Jedno zdziwienie dziennie - ...
.


Szczególna forma kanibalizmu.

Maorysi zakładali swoje osady, zwane 'pa' w bardzo niedostępnych miejscach, najczęściach na szczycie wygasłych stożków wulkanicznych, których w ich kraju jest mnóstwo. Poszczególne osady żyły w ciąglym zagrożeniu napadami, bo lud był to bardzo wojowniczy. Szczególnie niepewnie czuli się mieszkańcy 'pa' w nocy. Nad nocnym bezpieczeństwem czuwał strażnik, który stal na platformie, recytowal pieśni wartownicze, od czasu do czasu bębnił w drewniany gong lub głośno trąbił posługując się instrumentem drewnianym lub zrobionym z konchy muszli. Może zdumiewać fakt, że zadaniem wartownika nie była obserwacja, czy wróg się zbliża, ale powiadamiać potencjalnego wroga, że w osadzie się czuwa. Obyczaj maoryski nie przewidywał regularnego obchodzenia palisad, ani nie było strażników z przydzielonymi im odcinkami fortyfikacji do stałej kontroli. Na dodatek, wartownik też człowiek, miał od czasu do czasu prawo ogrzać się przy ognisku w chacie lub zdrzemnąć się na platformie. Na taką okazję czekali napastnicy informowani o stanie rzeczy przez czujki. Kiedy recytacje wartownika milkły lub słychać było chrapanie, wystarczyło mu cichcem poderżnąć gardło, otworzyć bramę od wewnątrz i opanować osadę.
W przypadku kiedy zaskoczenie się nie udawało, następowało regularne oblężenie trwające czasem wiele miesięcy. Zdolności obronne mieszkańców 'pa' zależały przede wszystkim od zapasów wody i żywności. Ze względu na położenie, wody na terenie osad bylo bardzo niewiele. Trzymano pewne zapasy w zbiornikach, ale wobec braku źródeł, były one nikłe. W takich sytuacjach woda stawała się własnością społeczną i wydawano małe porcje dziennie na osobę (np zawartość muszli paua). Osady miały też specjalne chaty zbudowane na palach dla ochrony przed zwierzakami, a stanowiące spichrze żywności dla wszystkich mieszkańców. Z natury rzeczy zapasy pożywienia także wystarczały tylko na krótki czas. W braku pożywienia dodawano do skromnych racji dziennych glinę uku, sposób praktykowany zresztą też przez inne ludy w czasie głodu (np Indian amerykańskich).
Ponieważ kanibalizm był praktykowany przez Maorysów od niepamiętnych czasów, chętnie zjadano zabitych przeciwnków czy uśmiercano dla celów konsumpcyjnych zdobytych niewolników. W skrajnych jednak sytuacjach zjadano dzieci. Żeby zmniejszyć ból rodziców związany z konsumowaniem własnego potomstwa, dokonywano najpierw wymiany dzieci między rodzinami i w ten prosty sposób każdy zjadał cudze dziecko. Znane są też przypadki szczególnego rodzaju 'wymiany towaru' między oblężonymi a napastnikami. Napastnicy, którym też nie zbywało na pokarmie mięsnym, gromadzili np. pod klifem dużo pożywienia roślinnego proponując w ten sposób handel wymienny - oblężeni wtedy spuszczali w koszach dzieci, oblegający brali dzieci, ładowali do koszów kumarę czy inne płody rolne i kosz wciągano do osady. Okazuje się, że 'na pierwszy ogień' szły zawsze do garnka dziewczęta, przy tym w tej sytuacji także, dla zmniejszenia zrozumiałego bólu rodziców, najpierw dokonywano wymiany między rodzinami oferowanych dzieci, żeby rodzice nie musieli wymieniać na jedzenie swojego własnego potomstwa, a tylko cudze. Maorysi zdecydowanie chętniej pozbywali się dziewczynek w tym procederze. Mniej nadawały się one do obrony, miały szanse przeżycia jako ewentualne żony napastników, jeśli któremus wpadły w oko, zapewne były też bardziej smakowite, niż chłopcy.
Scenke takiej wymiany zaobserwowała i naszkicowała jedna z pierwszych angielskich podróżniczek w swej relacji o Nowej Zelandii z XIX w. (Miss E. Richardson). Na wykonanym przez nią rysunku widać na wzniesieniu grupkę Maorysów opłakujących dziecko spuszczane z 'pa' w koszu, a u podnóża czekają na nie wygłodniali oblegający konsumenci.

PCN20-034

 

 


witrynę prowadzi
(C) R. Antoszewski

Titirangi, Auckland, Nowa Zelandia

antora@ihug.co.nz

styczeń 2002
v.1

Site Meter