Kurioza naukowe / Scientific curiosities ISSN 1176-7545; rok XII; No 2669

Zestawienie tematyczne prowadzone na bieżąco

                       

Jedno przerażenie dziennie...

 
.

Rozkosze Indii (3) 

Z Indiami warto się zapoznać. Powiedziałbym więcej. Indie trzeba zobaczyć i teraz, wobec łatwości podróży, to po prostu obowiązek, szczególnie dla młodzieży, pod jednym jednak zasadniczym warunkiem. Nie wolno podziwiać Taj Mahal a potem leżeć na plaży w jakimś ośrodku, których jest tysiące. Trzeba wychylić nosa poza Taj Mahal. Wrażeń wniesionych z poza mauzoleum nie zapomni się nigdy.
Kilkanaście lat temu miałem okazję zwiedzać różne ośrodki naukowe. W Bombaju byłem w zakładach biologii Instytutu Badań Jądrowych w Trombay. Ale wybrałem się też na spacer po mieście. Oczywiście nie miałem odwagi zajrzeć do slumsów, zresztą moi przewodnicy na to by nie pozwolili. Ale pewnej scenki ulicznej nie zapomnę - na jednej z głównych ulic, w tłumie przechodniów dojrzałem kilku wesoło rozmawiających nastolatków, ale posuwających się na klęczkach, tylko że kolana mieli przegięte do przodu. Zakłopotany guide wyjaśnił mi, że to żebracy przygotowani w dzieciństwie do skutecznego wywoływania litości. Po prostu przekręca im się nogi. Działa. Nie miałem odwagi patrzeć na szczegóły..
Teraz takie takie operacje plastyczne są zakazane...

Inna rzecz utkwiła mi w pamięci z Kaklkuty (Calcutta, Kolkata), stolicy Bengalu Zachodniego. Zwiedzałem tam Instytut Bose'go, biologa,  który fascynował mnie od lat jako jedyny chyba laureat nagrody Nobla za badania w zakresie fizjologii roślin (może kiedyś o tym osobno).  Mieszkałem w bardzo dobrym hotelu kolonialnym przy jednej z głównych alei (płaciła fundacja amerkańska, żeby nie było niedomówien..). Późnym wieczorem wybrałem się na spacer, oczywiście tylko w najbliższe okolicy hotelu. Cały szeroki chodnik stał się sypialnią. Niektórzy spali zakopani zupełnie w jakichś szmatach, ale bliżej latarń, przy świetle, kilkunastu młodych zawzięcie czytało korzystając ze światła latarni ulicznych. Pewno studenci. A potem zobaczyłem rzecz straszną. Staruszka, pewnie młoda kobieta, powoli, na klęczkach czołgała się po chodniku poganiając przed sobą kupkę kamieni, a wśród nich nieco grosza. Śpiewała coś przy tym smutnie. Ktoś mi powiedział, że robi tak od lat. Spędza swoje dzieci do gromadki. Ale to nie wszystko. Obok stał wypasiony przedsiębiorca i co chwilę, jak się parę rupii nazbierało w trzódce, wybierał je i chował do kieszeni. Staruszka nie protestowała i dalej naganiała swoje kamyczki.. Odważyłem się nawet zrobić kilka zdjęć, które pokazywałem w Instytucie i po raz pierwszy głos mi się łamał podczas prezentacji.. Może kiedyś znajdę te zdjęcia, jeśli razem z innymi zbiorami nie zostały zachachmęcone w Polsce..
Następnego dnia rano miasto znalazło się pod woda. Zdarzało się to często w porze deszczowej bo kanalizacja była niewydolna. Oczywiście sypialnia znikła, ludzie przenieśli się kilkaset metrów dalej na nieco wyższe ulice, a prostytuki po prostu stały w niszach przy ogrodzeniach pałacowych. Może po to te nisze budowano. Miasto było kompletnie sparaliżowane. Miałem się udać na lotnisko. Normalnym transportem nie było to możliwe. Ale byli kulisi.. I tak po raz pierwszy wieziony byłem kilkanaście kilometrów z człowiekiem, strasznie żylastym Hindusem, jako siłą pociągową. Ostatnim samolotem udało mi się uciec do Katmandu. Byłem jedynym pasażerem i dostałem podwójną porcję na śniadanie jak stewardessa dowiedziała się, że z hotelu uciekłem rano bez śniadania..
To tyle skojarzeń dokładam do googlowych i myślowych podróży po Indiach. 

[QZE08::089];QMRxx
w sieci 8.8.2011; Nr 2766

 


 

witrynę prowadzi
© R. Antoszewski
Titirangi, Auckland, 
Nowa Zelandia

(wybrane z publ. R. Antoszewskiego)

  Site Meter