Kurioza naukowe / Scientific curiosities ISSN 1176-7545; rok XII; No 2740

Zestawienie tematyczne prowadzone na bieżąco

 

Jedno zdumienie dziennie...

 

.

Jeszcze o ojcostwie i nowozelandzkich przygodach pewnego pingwina..

Kilka dni temu tutejsza prasa i media podały, że w zatoce Kapiti na plaży Peka Peka pojawił się pingwin cesarski (Aptenodytes forsteri *). Rzadki to przypadek. Ostatnie odwiedziny pingwina cesarskiego notowano tu czterdzieści lat temu. Jest to duże ptaszysko - może ważyć ponad 30 kg i mierzyć 120 cm. W sytuacji zagrożenia potrafi skutecznie posłużyć się solidnym dziobem. 
Nie wiadomo dlaczego odwiedził Nową Zelandię. Pewnie pomylił drogi podczas polowania. Najwyraźniej wygląda na zbaraniałego. W swoim kraju teraz przecież ma ciągły mrok, pod nogamimiły lód i śnieg, a tu jakieś okropne ziarniste  świństwo którym nawet napić się nie można. Pingwiny to nieloty, skrzydła służą im jak płetwy i są wspaniałymi nurkami. Pingwin potrafi zapędzić się nawet 535 metrów w głąb morza w pogoni za rybami, krylem czy  kałamarnicami i przebywać pod wodą nawet 18 min. Ma specjalny rodzaj hemoglobiny umożliwiający czerpanie tlenu z powietrza o zubożonej zawartości tego pierwiastka. Stąd ta zdolność do głębokiego nurkowania. Normalnie gniazduje po sąsiedzku, na Antarktydzie, jakieś 2000 km na południe od Nowej Zelandii.
Spacerowicze na plaży Pek Peka zaalarmowali służbę Departamentu Konserwacji w Waikanae. Panienki - tu wszystkie nazywają się oficerami - prześwietliły go, stwierdziły piasek w żołądku i przełyku. Prawdopodobnie połykał piasek biorąc go za śnieg, bo u siebie to robi w czasie zimy zamiast picia wody, bo przecież wody zimą tam nie ma. Kto zresztą słyszał, żeby pod nogami nie było śniegu i lodu. Mimo udzielenia pierwszej pomocy trzeba było go przetransportować do Kliniki dla Zwierząt w Wellingtonie gdzie przeszedł operacje.  W czasie transportu zużyto 250 kg lodu by zapewnić mu lodowy komfort. Jest wyczerpany tutejszym upałem. Tu zimą mamy około 10 stopni powyżej zera, a on ma u siebie kilkadziesiąt stopni mrozu. Jest to jedyny gatunek pingwinów wylęgający się i wychowywany w czasie antarktycznej zimy. 

Nawet jeśli wszystko się dobrze skończy, będzie miał kłopot, bo w czasie zimy nie ma komunikacji z Antarktydą, a na własny transport nie ma co liczyć, skoro raz mu się w łebku poplątało..
Jest to młody osobnik, tymczasem nie wiadomo jakiej płci. Do tego żeby to określić pleć trzeba być albo pingwinem albo specjalistą, a specjaliści określają płeć po piórach! Zboczeńcy jakyś, czy co..

Filmik o losach przybłędy obejrzeć można tu. Na filmie wyraźnie widać jak pingwin próbuje się napić piaskiem...

A przy okazji warto zdać sobie sprawę jakimi to wspaniałymi ojcami są pingwiny. Pingwinowa składa jedno jajo zimą, nie w żadnym gnieździe, a po prostu na lodzie czy śniegu u stóp małżonka. Przy tym musi pilnować, żeby się nie potoczyło w jakąś przepaść lodową. Po złożeniu jaja ... znika. Udaje się na kilka tygodni na łowy by podreperować pusty brzuch. Przedtem jednak musi podreptać po lodowych pustkowiach ponad 100 km by dotrzeć do morza i łowisk. Przez całe 65 dni jajem, a potem pisklakiem opiekuje się ojciec, który w tym czasie nic nie je. Trzyma jajo starannie ogrzewane w upierzonej torbie. Ponieważ mrozy są siarczyste, a w podobnej sytuacji znajdują się wszystkie samce kolonii, zbierają się w zbitą gromadę ogrzewając się wzajemnie, przy tym zdumiewająca jest kolegialność w zapewnieniu właściwej temperatury sobie i potomstwu. Gromada samców przytulonych do siebie pilnuje, by każdy przebywał pewien czas na skraju stadka, gdzie jest najzimniej, potem otrzymuje miejsce w środku gdzie jest cieplej, a pobrzeża zajmują inni. Tak przez ponad dwa zimowe miesiące trwa ta cyrkulacja. Po tym czasie wraca samiczka z pełnym brzuchem, przejmuje opiekę nad dzieckiem i ojciec z kolei udaje się na polowanie. Taka to wspaniała opieka rodzicielska zapewnia właściwy start i przetrwanie maleństwom w tych trudnych warunkach. 
A przy okazji polecam przeczytanie (jeszcze raz, jeśli już ktoś czytał) 'Wyspę pingwinów' Anatola France'a. Można z tej książki wiele się nauczyć, przede wszystkim o ludziach..

*) A nazwa łacińka 'forsteri' upamiętnia Forsterów, ojca Johanna Rheinholda i Jerzego Adama, syna, uczestników drugiej podróży Cooka w te strony (1792-5). Ojciec urodził się w Tczewie (wonczas Dirschau), uważany jest za Niemca, mówił po polsku, przyznawał się do szkockich przodków. Syn wydał w r. 1777 książkę o tej podróży. Czytelnik wydał w tłumaczeniu wybór jako 'Podróż naokoło świata' w r. 1977. Obaj mieli rzekomo nieznośny charakter, ale to już zupełnie inna historia. 


uzupełnienie 27.6.2011

Pod okiem kilkuset miłośników pingwina Happy Feet przeszedł endoskopową operację płukania żołądka i przewodu pokarmowego dokonaną przez najlepszego gastroenterologa wellingtońskiego szpitala Dr. Wyeth. Kiwusi mają hopla na tle opieki nad zwierzętami. Każdą kupkę oglądają z pełnym zaangażowania zainteresowaniem. Gdyby w tym czasie Rosja zaanektowała pół Europy, to i tak nikt by ekranu nie zmienił. A wojnę polsko-polską, watykańskie żale i tak mają absolutnie poniżej pasa. Taka to ciemnota.
Pacjent ma się dobrze. Już pije rybne zupy, dostaje tłuste dania rybne nafaszerowane środkami na rozwolnienie. Wstaje, interesuje się otoczeniem. Zapewniono mu wygodne warunki. W pomieszczeniu panuje temperatura osiem stopni i do dyspozycji ma łóżeczko z lodu. Pewnie się nie przykrywa bo to i tak gorąc wielka w porównaniu do zimowej Antarktydy.
Okazuje się, ża aż o 4000 km pomylił się w podróży. Gareth Morgan, tutejszy inwestor, zaoferował doprowadzenie Happy Feet do ojczyzny w lutym. Podziękowano mu, bo tutejsi specjaliści chcą to zrobić wcześniej. Pomysł pozostawienia go w ZOO odrzuca się z obrzydzeniem. 
(prasa NZ)

[QZE06::061];[QEP95::095],148ab,149,150,171;[QAB06::335]
w sieci 25.6.2011, 27.6.2011; nr 2740

 

 


 

witrynę prowadzi
© R. Antoszewski
Titirangi, Auckland, 
Nowa Zelandia

(wybrane z publ. R. Antoszewskiego)

  Site Meter