego)

  Site Meter