Kurioza naukowe / Scientific curiosities ISSN 1176-7545; rok XII; No 2780

Zestawienie tematyczne prowadzone na bieżąco

 

Jedno zdumienie dziennie...

 

.

Happy end 'Happy Feeta'

W czerwcu podano w Nowej Zelandii o pojawieniu się na plaży Peka Peka  w zatoce Kapiti w pobliżu Wellingtonu okazałego ptaszyska. Za prasą Nowej Zelandii wiadomość tę podały media całego świata (tak jakoś się składa, że świat bardziej interesuje się Nową Zelandią niż Nowa Zelandia światem!). (Pierwsze kroki pingwina opisane tu)
Był to pingwin cesarski (Aptenodytes forsteri*) zamieszkujący Antarktykę. Pomyliło mu się w łebku i znalazł się o ponad 3000 km od swojego miejsca zamieszkania. Po raz pierwszy w swoim trzy i pół letnim życiu znalazł się na piaskowej plaży i to w takie gorąco. Dla niego kilka stopni powyżej zera to już upał. Zgłupiał zupełnie. Kto to słyszał, żeby na plaży, zamiast lodu, był piasek. A że pingwiny połykają lód dla popicia, zaczął połykać piasek. O mało nie postradał przez to życia. 
Był to drugi dopiero opisany przypadek zabłąkania się pingwina cesarskiego do NZ, choć znane są tu inne gatunki gatunki pingwinów. 
Przejęli się losem pingwina krajanie. Nazwano go pieszczotliwie "Szczęśliwe Łapki" ("Happy Feet) i zajęto się nim troskliwie. Nowozelandczycy mają słabość do takich spraw. 
Mimo, że otoczono go opieką w Ogrodzie Zoologicznym w Wellington, dano mu chłodzone lokum, lodowe łóżko i pingwini wikt  (rybi milkshake!) oraz fachową opiekę medyczną, były obawy o jego życie. 
Teraz obawy minęły, przybrał na wadze, waży 27,5 kg, co jest dla niego normą. Zachowuje się normalnie. Oceniono, że czas na jego repatriację. 
Dziś rusza do swojej ojczyzny. Pierwszy odcinek podróży spędzi na największym nowozelandzkim statku badawczym 'Tangaroa' w towarzystwie osobistej obsługi weterynaryjnej (3 osoby z Zoo). Statek udaje się na sezonowe badania łowisk nowozelandzkich w akwenie Wysp Campbella (posiadłości NZ). Zimowe morskie fal dziesięciometrowe to dlań fraszka. Dalej, już w morzu ma do pokonania ponad 1500 km. Tam pewnie odnajdzie swoich kumpli albo dołącze do jakiejś innej pigwiniej kolonii. 
(Uwaga: globus ustawiony do góry nogami, pewnie żeby Antarktyda nie znalazła się na samym dnie!)

Premier Nowej Zelandii odłożył zajęcia urzędowe by osobiście, w towarzystwie wielbicieli, pożegnać 'Szczęśliwe Łapki' i życzyć szczęsliwego powrotu do ojczyzny. Nie wiem po jakiemu rozmawiali ze sobą, ale w ogólności 'pingwin kiwi, dwa baratanki..'. Lubi się tu różne stworzenia. 
Wizyta pingwina w NZ wzmogła zainteresowanie tutejszym Zoo i zainteresowanie przyrodą, które i tak jest wielkie. Było wiele wycieczek młodzieży, nie tylko z miejscowych szkół, a liczba gości Zoo wzrosła dwukrotnie, choć pingwin nie był wcale na pokaz, żeby się nie denerwował. 
Nieliczni tylko odważyli się kwestionować celowość wydatków związanych z gościem, ale ich zlekceważono. Koszta całej akcji wyniosły NZ$90.000 (US$75.00), ale korzyści, nie tylko finansowe, były wielkie. 
Przed ruszeniem w podróż zaopatrzono pingwina w GPS i jego losy będą sprawdzane na bieżąco. Będzie można też śledzić na internetowych stronach Zoo co się z nim dzieje. 
Szczęśliwej podróży! Safe journey, Mike!

*) A nazwa łacińka 'forsteri' upamiętnia Forsterów, ojca Johanna Rheinholda i Jerzego Adama, syna, uczestników drugiej podróży Cooka w te strony (1792-5). 

[QZE08::101];[QEQ)1::028]
w sieci 29.8.2011; nr 2780

 

 


 

witrynę prowadzi
© R. Antoszewski
Titirangi, Auckland, 
Nowa Zelandia

(wybrane z publ. R. Antoszewskiego)

  Site Meter