Kurioza naukowe / Scientific curiosities ISSN 1176-7545; rok XI; No 2541

Zestawienie tematyczne prowadzone na bieżąco

 

Jedno zdumienie dziennie...

 

.

Psi los psich arystokratów.

Działo się to w czasie Rewolucji Francuskiej, kiedy to tysiące arystokratów poszło pod gilotynę lub udało się na emigrację w strachu przed utratą głowy. Ale arystokraci kochali psy. Służyły jako domowe zabawki pięknych pań, jako obrońcy ich pałaców, no i były kompanami do polowania. Po zniknięciu arystokratów, psami nie miał kto się opiekować, wygłodniałe szwendały się po mieście, dziczały, wreszcie zaczęły zagrażać mieszkańcom. Znęcone zapachem świeżej krwi, kochały chłeptać krew spod gilotyny. To by im pewnie wybaczono, gdyby nie to, że atakując ludzi na ulicach nie odróżniały sankiulotów od arystokratów i atakowały kogo popadło. Postanowiono sprawę rozwiązać radykalnie i zlikwidować psie watahy. We wrześniu 1793 r. otoczono Pola Elizejskie wojskiem i zapędzono tych nowych wrogów Rewolucji w małe uliczki Rue Royale i Place Royale, gdzie muszkieterzy wystrzelali je bezlitośnie. I tak ponad 3000 martwych psów leżało na ulicach. Ale powstał problem organizacyjny. Władze nie mogły się dogadać, kto ma się tym arystokratycznym ścierwem zająć. 
Kiedy po trzech dniach sytuacja zaczęła być nieznośna, inicjatywę przejął niejaki Gasparin, działacz sakiulotów, i postanowił urządzić z tego patriotyczna demonstrację. Kazał ściągnąć bogate karoce z powozowni arystokratów, psy wrzucono do złoconych herbowych powozów i w proletariackim triumfie wywieziono za miasto. Na czele pochodu jechało sześć reprezentacyjnych karoc Ludwika XVI. 

Wyobraźmy sobie wyzłocone, oszklone pojazdy wypełnione zdechłymi, już rozkładającymi się psami...
Był jednak pewien niespodziany skutek tego zabiegu. Kiedy wkrótce potem konsulowie uroczyście obejmowali Tuileries, w konsularnej procesji tylko jedna była porządna karoca zaprzężone w sześć siwków, ta którą Napoleon otrzymał jako prezent od Cesarza Austrii. Nie do pomyślenia było, by przy takiej okazji posłużyć się karetami, którymi wywożono zdechłe psy. Reszta dygnitarzy jechała w dorożkach miejskich z wstydliwie zasłoniętymi numerami. 

[QZE04::128];[QCB28::174]
w sieci: 3.10.2010; nr 2541

 

 


 

witrynę prowadzi
© R. Antoszewski
Titirangi, Auckland, 
Nowa Zelandia

(wybrane z publ. R. Antoszewskiego)

  Site Meter