Kurioza naukowe / Scientific curiosities ISSN 1176-7545; rok XIV; No 3296

Zestawienie tematyczne prowadzone na bieżąco

 

Jedno zdumienie dziennie...

 

.

Najdotkliwiej parząca roślina.

W porównaniu do Dendrocnide moroides to nasza pokrzywa jest niczym pod względem zdolności drażnienia i parzenia intruzów. Wprawdzie należy do tej samej rodziny pokrzywowatych (Urticaceae), ma szereg podobieństw, ale jest znacznie ostrzejsza. 

Oczywiście występuje w Australii, która jest znana z tego, że ma wszystko naj... Najbardziej jadowite pająki i żmije, ma też najbardziej ostre rośliny. Dendrocnide zwana w Australii pieszczotliwie gympie-gympie jest małym drzewkiem, ale czasem dorasta do kilku metrów. Rośnie w klimacie tropikalnym w miejscach spokojnych, nie lubi wiatru. przy rzekach, przy drogach. Jest aż sześć gatunków Dendrocnide w Australii, ale gympie-gympie jest najgroźniejsza szczególnie jako krzew, bo wtedy łatwo otrzeć się o liście czy pędy. Co gorsza, nawet dłuższe stanie pod rośliną może powodować podrażnienie dróg oddechowych, a suche liście przewiane wiatrem są także szkodliwe. Liście i gałązki, a także owoce pokryte, są jakby futerkiem, łamliwymi igiełkami, trichomami. Ich koniuszki zawierają dużo krzemionki, co pewnie powoduje ich łamliwość. Trichomy wypelnione są substancjami neurotoksycznymi. 

Stwierdzono, że nawet stuletnie okazy zielnikowe mają czynne, drażniące trichomy. 
Igiełki te wbijają się w skórę nawet przez ubranie i są praktycznie nie do usunięcia mechanicznego. Botanicy badający te rośliny zakładają rękawice spawalnicze i maski na usta! Ukłucia powodują nieznośny ból trwający kilka dni a nawet miesięcy, dają o sobie znać nawet po kilku latach. Ból jest na tyle nieznośny, że może prowadzić do samobójstwa, jeśli nie zostanie na czas uśmierzony. Pewien oficer w służbie czynnej popełnił samobójstwo po kontakcie z gympie-gympie. To roślina ukarała go bólem za użycie jej liści do podcierania się.. Obserwowano psy dokonują nawet samookaleczenia starając pozbyć się oparzenia, a konie szaleją, kopią opiekunów, skaczą w przepaść.. Australijscy traperzy zaobserwowali to już w 1866 roku penetrując dzikie obszary północno-wschodniej Australii. Co ciekawe, trucizna działa na psy, konie, człowieka, ale nie reagują na nią miejscowe torbacze, ptaki  i owady, niektóre nawet żywią się liśćmi i owocami tej rośliny. Po prostu gatunki przywleczone nie miały czasu na wykształcenie odpowiedniej obrony.    
Neurotoksynę wypełniającą trichomy nazwano moroidyną. Jest o peptyd dwucykliczny złożony z ośmiu aminokwasów i zawiera dosyć nietypowe wiązanie C-N między tryptofanem a histydyną. Stąd pewnie ta jadowitość. 

Jednak neurotoksyny, w przeciwieństwie do jadów pająków i gadów nie wywołują żadnych innych zmian w organizmie poza tym nieznośnym bólem.
Nic dziwnego, że sprawą zainteresowały się brytyjskie wojskowe instytuty badawcze już w r.1968. Zapewne nie dla celów pokojowych. O wynikach tego zainteresowania nic nie wiadomo. 

Jak ze wszystkimi roślinami, człowiek poradził sobie też z gympie-gympie. Aborygeni używali je przeciwko reumatyzmowi a owoce są jadalne po usunięciu owych groźnych igiełek. Zebrane są w groniaste owocostany (jak u pokrzywy), ale to nie są prawdziwe owoce. Jadalne części  mięsiste to rozrośnięte szypułki kwiatowe a nasiona umieszczone są na ich powierzchni, podobnie jak u truskawki czy nanercza (cashew). 
W przypadku zetknięcia się z 'futerkiem' gympie-gympie najlepszym sposobem jest pokrycie miejsca porażonego plastrem woskowym używanym przez damy do depilacji. Plastry takie są na wyposażeniu karetek pogotowia w północnej Australii. Dla pań to możliwość zdobycia darmowego depilatora, choć za taką cenę rzecz się pewnie nie opłaca...

Słysząc o najróżniejszych roślinach i zwierzętach wyposażonych w straszliwe mechanizmy obronne zastanawiam się, dlaczego organizmy wyposażone w najbardziej aktywne środki obrony i ataku, jady, trucizny, kły i pazury, nie opanowały całego świata. A jednak nie zrobiły tego ani trujące grzyby, ani opisywana gympie-gympie, czy najstraszniejsze jadowite gady. Wprost przeciwnie, większość z tych stworzeń jest na wymarciu. To samo dotyczy i Dendrocnide moroides. Gatunek notowany jest jako zagrożony w Nowej Południowej Walii, północnym wschodzie Australii. 

Pani Alicji z Malborka,
co to boi sie bluszczu - 
dedykuję.
RA

[QZE11::059];[QNK12::029];[QRE05::045]p052
RCP066/18/388;[QNK28::131];[QEQ34::225]6,30,2,3
w sieci: 14.6.2013; nr 3296

 

 

witrynę prowadzi
© R. Antoszewski
Titirangi, Auckland, 
Nowa Zelandia

(wybrane do publ. R. Antoszewskiego)

  Site Meter