Kurioza naukowe / Scientific curiosities ISSN 1176-7545; rok XII; No 2756

Zestawienie tematyczne prowadzone na bieżąco

 

 

 

Jedno zdumienie dziennie...

.

 

Oczyszczanie bibliotek, przemiał i cenzura najnowsza. 

W Polsce (i w innych krajach 'socjalistycznych') powszechne było, i bywa niestety do dziś, oczyszczanie bibliotek z treści niebezpiecznych, niewygodnych politycznie, w praktyce jest to skazywanie książek na przemiał. Przemysł papierniczy ma pożytek, a lud pracujący miast i wsi nie jest narażony na truciznę ideologiczną. 
Zapoznałem się z tym procederem osobiście. Jeszcze w szkole średniej dorabiałem sobie (zwykle na książki) pracując w pewnej bibliotece szkolnej. Co kilkanaście dni sekretarka przekazywała mi niechlujnie powielane druki z wykazem książek, które należało wycofać z biblioteki, zapakować, i wysłać 'wyżej'. Wiadomo było po co. Mam na sumieniu kilkadziesiąt tak zniszczonych książek (Ossendowski, Piłsudski, Kaden-Bandrowski, Wańkowicz, i wiele innych). Masowo odbywało się oczyszczanie polskich księgozbiorów z zagrażających Polsce Ludowej dzieł. Kiedy jednak kazano mi wycofać wielotomową Encyklopedię Kościelną, dokonałem przestępstwa. Wcale nie przez bigoterię. Po prostu lubiłem bez planu, losowo zaglądać w różne miejsca i myślami wędrować po egzotycznych misjach, czytać losach ludzi w różnych kulturach. Nie mogłem znieść myśli że takie piękne tomy pójdą na przemiał.  Zabrałem więc całość kilkoma porcjami do domu, złożyłem na strychu, a w księdze inwentarzowej wpisałem bzdety o zaginięciu i zastępstwie wydawniczym chłamem. 
Komizm sytuacji polega na, że niedługo potem, byłem już na studiach, w czasie jakiegoś sprzątania, znalazła je na strychu rencistka, dobra znajoma, była moja nauczycielka, m.in. religii. Pomyślała, że czegoś zapomniałem przed wybieraniem się na studia, i z wielkim trudem zaniosła książki do szkoły. Wiadomo jaki je los spotkał, ale ja wtedy nawet się o tym nie dowiedziałem ..
Jeszcze jedną ciekawostkę z tamtych lat tu wywlokę, ot, tak dla pamięci. Nawet z legalną prasą wydawaną w Polsce sprawa nie była prosta. Pomijam ograniczanie nakładów. Chodzi o kontrolę prenumeratorów. W szkole średniej prenumerowałem za grosze rosyjski 'Ogoniok', bo tani i ładny. Pomyślałem, że może warto zaprenumerować polski tygodnik wydawany w Olsztynie po niemiecku, chodziło mi o wprawki językowe. Był to 'Arbeiterstimme' (Głos Robotniczy) wydawany przez Niemców czekających na pozwolenie wyjazdu z Mazur do NRF. Tytuł był w pocztowym wykazie czasopism do prenumeraty. Panienka w okienku na poczcie prenumeratę przyjęła, ale 'Arbeiterstimme' nigdy do mnie dotarła. Zamiast tego, następnego dnia pojawił się u mojej Mamy grzeczny cywil i przeprowadził długie, ale uprzejme przesłuchanie. Czemu to jej synalek prenumeruje niemieckie czasopismo? Mama oczywiście nic o tym nie wiedziała i zawsze akceptowała wszystkie moje książkowe pomysły, a sama nigdy nie miała żadnych ciągot proniemieckich. Dalszych skutków nie było, chyba nawet zwrócono mi pieniądze, choć nie jestem tego pewien. Muszę jednak przyznać, że w tym samym czasie nie przeszkodzono mi w prenumerowaniu kaszubskiego dwutygodnika 'Kaszëbë'. Nie czułem się Kaszubem, skądże, ale zainteresowałem się regionem, bo zaraz po wojnie, jako jeszcze uczeń szkolny kupowałem na 'Ziemiach Odzyskanych' walizki dla biznesu rodzinnego (!). Zawieszono wydawanie 'Kaszëbë' w r. 1961. 
W PRL, a jak mi wiadomo też w innych demoludach stosowano jeszcze inna metodę kontroli by z książek czy czasopism nie przeciekała jakaś trucizna groźna dla władzy ludowej i nie trafiała do głów nieprawomyślnych. 
Będąc jeszcze studentem pracowałem na stanowisku zastępcy asystenta (jestem ciekaw czy takie stanowiska teraz istnieją). Choć nie było to przedmiotem moich studiów ani pracy, przeczytałem pierwszy i drugi tom 'Historii filozofii' Tatakiewicza i zacząłem się oglądać za trzecim. Nie było, choć wiedziałem, że jest taka książka. Zaprzyjaźniona bibliotekarka (od dzieciństwa przyjaźnienie się z bibliotekareczkami to moje hobby), powiedziała mi, że aby dostać do ręki trefne dzieła, trzeba się wpisać na odpowiednią listę, poczekać na akceptację, wtedy spod lady będą mi je udostępniać, oczywiście w czytelni tylko. Nie zapisałem się, ale wiem, że nawet pracownicy odpowiednich wydziałów niechętnie wpisywali się na taką listę. Nie dziwota więc, że przy najbliższej okazji książkę kupiłem na czarnym rynku, grubo przepłacając. 
Te same środki ostrożności stosowano do wydawnictw emigracyjnych, np paryskiej 'Kultury'. 
Były to czasy drastycznej cenzury prasy i publikacji, w odpowiednich urzędach zatrudniano setki 'specjalistów jakby od hygieny społecznej. Potem przyszedł krótki okres 'białych plam' w czasopismach, wymuszony ciężką walką 'Solidarności'.
Obecnie, w wolnej Polsce sprawa jest znacznie prostsza. Wydawca czy Redaktor, a także autor dobrze wie, co można, a czego nie można. Cenzura przeszła 'w ręce prawomyślnych mas'. I wszystko gra. Nieprawomyślne artykuły zdobywa się w jakichś zakamarkach internetu. Czasem jakaś nieprawomyślna informacja przedrze się do popularnych stron internetowych, ale szybciutko jest przesuwana w cień albo wręcz usuwana z sieci. Mam wiele tego rodzaju przykładów. Podejrzane książki sprzedawane są pokątnie, bo księgarnie wolą nie ryzykować. Wydawcy gotowi są dla prawomyślności nawet zrezygnować z pewnych dochodów. Wiedzą dobrze, że na dłuższą metę się to opłaci handel trefnym towarem. Porządek musi być. Na przemiał książek nie trzeba wysyłać, choć nie zawsze... (p. notka następna).

[QZE08::073];[QAB04::174]
w sieci 25.7.2011; nr 2756

 


 

witrynę prowadzi
© R. Antoszewski
Titirangi, Auckland, 
Nowa Zelandia

(wybrane z publ. R. Antoszewskiego)

  Site Meter