Kurioza naukowe / Scientific curiosities ISSN 1176-7545; rok XII; No 2815

Zestawienie tematyczne prowadzone na bieżąco

                               

 

Jedno zdumienie dziennie...

 

.

Co można jeść jak się nie ma nic do jedzenia.

W miarę zasiedlenia wschodnich regionów Stanów Zjednoczonych, w miarę poznawanie reszty kontynentu, osadnicy w pogoni za nową przestrzenią życiową organizowali się w grupy i wędrowali na zachód, zakładali nowe stanice, budowali miasta. Przyczyny migracji były różne. Najczęściej szukali nowego życia, wielu po prostu szukało przygód, czasem wolności religijnej, jak w przypadku Mormonów. 
Podróż taka to było wielkie przedsięwzięcie. Trzeba było pokonać pustynie, góry, przekraczać szerokie rzeczy, przy tym ciągle groziły niespodziane napady wrogich plemion indiańskich. Podróż ze wschodniego wybrzeża do Kalifornia zajmowała w połowie XIX w. sześć do ośmiu miesięcy, pokonywano przeciętnie 24 km dziennie. Trzeba też było tak planować, by zima nie zastała wyprawy w górach czy na pustyniach. Mimo tych trudności corocznie paręset osób wędrowało na daleki zachód. Tak zasiedlono obecne stany Utah, Newadę, Wyoming, i przede wszystkim Kalifornię. 
Przed ruszeniem w drogę organizowano się w grupy liczące kilkadziesiąt osób do kilkaset osób. Sprzedawano dobytek, zbierano grosz, przygotowywano środki transportu, były to olbrzymie wozy ciągnione przez woły, czasem kilkanaście w jednym zaprzęgu. Była to wyprawa całego życia. Zabierano zapasy żywności, bo choć polowano na zwierzynę, potrzebne było suszone mięso na wszelki wypadek, i artykuły takie jak mąka, herbata, cukier, itp. Wozy, tzw 'conestoga', o ładowności ponad trzech ton, najczęściej były wygodne i dobrze wyposażone. Były w nich łóżka, piecyki, sprzęt kuchenny, zapasowe ubrania. Właściwie wszystko co było potrzebna do normalnego, koczowniczego życia. Bogatsi zabierali służbę, zwierzęta domowe, a także bydło jako żywy zapas pokarmu. Ale byli też biedniejsi, zabierani na przyczepkę lub jako pomoc w opiece na dobytkiem. 
Jedna z takich grup migrantów zapisała się annałach zbywania Zachodu. 
87 osób z kilku stanów wschodnich ruszyło w maju 1846 z zamiarem dotarcia do Kalifornii. Wszystko było dobrze zaplanowane, wyprawa zaopatrzona jak każda z takim przeznaczeniem. Początkowo wszystko szło dobrze, dopóki wędrowano utartymi szlakami ludzie czuli się zadowoleni i szczęśliwi, panował duch zdobywców. Kłopoty jednak zaczęły się, kiedy postanowiono podróżować na skróty. 


scena z życia obozowego, obraz współczesny, James Scablitzky

W zupełnych bezdrożach podróż opóźniała się i listopadzie utknęli w górach Sierra Nevada, na dodatek przyszły śniegi tak srogie, że 3-4 metrowa warstwa zasypywała konie i bydło. Początkowo wędrowano na piechotę po wykonaniu rakiet śnieżnych z z kabłąków uprzęży, dzieci trzeba było nieść, a wtedy rodziny były z reguły wielodzietne, kilku starszych zginęło. Zdarzały się sceny drastyczne. Nie było rady, trzeba było się zatrzymać na leże zimowe. Wysłano kilku śmiałków na poszukiwanie pomocy w niedalekiej już Kalifornii. 
Wreszcie przyszedł głód. Niczego nie dało się upolować, zjedzono resztę zapasów, trzeba było ratować się na wszelkie sposoby. Na początek poszły psy i koty. Bydła i koni już nie było. Potem łowiono wszędobylskie myszy, które jak zwykle towarzyszą ludziom. Ale i to się skończyło. Okazało się, że skóra pokrywająca wozy, skóra butów i nakryć jest do jedzenia, jeśli dostatecznie długo ją gotować. To samo okazało się z kośćmi. Długo gotowane dają się jeść. Jedzono też uprząż, siodła, liny, z dodatkiem gałązek z drzew, pąków, kory, gotowane długo dawały pożywny klej. Rozkładających się zwierząt nie dało się jeść. Wreszcie pomyślano o kanibalizmie. Zjadano zmarłych, pilnując by bliscy nie musieli jeść ziomków. Jednak dzieci karmiono ciałem ojca w jednym przypadku. Oczywiście zjadano też zmarłe dzieci. Rozważano złożenie ofiary spośród członków obozu. Myślano o sposobie załatwienia sprawy - przez pojedynek, losowanie, odczekanie na śmierć. Ktoś z odważniejszych zastrzelił dwoje indiańskiej służby... Ci co przeżyli niechętnie o tym wspominali. 
Wreszcie wysłani zwiadowcy dotarli do osad w Kalifornii. Sytuacja była trudna, trwała wojna amerykańsko-meksykańska, ale udało się zgromadzić fundusze i ochotników do wyprawy ratunkowej. Pomoc dotarła do zupełnie wyczerpanych podróżników lutym i marcu 1847. Z pośród 87 (90) przeżyło 48 osób. 
Wieść o tragedii rozeszła się po Ameryce. Liczba migrantów spadła w następnym roku z 1500 do 400 osób, ale wkrótce gorączka złota zrobiła swoje. Liczba poszukiwaczy szczęścia już w następnych latach wzrosła do 25.000 osób rocznie. Złoto ma wielką moc. 

Dociekliwi uczeni przeanalizowali wyprawę Donnersa pod kątem przeżywalności ludzi  w skrajnych warunkach, traktując to jako naturalny eksperyment selekcji naturalnej w skrajnych sytuacjach. Był to w pewnym sensie eksperyment podarowany przez historię.
Analiza wykazała, że czynnikami decydującymi był wiek, płeć i liczebność rodziny współtowarzyszącej. Pięć osób zmarło zanim wyprawa dotarła do tragicznego obozu zimowego. Można uważać, że była to rzecz naturalna. Gdyby obecnie podróż samolotem trwała 10 miesięcy, sytuacja byłaby pewnie podobna. Ci co przeżyli byli o siedem i pół roku młodsi od zmarłych. 62,5 % dzieci poniżej 6 lat zginęło wraz z dzieckiem urodzonym w czasie podróży. Największy procent przeżywalności miały dzieci w wieku 6 do 14 lat, wyższy niż dorośli w wieku ponad  35 lat. Śmiertelność dorosłych mężczyzn w wieku 20 do 39 lat wynosiła 66%. Nikt w wieku ponad 49 lat nie przeżył. Przeżywalność kobiet była większa (zawsze ta niesprawiedliwość!). Znamienne jednak, że przeżywalność osób z rodzinami była wyższa niż kawalerów (o pannach się nie mówi, to był produkt tak deficytowy, że szkoda gadać). Pewnie to wynik lepszej pomocy wzajemnej w rodzinie (i chyba motywacji - dodatek RA). 
Przyszli astronauci w sytuacji krytycznej będą w sytuacji jeszcze gorszej. Izolacji okablowania, nawet długoletnie gotowanie nie uczyni strawialnym, osłony statków toże..

A teraz, zaledwie 150 lat od tych zdarzeń, siadamy w samolot w Nowym Jorku i za parę godzin jesteśmy w Los Angeles, jeśli mamy odpowiednią wizę i nikt w samolocie nie postraszy bombą.... 

[QEP08::137];[QEQ01::374]5
w sieci: 11.10.2011;nr 2815

 

 

witrynę prowadzi
© R. Antoszewski
Titirangi, Auckland, 
Nowa Zelandia

(wybrane z publ. R. Antoszewskiego)

  Site Meter