|
Kurioza naukowe / Scientific curiosities ISSN 1176-7545; rok XIII; No 3032 |
|
|
|
Wspomnienia powstańcze. Oto jak wspomina życie w powstańczej
Warszawie Maria Jeffery, Polka, warszawianka, żona
Nowozelandczyka Rona Jeffery, w książce 'Red runs the
Vistula'. Ksiażka autorstwa Rona Jeffery,
angielskiego akowca, w czasie pisania obywatela Nowej
Zelandii ukazała się w Auckland w r. 1985. Książka ta, przetłumaczona przeze mnie,
została wydana po polsku przez Wydawnictwo 'Bellona' w r. 2006 [Wisła
jak krew czerwona]. O ile mi wiadomo, jest do
nabycia w Muzeum Powstania Warszawskiego. Doświadczenia Marysi Minęło wiele czasu, zanim Marysia zdała relację ze swoich przejść od momentu opuszczenia przeze mnie Warszawy na początku 1944 roku aż do jej przyjazdu z Punią na londyńskie lotnisko w Croydon we wrześniu 1945 roku. Od czasu do czasu wspominała o różnych wydarzeniach, jakie miały miejsce w tym czasie, ale dopiero moja prośba pod koniec pisania tych wspomnień skłoniła ją do całościowego przedstawienia tego, co się jej przydarzyło. Prosiłem o pełne, nieprzesłuchiwane nagranie na taśmie magnetofonowej. Materiał ustny został nieco skrócony, ale poza tym jest to kompletny zapis jej wypowiedzi. Muszę tu jednak podkreślić, że przelanie na papier patosu i emocji i emocji jej wypowiedzi po angielsku, ale z polskim akcentem, przekracza moje możliwości. Żeby odczuć i ocenić ten dokument – wypowiedź młodej matki wystawionej na tego rodzaju doświadczenia wojenne trzeba tego samemu posłuchać. Taśma z nagraniem wypowiedzi Marysi Jeffery jest ciągle w moim posiadaniu.
Moja ciotka miała pustą willę w Konstancinie niedaleko Warszawy, dokąd przeprowadziłam się wraz z dzieckiem. Wzięłam wszystkie swoje rzeczy włącznie z małym radiem, które było zakamuflowane w małej skrzyneczce przypominającej skrzynkę na nici. Słuchałam dokładnie wiadomości BBC, aż pewnego dnia, i przez dwa następne dni, długo i niecierpliwie oczekiwana wiadomość zabrzmiała w moich uszach. Był to biuletyn specjalny “Niech Staś powie Marysi, że Paweł jest u siebie”. Nie miałam nikogo, oprócz trzymiesięcznego dziecka, by podzielić się tą dobrą nowiną, niemniej płakałam ze szczęścia i mówiłam do nic nierozumiejącego dziecka: “Mówią o twoim ojcu. Jest bezpieczny w domu i nie mamy co się o niego martwić”. Zadzwoniłam do Stasia (Lorenza) w Warszawie, który akurat chciał mnie o tym powiadomić, bo też słyszał tę wiadomość. Staś nalegał, bym się natychmiast wyniosła z Konstancina. Wojsko niemieckie na siłę kwaterowało się w tym rejonie i nie mogłam oczekiwać, że pozostawi mnie dłużej w spokoju. Stać był bardzo życzliwy i przyjechał do Konstancina, by pomóc przenieść się mnie i dziecku z powrotem do Warszawy. Znalazłem czasowe pomieszczenie w domu moich rodziców na Nowym Świecie, gdzie mieszkałam przed wyjściem za mąż. Chociaż był obszerny pokój w mieszkaniu ojca, pozostanie tam na dłużej nie wchodziło w rachubę. Wedle Stasia gestapo nie miało pojęcia, że Ronnie dotarł do Londynu, i ciągle go poszukiwało w Warszawie. Cała nasza liczna rodzina została zmobilizowana do pomocy. Po paru dniach Punia i ja, w towarzystwie cioci i jej młodego syna, zamieszkaliśmy w dużej willi w Józefowie, około półtorej godziny pociągiem od Warszawy. Życie w towarzystwie krewnych stało się bardziej znośne, a zdobycie małego, ale silnego radia, które zastąpiło tę dawną dużą skrzynię, podniosło nasze bezpieczeństwo. Wiadomość, że Ronnie dotarł do bezpiecznego miejsca, była wielką dla mnie pociechą w tym czasie. Oprócz konieczności niepokazywania się na oczy coraz liczniejszym wojskom niemieckim życie płynęło względnie spokojnie aż do lipca, kiedy to zaczęła zapowiadać się następna zmiana sytuacji. Z tego małego radia dowiedzieliśmy się, że należy oczekiwać, iż Podziemie wystąpi otwarcie przeciwko Niemcom w skoordynowanej akcji z Rosjanami nadchodzącymi ze wschodu. Odgłosy walk słychać było na wiele kilometrów. Ciężkie eksplozje i ogień broni maszynowej dobiegały ze wschodu lub zza Wisły, w miarę jak wojska niemieckie wycofywały się lub przygotowywały pozycje obronne. Mając na uwadze zbliżające się powstanie i przypuszczając, że Józefów stanie się polem walki, zdecydowałyśmy wrócić do Warszawy. Moja ciotka i ja wraz z dwojgiem dzieci znalazłyśmy jakoś miejsce w niesamowicie przepełnionym pociągu, by jeszcze znaleźć schronienie u moich rodziców na Nowym Świecie. Przed powrotem z Józefowa do Warszawy zrobiłam coś, co okazało się potem bardzo dobrym pociągnięciem. Opuszczając Warszawę, Ronnie poukrywał w różnych miejscach szereg fałszywych dokumentów, które umożliwiały mu szybką zmianę personaliów, gdy zachodziła potrzeba. Kilka fałszywych dokumentów zostało przeniesionych z Elektoralnej do nowego mieszkania w fabryce Lorenzów. Taka liczba dowodów świadczących o działalności podziemnej miałaby niewyobrażalne skutki w przypadku, gdyby gestapo znalazło je w moim posiadaniu. Rozumiejąc jednak, że taka pamiątka z tych czasów może okazać się kiedyś bardzo ważna, schowałam te dokumenty celem wydobycia ich później. Aż do opuszczenia Józefowa uparcie nosiłam ten śmiertelny bagaż ze sobą. Wreszcie zwyciężył rozsądek, by się tego pozbyć, zapakowałam więc wszystko do dużego szklanego słoja i zakopałam w ogrodzie przy willi w Józefowie. Oznaczyłam dokładnie miejsce schowku, pamiętając drzewa i umieszczając słupki. Dużo później, kiedy już nawała wojenna przewalała się przez Polskę i zmierzała w kierunku Reichu, pojechałam z powrotem do ogrodu w Józefowie, by odszukać zakopany skarb. Willa była zniszczona, a ogród był pobojowiskiem pełnym okopów, na którym toczyły się ostre walki. Chodziłam po zniszczonych i zapadających się okopach. Zapamiętane starannie znaki, które miały naprowadzić mnie na miejsce, gdzie umieściłam słój, nie istniały. Nagle coś zauważyłam. Coś błyszczało. Gołymi rękoma wygrzebałam z ziemi to, po co specjalnie przyjechałam z Warszawy do Józefowa. W Warszawie plotki o nieuchronnym powstaniu narastały. Rosjanie prawie że osiągnęli wschodni brzeg Wisły. Panowała napięta atmosfera. Sowieckie radio nawoływało Polaków do broni, by przepędzić wspólnego wroga. Mieszkanie na Nowym Świecie pełne było krewnych i przyjaciół. Wyglądało to na instynktowne gromadzenie się przed zagrażającą burzą. Mimo pewności co do powstania, strzały, które padły z rejonu Poczty Głównej po południu 1 sierpnia 1944 roku, przyszły prawie jak niespodzianka. Przez pierwsze dni walki były bardzo intensywne, panowało zamieszanie i hałas trudny do opisania. Lokalne polskie radio, które zaczęło działać po rozpoczęciu walk, wkrótce zamilkło – nadawanie przesuwano akurat podczas marszu Chopina – bombardowano z powietrza. Czołgi nieprzyjacielskie, myślę, że tygrysy, ostrzeliwały nas z bardzo bliskiej odległości. Strzelanina stawała się coraz intensywniejsza i pod ogniem pocisków karabinowych i armatnich zaczęto budować barykadę z kamieni brukowych i wszystkiego, co wpadło w rękę, akurat pod naszym domem na Nowym Świecie. Zabito wielu Niemców i z okien wywieszono polskie flagi. Nasza grupa wywieszała w każdym widocznym miejscu flagi o barwach narodowych zrobione z poszewek na poduszki i prześcieradeł i umocowane na kijach od szczotek. Niedaleko od naszego domu Podziemie wyparło Niemców z fabryki kosmetyków. Pełno było w niej beczek z pudrem do twarzy, słojów z lakierem do paznokci i zmywaczy. Wiele było też węgla drzewnego, mączki ryżowej i różnych innych surowców. Szybko przekształcono ją w polski ośrodek produkcji granatów i bomb. Pobliski sklep żelazny, dobrze zaopatrzony w gwoździe i inne żelastwo, dostarczył innych ważnych składników dla naszych celów. Zostawiałam córeczkę pod dobrą opieką naszej starej cioci, która się u nas zatrzymała, codziennie chodziłam do pracy w tej nowej fabryce, do której wkrótce Podziemie skierowało niezbędnych techników nadzorujących szaleńczą, wytężoną pracę w większości kobiecej załogi. Jak tylko amunicja była gotowa, młodzi chłopcy obładowani do niemożliwości dostarczali ją różnym jednostkom ruchu oporu, czołgając się między budynkami pod gradem kul. Sąsiedni dom przy fabryce pełen był uciekinierów, którzy schronili się w piwnicach. Mały chłopiec, mniej więcej w wieku mojej córki, był śmiertelnie zagłodzony. Codziennie rano dawałam mu trochę jedzenia, głównie kaszki manny, i wracałam do pracy. Olbrzymia bomba spadła na ten dom i zniszczyła go, a ludzie zginęli. Nasza fabryka także się zawaliła i wszyscy zostaliśmy żywcem pogrzebani. Gruz i cegły zablokowały wyjście, na szczęście mieliśmy czym oddychać, choć pełne pyłu powietrze zatykało dech w piersiach. Nasze surowce, głównie pudry, rozpylone zostały wszędzie i byliśmy pokryci grubą warstwą bieli. Zostaliśmy pogrzebani w południe i wszystko co mogliśmy robić, to tylko modlić się o ratunek. Modlitwy nasze zostały wysłuchane, usłyszeliśmy dochodzące skądś z zewnątrz głosy, którym towarzyszył rumor gruzu usuwanego przez drużynę ratowniczą. Dopiero późnym wieczorem udało się wykopać otwór do naszego żywego grobu i ujrzeliśmy światło latarek. Pojedynczo, ostrożnie wyczołgiwaliśmy się na zewnątrz. Dom sąsiedni był zniszczony kompletnie bez szans, że ktoś w nim przeżył, włączając w to oczywiście tego małego chłopca, dla którego przynosiłam kaszkę mannę. Drżąc cała, wracałam do domu rodziców i matka otworzyła drzwi. “Kim pani jest i co mogę dla pani zrobić?”, spytała. “Nie poznajesz mnie?”, spytałam, bo rzeczywiście moja matka nie miała pojęcia, że to jej własna córka stoi przed nią, tak byłam zmieniona. Mieszkanie na Nowym Świecie zatłoczone było do niemożliwości. Były w nim dziesiątki osób. Spały w jadalni i w holu. Niektórzy przybyli podziemnymi kanałami ściekowymi ze Starego Miasta, w którym nie można było wytrzymać ze względu na niemieckie bombardowanie. Niewiele mogliśmy zaofiarować tym niewyobrażalnie zabrudzonym ludziom poza możliwością umycia się w jedynym źródle wody, jakim było uszkodzone główne doprowadzenie wodociągu na podwórku. Ostrzeliwanie i bombardowanie trwało nadal, i teraz, kiedy nie pracowałam w fabryce, mogłam poświęcić nieco czasu małej Puni. Przeważnie leżałyśmy pod łóżkiem, mała to ochrona, ale dawała pewne poczucie bezpieczeństwa. Dotarła do nas wiadomość, że w odległości kilkuset metrów leży zabity koń. Zorganizowano wypad z dobrze wyostrzonymi nożami i zorganizowano mnóstwo mięsa. Jedna starsza ciotka z bardziej wyszukanym gustem odmówiła jedzenia koniny, dopóki apetyczny zapach smażonego mięsa nie dotarł do jej nosa, wtedy dopiero przyłączyła się do naszej uczty. Kazio, mój ojciec, miał pełne ręce roboty, zajmując się nieustannie przybywającymi rannymi, i zmobilizował Krystynę jako pielęgniarkę. Krystyna, moja siostra, choć jeszcze bez pełnych kwalifikacji medycznych, była odpowiedzialna za szpital niedaleko Nowego Światu na brzegu Wisły. Szpital został zbombardowany i się palił. Ewakuowano pacjentów pod obstrzałem i Krystyna wykazała wielką odwagę, wyciągając przez płomienie butle z alkoholem metylowym do celów chirurgicznych. Po zniszczeniu jej szpitala wróciła do domu pomagać ojcu w jego robocie. Mój młodszy brat Jędrek zdobył pistolet i plądrował okolice wraz z innymi rówieśnikami, zabijając Niemców gdzie popadło i zdobywając pożywienie i broń. W tym czasie Polacy już się zorientowali, że Rosjanie zgrupowani po drugiej stronie Wisły nie mają zamiaru im pomagać. Nic innego nie pozostało, jak tylko zawzięcie walczyć dalej. Napór niemiecki narastał, jak tylko podjęli okazję zaoferowaną im przez Sowietów. Robota, jaka spadła na barki Kazia, była olbrzymia. Obie, Krystyna i ja, wychodziłyśmy z nim na ulice pod gradem pocisków, by ratować rannych. Nosze improwizowano z wyjętych z zawiasów drzwi. Znoszono ludzi do miejsc dających choćby najsłabsze schronienie, gdzie operowano rannych w straszliwie prymitywnych warunkach. W pierwszych dniach września, jakieś pięć tygodni po rozpoczęciu Powstania, Niemcy z powrotem opanowali centrum Warszawy. By uchronić się przed pewnym rozstrzelaniem, doktor Kazio i mój brat Jędrek opuścili nas i dołączyli do jednostek walczących gdzie indziej. Kiedy Niemcy weszli, były tylko same kobiety. Wzięli nas z domu. “Szybko, brać tylko to, co można wziąć w ręce”. Co można było wziąć? Walizkę pełną kaszki manny i cukru, mały piecyk spirytusowy, żebym mogła coś ugotować dla Puni. Dookoła było mnóstwo Niemców. Starali się oddzielić mnie od dziecka, wyrywali mi je z ramion, ale krzyczałam i wrzeszczałam, że muszą mnie najpierw zabić. Wtedy nas wzięli, moją matkę, ciocię Zosię i małego psa – Figę, i mnie z Punią, ale Krystyna została. Chciał ją niemiecki porucznik, i choć nie ukrywała, co na ten temat myśli, musiała zostać. Znacznie później opowiedziała mi o swoich przejściach, jak zostali w mieszkaniu przez trzy dni i jak on chciał się z nią żenić, ale został zabity, kiedy próbował uratować ranną Polkę. Błąkała się po ulicach i została zgarnięta przez niemieckich żołnierzy, którzy ją zgwałcili. Popadła w depresję i nawet myślała o samobójstwie, ale go nie popełniła. W końcu dostała się do jednego z obozów dla uchodźców. Pozostali, starsi mężczyźni i kobiety, chorzy i ranni, kobiety z dziećmi na rękach, jak ja, prowadzeni byli pod bagnetami i bezlitośnie wypędzeni na piechotę z Warszawy. Trzy dni trwał ten mozolny marsz, pomagaliśmy sobie wzajemnie jak mogliśmy, resztkami sił nieśliśmy to, co pozostało z naszego dobytku. Na noc zatrzymywaliśmy się przy szosie i nocowaliśmy pod gołym niebem. Wielu z najstarszych i tych bardzo młodych rankiem znajdowało wieczny spoczynek. Uciekinierzy w końcu dotarli do stacji kolejowej w Radzyminie*. Był to prawie luksus, upchani do pustych wagonów znaleźliśmy przynajmniej schronienie przed dokuczliwym deszczem. Niemcy przeprowadzili następną inspekcję pojmanych i przeżyłam następną próbę rozdzielenia mnie z Punią, która miała zostać z babcią. * Autor prawdopodobnie źle zrozumiał albo źle zapamiętał nazwy miejscowości podane przez żonę. Ani bowiem niemożliwe jest, by Niemcy wyprowadzili ludność Warszawy pod Radzymin, który leży na prawym, zajętym wówczas przez Armię Czerwoną, brzegu Wisły, ani Łowicz nie leży pod Krakowem. Ustalenie rzeczywistej trasy przekracza nasze możliwości (przyp. red.). Tym razem straciłam jedynie złoty zegarek, mój prezent maturalny, który zerwał mi niemiecki doktor. Zamknięto nas w wagonach i wagony zapieczętowano. Były to wagony do przewozu koni i bydła, nie było w nich miejsca, by siąść czy się położyć, dało się tylko stać. Moja biedna matka była przerażona, przyciskała małego pieska do piersi, a ludzie dookoła wrzeszczeli, jak śmiała przynieść tu pieska?! Ale był to taki mały piesek i nie robił nikomu żadnej krzywdy. Punia miała biegunkę, bo nie dostawała właściwego pożywienia, a mnie już zabrakło pieluch. Musiałam używać zamiast tego majtek, halki i biustonosza. Nie było żadnej toalety. Jak chciałyśmy się wysiusiać, używałyśmy ćwierćlitrowego garnuszka, który przekazywano z rąk do rąk i wypróżniałam go, wylewając poza wagon. Każdego ranka wyrzucono zmarłych z wagonu. Raz, kiedy pociąg się zatrzymał, weszłam komuś na ramiona. Ujrzałam siostry zakonne. Rzucały nam chleb i wołały “Niech was Bóg błogosławi”. Dzieliłyśmy chleb na maleńkie kawałeczki. Byłyśmy w tym pociągu przez cztery dni i cztery noce. Wreszcie drzwi wagonu się otworzyły i padł rozkaz Raus. Od licznych chłopów, którzy otoczyli pociąg, dowiedzieliśmy się, że przybyliśmy do Łowicza pod Krakowem (sic!) w południowej połowie Polski. Chłopi podjechali konnymi wozami i okazywali pomoc dotkniętym nieszczęściem uciekinierom. Punia i ja z matką i ciotką zostałyśmy przewiezione niedaleko do wygodnej chaty z dużym ogrodem. Okazano wszelkiego rodzaju pomoc nowoprzybyłym i szybko zostaliśmy nakarmieni, oczyściliśmy się, dano nam ubrania. Połowę domu dano do dyspozycji nowo przybyłym i nic nie sprawiało gospodarzom żadnego kłopotu, traktowali to zarówno jako przyjemność, jak i swój patriotyczny obowiązek. “Gość w dom, Bóg w domu” jak mówi stare polskie przysłowie, wedle którego postępowali. Od Czerwonego Krzyża dowiedzieliśmy się, że doktor Kazio został wzięty do niewoli przez Niemców i zwolniony ze względu na podeszły wiek. Jędrek, mój brat, trzymany był jako jeniec wojenny w miejscu nieznanym. Rozległy klan rodzinny Kaziów znów przystąpił do akcji i pojawił się jeszcze jeden wujek, który w jakiś sposób nas odszukał. Przybył wozem konnym. Szybko pożegnaliśmy się z naszymi wspaniałymi gospodarzami i dołączyliśmy do chyba ze czterdziestki innych bliższych i dalszych krewniaków, którzy zgromadzili się pod dachem tego samarytańskiego wujka. Jak wielu innych Polaków, robił co tylko mógł dla warszawiaków, którzy dzielnie walczyli ze Szwabami w stolicy. Przybył też doktor Kazio, i nieco później Krystyna. Z czterdziestką osób w małym domu miejsce było problemem, specjalnie w nocy. Karmiłam Punię na każde zawołanie, żeby nie przeszkadzała innym w spaniu. Ciężko było, to prawda, ale dziękowaliśmy losowi, że tylu członków rodziny przeżyło Powstanie. W listopadzie 1944 roku, grupa najbliższych Kazia, do której należały teraz, oprócz samego doktora, dziecka i mnie, także Krystyna, mama Stefka i starsza ciotka Zosia, znalazła mały domek niedaleko Krakowa, w którym zamieszkano. Zbyszek narzeczony Krystyny, który został ciężko ranny w ramię w czasie Powstania, także się pojawił i nasza mała, mniej więcej połączona rodzina zaczęła się przygotowywać do nadchodzącej ostrej zimy. Opał był rzeczą najważniejszą. Gromadziliśmy wszystko ruchome i palne, bo jak temperatura spadła poniżej zera, ogrzewanie było konieczne. Płaszcze nosiliśmy przez dwadzieścia cztery godziny, dniem i nocą. W środku białej i lodowatej zimy pod koniec grudnia 1944 roku niemiecki pociąg pancerny wtoczył się na pobliską stację. Widoczny był poprzez bezlistne drzewa. Pojawiło się około dwudziestu młodych niemieckich żołnierzy, przyszli do naszego domu i domagali się schronienia. Na jutro zapowiadała się bitwa z Rosjanami, a większość nowo przybyłych żołnierzy, brudnych i zmęczonych jak pies, rozłożyła się na podłodze. Jeden czy dwóch zasiadło przy wódce i wdało się w dyskusję z moim niepohamowanym ojcem, który twardo dowodził, że Niemcy już przegrały wojnę. Przed świtem Niemcy wrócili do swojego pociągu. Prawie natychmiast rozpoczęła się bitwa. Eksplozje i ogień z broni maszynowej trzęsły całą okolicą. Rozmawianie w tym hałasie było niemożliwe i wszyscy pokładliśmy się na podłogę, chowając pod czymkolwiek, co dawało pozory schronienia. Punię przykryłam swoim własnym ciałem. Szyby powypadały z okien, leciały na nas kawałki podziurawionego dachu i sufitu, przelatywały zabłąkane pociski. Leżeliśmy przywarci do podłogi. Powoli hałas bitwy oddalał się, ostrożnie otworzyłam tyle drzwi i wyślizgnęłam się do ogrodu. Pociąg pancerny stał w tym samym miejscu. Nie było śladu życia w wagonach, chociaż dym walił z lokomotywy. Wydawało się, że wszystko się uspokoiło, kiedy nagle podskoczyłam – patrzyłam prosto w mały otwór lufy pistoletu maszynowego trzymanego w rękach najbardziej dziko wyglądającego stworzenia, które w jakiś sposób niespodziewanie tu się pojawiło. Złapana z tyłu przez doktora Kazia, który także wymknął się do ogrodu, wpadłam wraz z nim z powrotem do domu, jakimś cudem nie zostaliśmy trafieni pociskami, które zostały wystrzelone w naszym kierunku. Wkroczyli Rosjanie. Byli to Kałmucy, członkowie ludów mongolskich z Kaukazu. Ciemnoskórzy, o włosach bez połysku, skośnych oczach, długich pazurach, ich wygląd i zachowanie przypominało raczej dzikie zwierzęta niż ludzi. Brudni, ubrani w łachmany trzymające się na nich za pomocą sznurków, cali byli chodzącymi arsenałami pełnymi pistoletów maszynowych, noży i amunicji. Zaroił się nimi cały dom, domagali się tabaki, jedzenia i zegarków. Przerażone, że wkrótce zaczną domagać się kobiet, my, szczególnie Krystyna i ja, zamarłyśmy ze strachu, co nas czeka od tych potworów. Mój ojciec podjął się obrony swoich damskich podopiecznych, przypuszczając słowny atak w płynnym rosyjskim. “Co, u diabła, sobie wyobrażacie, wdzierając się do prywatnego domu i stawiając takie obrzydliwe żądania?” – grzmiał na tę hałastrę. Takie upomnienie wygłoszone w języku, który tylko słabo rozumieli, dało tym Kałmukom do zrozumienia, że rabunek, na jaki liczyli, może nie być wcale taką łatwą sprawą i źle się dla nich skończyć przez tego cywilnego faceta, co tak władczo przemawia po rosyjsku. Szczęściem Kałmucy nie byli jeszcze uchlani, co by zamąciło ich rozsądek, i widać było, że rozważają sytuację. Przycichli. Wyciągnięto herbatę i zaparzono. Dym z najokropniejszej tabaki, takiej, że wszyscy zaczęliśmy kaszleć, zapowiadał spokój i harmonię. Dowiedzieliśmy się, że żołnierze niemieccy, którzy przed świtem wrócili do pociągu pancernego, zostali wybici przez Kałmuków, którzy po herbacie i popaleniu szykowali się do drogi, by szukać mniej kłopotliwych ofiar. Kałmucy nie wpadli na pomysł, by złupić pociąg pancerny, co zachęciło nas, by zorganizować wieczorem wypad rodzinny do opuszczonych wagonów. Matka, Krystyna i ja wykryłyśmy wiele nietkniętego smalcu, pasztetu i innej żywności, a także skrzynki czerwonego wina. Obładowani tymi skarbami ukradkiem wróciłyśmy do domu, a potem wyprawiłyśmy się jeszcze raz po bogatsze nawet łupy. Mały domek, który był naszym schronieniem przez parę miesięcy, nie miał teraz okien. Było też szereg innych uszkodzeń spowodowanych w czasie walki, szczególnie zniszczony był dach, przez który widział się niebo. Doszliśmy do wniosku, że taki budynek nie nadaje się na zimową rezydencję polskiej rodziny. Zdecydowaliśmy się na przenosiny. Rodzina zorganizowała wóz konny i z całym naszym skromnym dobytkiem, nie zapominając o łupach z pociągu pancernego, przenieśliśmy się do małego miasteczka pod Krakowem. Droga zasłana była zmasakrowanymi, zamarzniętymi, rozebranymi do naga trupami leżącymi w groteskowych pozach. Po hełmach można było poznać, że to Niemcy. Przyjemna zmiana losu oczekiwała nas w Wodzisławiu. Miejscowy szpital cierpiał na brak pracowników. Doktora Kazia powitano z otwartymi ramionami i został jego dyrektoeem. W odległości kilku minut spacerkiem udostępniono nam obszerną willę i cała rodzinka rozkoszowała się warunkami, które dla nas prawie że przestały istnieć gdziekolwiek indziej w całej Polsce. Wraz ze zbliżającym się końcem wojennej strzelaniny całe rzeki sowieckiego wojska przelewały się przez Polskę na wschód. Wielką liczbę niemieckich jeńców pędzono w tym samym kierunku. Większość tych jeńców znajdowała się w pożałowania godnym stanie. Rany ich nie były zabandażowane i wielu z nich nie mogła poruszać się inaczej po zmarzniętym gruncie, jak tylko czołgając się. Nie było widać nawet śladu litości czy współczucia. Żołnierze rosyjscy zaczęli być zmęczeni tachaniem ze sobą nakradzionej zdobyczy z Niemiec i można było od nich dostać różne rzeczy za bezcen. Nie mieliśmy zbyt wiele, właściwie tylko ubrania, w których uciekaliśmy. Ja ciągle nosiłam buty z cholewami i mój zielony płaszcz, ale niewiele miałam pod nim. W zamian za maminy stary złoty zegarek dostaliśmy trzy worki pantofli, kozaków, zasłon, kocy i najpiękniejszą ze wszystkiego – pierzynę – olbrzymi wór wypełniony piórami. Spaliśmy pod nią na zmianę. Zasłony były z ciężkiego czerwonego brokatu. Uszyłam z nich ubrania dla całej rodziny z moją córką włącznie. Dali nam także nieco cukru i herbaty. Pewien rosyjski pułkownik, niosąc kilka butelek wódki i obficie zaopatrzony w dobre papierosy, wprosił się na obiad. Był bardzo grzeczny i miał tylko dwie prośby do doktora Kazia. Pierwsza jego prośba, to by pozwolono mu zabrać ze sobą do Rosji Krystynę, a druga – by doktor zgodził się udzielić pomocy lekarskiej jego ludziom, którzy jego zdaniem byli bardzo chorzy. Kazio, który i tak nie miał wyboru, zgodził się przyjąć żołnierzy w szpitalu następnego dnia rano, ale postawił się twardo, odmawiając zgody na przejęcie dłuższej opieki nad młodszą córką przez naszego wieczornego gościa. Oficer rosyjski był zdumiony, a nawet dotknięty, ale przyjął odmowę z prawdziwym żalem. Przed odejściem podarował mojej siostrze elegancką złotą papierośnicę. Grawerunek na papierośnicy był, oczywiście, niemiecki. Żołnierze, których Kazio zgodził się zbadać, przybyli następnego dnia rano. Nie cierpieli oni na choroby związane z wojną, nie mieli wojennych ran postrzałowych czy poparzeń. Ci ludzie byli po prostu ślepi lub prawie niewidomi. Zapijaczyli się alkoholem metylowym. Oczy mieli zalane ropą i lekceważenie ich stanu przyniosło opłakane skutki. Kazio robił co mógł. Wojna w Europie się skończyła i w Wodzisławiu, który stał się naszą rodzinną siedzibą, życie biegło bez zmian. Wojska rosyjskie ciągnęły przez Polskę w drodze do domu, żerując ile tylko się dało na miejscowej ludności. Zachowywali się raczej jak bandy maruderów najeźdźczej armii, niż jak alianci wracający ze zwycięskiej wojny. W miarę jak Sowieci umacniali swoje wpływy w Polsce, bardzo przykre wypadki pozwoliły Polakom utwierdzić się w przekonaniu, że alianci poświęcili ich na rzecz barbarzyńskiej, wschodniej ideologii. W atmosferze terroru i podejrzeń nie mówiłam nic o moich powiązaniach z Ronem. Zbyt wielkie było ryzyko, biorąc pod uwagę, w jaki sposób Rosjanie mogliby mnie i Punię potraktować. Komuniści wyłapywali byłych członków Podziemia i likwidowali w akompaniamencie wrzasków, że byli to faszyści i współpracowali z nazistami. Wiosna przechodziła w lato. Zaopatrzenie w żywność i komunikacja ustabilizowały się, ale narastająca kontrola komunistyczna i represje, szczególnie w głównych ośrodkach polskich, powodowały, że cała rodzina Kaziów zadowolona była ze względnej izolacji, jaką mieliśmy w małym miasteczku prowincjonalnym, które teraz stało się naszą siedzibą. Dobre wiadomości dotarły do naszej rodziny, i to aż w trojakiej formie. Nadszedł list z Ambasady Brytyjskiej, którą akurat otworzono w Warszawie. Zaadresowany był do mnie na moje nazwisko panieńskie, drugi na fałszywe nazwisko Jasińska przybrane na okazję ślubu, i trzeci do Mrs Mary Jeffery. Proszono mnie o pilne zgłoszenie się do ambasady w Warszawie celem załatwienia formalności związanych z moją podróżą do Zjednoczonego Królestwa. Ambasada otrzymała mój adres od Władka, brata doktora Kazia, który wrócił do Warszawy, jak o tym powiadamiał Ronniego w liście z obozu jenieckiego w Niemczech. Krystyna i ja zdecydowałyśmy się pojechać do Warszawy. Punia została pod opieką babci i tej oddanej starej cioci Zosi. Nie było transportu publicznego, ani kolejowego, ani drogowego. Udało się nam zdobyć miejsce w dużej rosyjskiej ciężarówce wiozącej do Warszawy puste beczki po paliwie. Dwóm sowieckim kierowcom dałyśmy grubą zaliczkę. W czasie jazdy stałyśmy na platformie pomiędzy metalowymi beczkami. Podróż trwała trzy dni i trzy noce w ciągłej niewygodzie. Stanie przez cały dzień i spędzanie nocy w prymitywnych, tanich przydrożnych domach noclegowych to tylko część naszej ryzykownej podróży. Obaj rosyjscy żołnierze byli ciągle uchlani i zbyt wiele mieli w czubie, żeby stanowić dla nas jakieś zagrożenie. Prawdziwą zmorą było prowadzenie w tym stanie wielkiego pojazdu, który rwał do przodu, nie zważając na ludzi czy zwierzęta. Wreszcie dotarliśmy do Warszawy i tu stało się to, co było do przewidzenia. Akurat na ulicy przed naszym zniszczonym blokiem mieszkalnym przy Nowym Świecie był olbrzymi lej po bombie. W ten to jej wpadła nasza ciężarówka z całym ładunkiem beczek, dwoma pijanymi szoferami i nami dwiema. Ciężarówka leżała wywrócona na jednym boku. Pierwsza wydobyła się z krateru Krysia. “Marysiu, gdzie jesteś?”, krzyczała. Polscy przechodnie szybko wywlekli mnie spod beczek, którymi byłam przytłoczona. Byłam mocno posiniaczona, ale mogłam iść bez odczuwania bólu. Podtrzymując się wzajemnie, znikłyśmy z miejsca wypadku, co też zrobili polscy świadkowie. Obaj kierowcy pozostali w kabinie bez ruchu jak trupy, albo zalani w trupa. Najpilniejszą sprawą było zniknąć z miejsca wypadku, by nie mieć kłopotu jak przybędą sowieckie władze. Zapadła noc. Powoli, w strachu, by nie złapał nas jakiś sowiecki patrol, zmierzałyśmy przez most Poniatowskiego na Saską Kępę, by zatrzymać się chwilowo u Steni i Janki. Dopiero we wczesnych godzinach rannych, przemoczone do suchej nitki od ciągle padającego deszczu, zapukałyśmy do drzwi naszych przyjaciół. Stenia i Janka powitały nas bardzo serdecznie, ale pozostanie w ich, o dziwo, niezniszczonym mieszkaniu nie wchodziło w rachubę. Sowiecka policja akurat opuściła ich dom po długim przesłuchiwaniu i obietnicy szybkiego powrotu. Teraz, z trudem trzymając się na nogach, uwiesiłam się Krystyny i tak razem znów wędrowałyśmy przez most Poniatowskiego w stronę centrum miasta. W pewnym kiosku otwartym przez całą noc dostałyśmy gorącej kawy, a właścicielka łaskawie zezwoliła nam przespać się na stole. Już zupełnie na ostatnich nogach Krystyna jakoś pomogła mi, teraz już zupełnie sztywnej i obolałej, dowlec się do pewnej starszej ciotki, która zaprosiła nas do tego, co było resztką jej dawnego mieszkania. Ta starsza kobieta przyjęła nas serdecznie, a my obie, padające ze zmęczenia, spałyśmy u niej przez dwadzieścia cztery godziny. Kiedy wróciłyśmy jakoś do siebie, zgłosiłam się do Ambasady Brytyjskiej, która mieściła się akurat bliziutko od mieszkania ciotki. Niejaki pan Holiday wykazywał szczyty uprzejmości i oświadczył, że samolot odlatuje następnego dnia i ja mam nim lecieć. Bez dziecka, oczywiście, nie było o tym mowy. Holiday podkreślał konieczność natychmiastowego opuszczenia Polski i zaznaczał, że gdybym wpadła w ręce Rosjan, moja przyszłość wyglądać będzie bardzo ponuro. Obie, Krystyna i ja, odbyłyśmy podobnie makabryczną, ale skuteczną podróż nocną do Wodzisławia. Zabrałem Punię po szybkim, pełnym płaczu pożegnaniu się z rodziną. Krystyna znów towarzyszyła mi do Warszawy, tym razem z Punią na dodatek. Podróż była tak okropna, że trudno to wyrazić. Mieszkanie ciotki jeszcze raz wykorzystałyśmy do przenocowania i następnego ranka samochód ambasady zawiózł nas na warszawskie lotnisko. Wylot był opóźniony o dwadzieścia cztery godziny z powodu złej pogody, ale następnego dnia wyleciałyśmy wreszcie dwumotorowym, niezawodnym samolotem DC3. Tego dnia po południu, we wrześniu 1945 roku, w dwudzieste ósme urodziny Ronniego wylądowałyśmy na lotnisku w Croydon. Koniec taśmy Marysi. Komentarz Rona: Opisałem już poprzednio spotkanie z Punią wkrótce po wylądowaniu samolotu, którym przyleciały z Warszawy. Dopiero po latach zrozumieliśmy znaczenie tego, co Marysia powiedziała mi o przykrych godzinach spędzonych na przesłuchaniu, jakim ją poddano zaraz po przylocie, kiedy to ja czekałem w samochodzie na lotnisku. Człowiek, który ją wtedy doprowadził do wściekłości zarzutami skierowanymi przeciwko mnie, nazywał się Philby! To był ten degenerat i zdrajca, sowiecki agent wysoko ustawiony w brytyjskim wywiadzie, który po zdemaskowaniu go w 1963 roku zamieszkał w Moskwie, gdzie zmarł w 1988 roku.
O autorze i książce było już na tych stronach (p. tu: 1, 2, 3 , 4 , oraz 5, 6 ). Książkę w wersji angielskiej przeczytać można tu). Wkrótce znajdzie się ona w całości na mojej stronie sieciowej, o czym powiadomię osobno. It
was ages before Marysia gave an account of her
experiences in Poland after my departure early in 1944,
until she and Punia arrived at London's Croydon airport
in September 1945. From time to time she referred to
many incidents which took place during that period but
not until a request at the commencement of these memoirs
did she ever give anything Like a comprehensive resumé.
I asked for a completely unrehearsed and spontaneous
tape recording. The spoken material is condensed
somewhat but other than that, the following is a
faithful transcription of what was recounted. It is to
be emphasised however that the emotion and pathos of
Marysia' s voice in her accented English is beyond my
Literary power to convey. To be felt and appreciated,
this rare account of a young mother's range of
adventures in war time should be heard first hand.
Marysia Jeffery on a tape still in my possession:- QZE09::164][QCB16::088];[QAB02::401];QCP05090-14-384 |