Fałszowanie herbaty.
W siedemnastym i osiemnastym wieku, kiedy
cały import herbaty pochodził z Chin i obsługiwany
był przez specjalne linie żeglugowe i kompanie,
procedura przygotowynia herbaty na eksport była bardzo
skomplikowana, choć zupełnie nieznana w Europie.
Ilustruje ona pięknie centralistyczny system
zarządzania Imperialnymi Chinami.
W każdej wsi był specjalny urzędnik, coś w rodzaju
pełnomocnika skupu w naszym języku. Skupował on
detalicznie od chłopów po kilka funtów herbaty
natychmiast po każdym zbiorze i na tym etapie miała
miejsce pierwsza selekcja materiału. W każdym ośrodku
administracyjnym (coś jakby województwie) działała
centrala herbaciana przygotowująca większe porcje
herbaty które przewożono do stolicy prowincji. Tutaj
zajmował się herbatą specjalny zakład sortujący i
produkujący odpowiednie mieszanki z materiału
dostarczonego z województw. Teraz wszystko ładowano na
statek, muły lub plecy kulisów i transportowano do
Kantonu. Tu skrzynie otwierano, proces szykowania
mieszanek powtarzano i dopiero wtedy ładowano na statki
zmierzające do Europy.
Po dotarciu ładunku do Londynu, Amsterdamu czy Paryża
procedura przygotowywania mieszanek powtarzana była po
raz czwarty - tym razem chodziło o dopasowanie podaży
do konkretnych gustów odbiorców. Prawdziwa herbata
zawiera wyłącznie liście, pąki i kwiaty jednego tylko
gatunku rośliny - Camelia sinensis.
Ale już na etapie chińskim 'doprawiano' herbatę
różnościami, np. gałązkami herbaty i innych roślin
z rodziny Theaceae. Dodawano także strużynki drewna,
trociny, korę sosnową, sadze, błekit pruski, itp.
Zdarzały się w tym procederze także wyjątkowo udane
fałszerstwa, nazwijmy to 'twórcze' fałszertwa.
Receptura znanej do dziś herbaty 'Earl Grey' uchodzącej
za jeden z lepszych gatunków powstała w wyniku
'doprawiania' oryginalnej herbaty liśćmi chińskich
roślin takich jak Chloranthus
inconspicuus, Jasminium sambac, Gardenia florida, Murraya
exotica i Aglaia odorata oraz
liśćmi cytryny i pomarańczy.
PCN21-084
Cena cukru.
W początku ubiegłego wieku taki oto napis
widniał na reklamach zachęcających do kupna słoików
na cukier oferowanych przez pewną londyńska firmę
sprzedającą porcelanę:
'Cukier z Indii Wschodnich nie jest robiony przez
niewolników', a dalej ogloszenie mówiło już jasno o
co chodzi:
'Rodzina używająca 5 funt cuku na tydzień, jeźeli
będzie kupować cukier z Indii Wschodnich zamiast z
Indii Zachodnich przez 21 miesięcy uratuje życie
jednego z naszych współbraci. Osiem takich rodzin przez
19 i pół roku uratuje życie lub uchroni przed niewolą
100 sto osób!'.
Pomijajć sprawę dosyć widocznej rywalizacji między
kompaniami starającymi opanować lukratywny handel
cukrem, wyliczenie jest dosyć proste i niewiele tylko w
nim przesady. Większość dowodów siedemnastowiecznych
potwierdza, że w czasach kiedy warunki były trudne,
życie ludzkie tanie a zaopatrzenie rynku pracy w
niewolników nieograniczone, wyprodukowanie pół tony
cukru kosztowało życie jednego niewolnika sprowadzanego
z Afryki do Indii Zachodnich.
Około roku 1700 rzecz się nueco poprawiła, 1 tona
cukru = 1 życie niewolnika. Pod koniec osiemnastego
wieku sprawa wyglądała jeszcze lepiej, 2 tony cukru = 1
życie niewolnika. W rachunku uwzględniano straty
niewolniczego towaru w czasie transportu oraz
śmiertelność na plantacjach. Liczba Murzynów
ginących w czasie łapanek urządzanych przez
dostarczycieli towaru nie jest znana i nikt tym się nie
przejmował. W latach od 1690 do 1790 sprowadzono do
Europy 12 milionów ton cukru z Indii Zachodnich, co
znaczyło mniej więcej tyle samo istnień ludzkich.
Biorąc pod uwagę spożycie cukru w samej tylko Anglii i
niewygórowane dane statystyczne o śmietrelności
niewolników na plantacjach, jeden niewolnik ginął na
każde 250 osób angielskiej społeczności pod koniec
XVIII i w początkach XIX wieku (niezależnie od płci i
wieku). Z dietetycznego punktu widzenia cukier nie jest
człowiekowi potrzebny. Energetyczne zapotrzebowanie
organizmu zapspokajane jest znacznie lepiej np. skrobią
zbóź. Niektórzy uważają cukier za taką samą
uźywkę, jak narkotyki, alkohol czy tytoń..
PCN21-085
|