U
Dominikowej zrobiło się już zgoła nie do wytrzymania,
Jagusia bowiem łaziła kiej nieprzytomna i o Bożym
świecie nie wiedząca, Jędrzych też jeno zbywał
roboty, coraz częściej przesiadując u Szymków, a w
gospodarstwie czynił się taki upadek i opuszczenie, że
nieraz nie wydojone krowy pędzili na paśniki, świnie
kwiczały z głodu i konie obgryzały drabiny rżąc przy
pustych żłobach, boć staranie poredziła zaradzić
wszystkiemu, jeszczek ona utykała o kiju, z
przewiązanymi oczami, na pół ślepa, to i nie dziwota,
co głowa jej pękała od turbacji.
Bo i jakże: gnój pod pszenicę wysychał w polu, a nie
miał go kto przyorać, len się już prosił o
wyrywanie, ziemniaki zdałoby się jeszcze raz opleć i
osypać, brakowało drew na opał, porządek gospodarski
niszczał, żniwa były za pasem, roboty starczyło
choćby i na dziesięć rąk, a tu szło, kieby kto w
nosie podłubywał. Przynajęła nawet komornicę, sama
też zabiegała, jak mogła, i dzieci pędziła do
roboty, ale Jagusia była jakby głucha na wszyćkie
prośby i przekładania, zaś Jędrzych na jakąś
pogrozę odburknął hardo:
- Bo ciepnę wszyćko i pójdę se we świat!
Wypędziliście Szymka, to sobie tera sami róbcie! Jemu
ta nie cni się za wami, chałupę ma, grosz ma, kobietę
ma, krowę ma i gospodarz całą gębą. - Pyskował
przemyślnie, trzymając się z dala.
- Juści, co ten zbój poredził zaradnie wszystkiemu! -
westchnęła ciężko.
- A bogać, że uredzi wszyćkiemu, nawet Nastusia się
dziwuje !
- Trza by kogo przynająć abo i zgodzić
parobka myślała głośno.
Jędrzych podrapał się i rzekł nieśmiało:
- Hale, szukać obcego, kiej Szymek gotowy... żeby mu
ino rzec to słowo...
- Głupiś! Nie wyciągaj szyją, kiej do cię nie
piją!- warknęła i srodze się tym zgryzła, że tak
czy owak, a trza będzie ustąpić i jakąś zgodę z nim
zrobić.
Jednak najbarzej martwiła się o Jagusię, na darmo
bowiem próbowała się wywiedzieć, co jej jest.
Jędrzych też nie wiedział, a kum nie śmiała się
wypytywać, bych za wiele nie dołożyły. Przez całe te
trzy dni, po wyjściu kompanii do Częstochowy,
błąkała się w przeróżnych domysłach kieby w tej
uprzykrzonej ćmie, jaż dopiero w sobotę po południu
doprowadzona już do ostatka wzięła sielnego kaczora
pod pachę i poszła na plebanię.
Wróciła nad wieczorem zburzona, kiej ta noc jesienna,
spłakana i ciężko wzdychająca, nie odzywała się do
nikogo, aż po kolacji, kiej ostała sama z Jagusią,
przywarła drzwi do sieni i rzekła:
- A wiesz, co rozpowiadają o tobie i Jasiu?
- Nie ciekawam plotów! - odrzekła niechętnie,
podnosząc zgorączkowane oczy.
- Ciekawaś czy nie, a powinnaś wiedzieć, że przed
ludźmi nic się nie uchowa! A kto cicho robi, o tym
głośno mówią! A o tobie wygadują, że niech Bóg
broni!
Rozpowiedziała szeroko, czego się dowiedziała od
proboszcza i organistów.
- Zaraz w nocy zrobiły nad nim sąd, organista
zerżnął mu skórę, ksiądz swoje, cybuchem dołożył
i bych ustrzec przed tobą, wyprawili go do Częstochowy.
Słyszysz to? Pomiarkujże, coś narobiła! - krzyknęła
groźnie.
- Jezus Maria! Biły go! Jasia biły! - zerwała się
gotowa lecieć na jego obronę, ale jeno zakrzyczała
przez zaciśnięte zęby:
- A żeby im kulasy poodpadały, żeby ich nie
oszczędziła zaraza! - I zapłakała, z zaczerwienionych
oczów polały się strugi gorzkich łez, a wszystkie
rany duszy spłynęły jakby tą żywą, serdeczną
krwią.
Ale Dominikowa nie bacząc na to jęła ją bić, niby
kijem, przypominkami wszystkich przewin i grzechów, nie
darowała ani jednego, wypominając, co ją tylko
żarło od dawien dawna i nad czym srodze bolała.
- To musi się już raz skończyć, rozumiesz! Tak ci
już dalej żyć nie sposób! - krzyczała coraz
zawzięciej, chociaż palące łzy ciekły jej spod szmat
przewiązujących oczy. - Żeby cię mieli za najgorszą,
żeby cię już wytykali palcami! Taki wstyd na moje
stare lata, taki wstyd, mój Jezu - jęczała
rozpaczliwie.
- I wyście pono za młodu byli nie lepsi! - trzasnęła
ją złym słowem.
Stara tak się zaniesła gniewem, że ledwie już
wybełkotała:
- Choćby świętemu, a nie przepuszczą!
Nie śmiała już się więcej pastwić nad nią, zaś
Jagusia wzięła się prasować jakieś fryzki na jutro;
wieczór szedł wiejny, szumiały drzewa, po niebie,
zawalonym drobnymi chmurami, leciał księżyc, kajś na
wsi śpiewały dzieuchy, a jakieś skrzypki rzępoliły
drygliwą wielce nutą.
Przed oknami rozległ się głos przechodzącej
wójtowej:
- Jak wczoraj pojechał do kancelarii, tak i przepadł...
- Pojechał z pisarzem do powiatu jeszcze wczoraj na noc.
Powiadał sołtys, jako wezwał ich do siebie naczelnik -
odpowiadał Mateusz.
Gdy przeszli, stara odezwała się znowu, ale już
łagodniej:
- Czemu to przepędziłaś z chałupy Mateusza?
- Bo mi obmierzł i po co tu będzie wysiadywał! Nie
szukam se chłopa!
- Czas by ci już było obejrzeć się za którym, czas!
Zaraz by i ludzie przestali cię napastować! Choćby i
Mateusz, też nie do pogardzenia, chłop zmyślny,
poczciwy...
Długo się nad nim rozwodziła i wielce zachętliwie,
ale Jagusia się nie odezwała ani słóweczkiem, zajęta
robotą i swoimi strapieniami, że stara dała spokój i
wzięła się do różańca. Na dworze pocichły już
głosy, tylko drzewiny szarpały się z wiatrem i młyn
turkotał, noc była późna, księżyc jakby całkiem
zatonął w zwałach, że jeno kajś niekaj świeciły
obrzeża chmur i wydzierały się snopy brzasków.
- Jaguś, trza ci jutro do spowiedzi. Lżej ci będzie,
jak zbędziesz się grzechów.
- Co mi tam, nie pójdę!
- Nie chcesz do spowiedzi! - Aż głos jej schrypnął ze
zgrozy,
- A nie. Ksiądz do kary to skory, ale z
pomocą to się nikomu nie pokwapi...
- Cicho, żeby cię Pan Jezus nie skarał za takie
grzeszne gadanie! A ja ci mówię, do spowiedzi idź,
pokutuj i Boga proś, to ci się jeszcze wszystko
przemieni na dobre.
- A mało to mam pokuty, co? A cóżem to zgrzeszyła? Za
co? To pewnie za moje kochanie i za moje cierpienia taka
mnie spotyka nadgroda, co? Ze już co najgorszeé we
świecie, to mnie spotkało! - skarżyła się
żałośnie.
Nie przeczuwała nawet biedula, że spadnie na nią
jeszcze cosik gorsze i bardziej niespodziane, i bardziej
niesprawiedliwe.
Nazajutrz bowiem, w niedzielę, przed sumą gruchnęła
po wsi wieść, zgoła niepodobna do wiary, że wójta
aresztowali za brak pieniędzy w kasie gminnej.
Nie sposób było zrazu uwierzyć, i chociaż prawie z
każdą godziną ktosik przylatywał z nową i coraz
gorszą przykładką, jeszcze nie brali tego zbytnio do
serca.
- Próżniaki wymyślą se co niebądź i roztrząsają
se la zabawy! - mówili poważniejsi.
Ale uwierzono, gdy kowal wrócił z miasta i wszystko co
do słowa potwierdził, a Jankiel w południe powiedział
do całej gromady:
- Wszystko prawda! W kasie brakuje pięć tysięcy,
zabierą mu za to całą gospodarkę, a jak będzie
jeszcze mało, Lipce muszą za niego dopłacić!
Wzburzyło to wszystkich, że niech Bóg broni, jakże,
bieda wszędy jaże piszczy, do garnka nie ma co
włożyć, niejeden się zapożyczył, aby jeno
dociągnąć do żniw, a tu przyjdzie płacić za
złodzieja! Tego była już za wiela na ludzką
cierpliwość, to i nie dziwota, że cała wieś jakby
się wściekła ze złości, klątwy, pogrozy i wyzwiska
posypały się kieby kamienie:
- A żebyś, ścierwo, skapiał jak ten pies!
- Nie trzymałem z nim spółki, to i płacił za niego
nie będę.
- Ani ja! Balował się, używał, a ty cierp za cudze! -
pogadywali tak sfrasowani, jaże niejednemu płakać się
chciało z markotności.
- Dawno miałem oko na niego i mówiłem, do czego to
idzie, przekładałem, nie słuchaliśta i tera mata bal!
- dogadywał z rozmysłem stary Płoszka, pomagała mu
Płoszkowa rozpowiadając kto ino chciał słuchać.
- Wiecie, Antek już wyrachował, co na
wspomożenie pana wójta zapłacim po trzy ruble z morgi,
ale za takiego przyjaciela nie żal i po dziesięć...
I tak te wiadomości przygnębiły ludzi, że mało wiela
poszło do kościoła, a jeno radzili użalając się
pospólnie, że pełno było w opłotkach, przed
chałupami, a zwłaszcza nad stawem, na próżno się
przy tym głowiąc, kaj zadział tylachna pieniędzy.
- Musieli go podebrać, nie sposób, aby tyla sam jeden
zmarnował.
- Pisarzowi zawierzał, a wiadomo, jakie to ziółko!
- Szkoda człowieka, nama juści zrobił krzywdę, ale
sobie najgorszą! - mówili poniektórzy co
stateczniejsi, a na to wraziła między nich tłuste
brzucho Płoszkowa i dalejże niby to żałująco
wyrzekać i trzeć suche ślepie.
- A mnie żal wójtowej! Biedna kobieta, panią se była
i nos zadzierała, a teraz co! Chałupę wezmą, grunt
przedadzą i na komorne pójść pójdzie chudzina, na
wyrobek. I żeby se chociaż użyła!
- A mało to jeszcze wysmakowała dobrego! - wrzasnęła
Kozłowa wtórując gorąco, jeno na drugi sposób -
używały se ścierwy kieby jakie dziedzice. Co dnia
jadły mięso! Wójtowa pół garczka cukru kładła se
do kawy, a czysty harak pili szklankami! Widziałam, jak
zwoził z miasta półkoszki przeróżnych przysmaków. A
z czegóż to im brzuchy spęczniały, przecież nie z
postu!
Słuchali rozważnie, choć w końcu pletła już trzy po
trzy, ale dopiero organiścina trafiła wszystkim do
serca, nalazła się na wsi niby to przypadkiem i
posłuchawszy rozmów rzekła od niechcenia:
- Jak to, to nie wiecie, na co wójt wydał tyle
pieniędzy?
Jęli się cisnąć dokoła i pytać niewoląc ją do
odpowiedzi
- Stracił na Jagusię, wiadomo.
Tego się nie spodziewano, więc jeno w zdumieniu
spozierali po sobie.
- Już cała parafia mówi o tym od wiosny! Ja wam nie
rozpowiem, ale spytajcie się kogo bądź, choćby z
Modlicy, a dowiecie się całej prawdy!
I odeszła jakby nie chcąc się zdradzić, ale baby jej
nie puściły, przyparły kajś do płota, tak
molestowały, że zaczęła im rozpowiadać na niby pod
sekretem: jakie to wójt przywoził dla Jagusi
piesztrzonki ze szczerego złota, a jakie chusty
jedwabne, a jakie płótna cieniuśkie, a jakie korale, a
ile to jej nadawał gotowych pieniędzy! Juści, co
cyganiła, jaże się kurzyło, ale święcie uwierzyły,
tylko jedna Jagustynka ozwała się gniewnie:
- Klituś-bajduś, módl się za nami. Widziała to pani?
- A widziałam i mogę przysięgnąć nawet w kościele,
że dla niej ukradł, dla niej, a może go nawet
namówiła! Ho, ho, gotowa ona na wszystko, nic dla niej
nie ma świętego, bez wstydu już i sumienia! Jak ta
rozciekana suka lata po wsi, a roznosi jeno zgorszenie i
nieszczęście. Nawet mojego Jasia zwieść chciała,
chłopiec niewinny jak dziecko, to uciekł od niej i
wszystko mi opowiedział! Czy to nie zgroza, księdzu
nawet nie daje spokoju! - gadała prędko, ledwie już
dysząc od złości.
Jakby iskra padła na prochy, tak buchnęły naraz
wszystkie dawne urazy do Jagusi, wszystkie zazdroście i
gniewy, i nienawiście; jęły wypominać, co ino która
miała na wątpiach, że podniósł się niewypowiedziany
wrzask. Krzyczały jedna przez drugą i coraz
zapamiętalej.
- Ze to taką święta ziemia nosi!
- A przez kogo pomarł Maciej? Wspomnijcie jeno sobie!
- Całej wsi przyjdzie pokutować za taką
zapowietrzoną!
- I nawet księdza chciała przywieść do grzechu! Jezu,
bądź nam miłościwy!
- A wiela to już było przez nią pijatyk, swarów a
obrazy boskiej !
- Zakała całej wsi! Już przez nią Lipce wytykają
palcami !
- Morowe powietrze nie gorsze niźli taka zaraza.
- Póki taka jest we wsi, potąd ciągle będzie grzech,
rozpusta i zło, bo dzisiaj wójt ukradł dla niej, a
jutro zrobi to samo drugi!
- Kijami zatłuc i ścierwo rzucić psom!
- Wygnać ją ze wsi, wypędzić na bory i lasy, kiej tę
zarazę!
- Wypędzić ! Jedyna rada ! Wypędzić! - zawrzeszczały
rozsrożone, gotowe już na wszystko i z namowy
organiściny pociągnęły do wójtowej.
Wyszła do nich, zapuchnięta od płaczu, a tak
zbiedzona, tak nieszczęśliwa i rozlamentowana, że
wzięły ją ściskać płacząc nad nią i użalając
się ze wszystkiego serca.
Dopiero po jakimś czasie organiścina wspomniała jej o
Jagusi.
- Święta prawda! Ona wszystkiemu winowata, ona -
zalamentowała rozpacznie. - Ten tłuk sobaczy, ta
piekielnica! A żebyś zdechła pod płotem za moją
krzywdę, a żeby cię robaki roztoczyły za mój wstyd,
za moje nieszczęście! - padła kajś na ławę
tarzając się w niewypowiedzianej męce i szlochaniu.
Napłakały się nad nią do woli, nabiedziły i
rozeszły się do domu, bo słońce kłoniło się już
ku zachodowi. Ostała tylko organiścina i zamknąwszy
się z nią, cosik ważnego uradziły, gdyż jeszcze
przed zmierzchem poleciały na wieś po chałupach,
rozpoczynając jakąś cichą i tajną robotę.
Przystały do nich Płoszki, przyniewoliły jeszcze
niektórych i poszli razem do proboszcza, wysłuchał
wszystkiego, ale rozłożył ręce i zawołał:
- Nie mieszam się do niczego, róbcie, co chcecie, ja
nie wiem o niczym i jutro z rana jadę do Zarnowa na
cały dzień !
Wieczór uczynił się wielce swarliwy, pełen narad,
sprzeczek i tajemniczych szeptów, a gdy już ciemna noc
zapadła, wszyscy zmówieni zeszli się do karczmy, i
ugaszczani przez organistów, jęli znowu radzić i
deliberować. A zeszli się co najpierwsi gospodarze i
prawie wszystkie żeniate kobiety i uradzali już dość
długo, gdy Płoszkowa zakrzyczała:
- A kajże to Antek Boryna? Cała wieś się zebrała, on
pierwszy w Lipcach gospodarz, to przez niego nie można
radzić, będzie nieważne.
- Prawda, posłać po niego! Musi przyjść! Bez niego
nie można! - wrzeszczeli.
- A może będzie jej bronił, kto wie? - szepnęła
któraś.
- Śmiałby to całej wsi się przeciwić! Kiej
wszystkie, to wszystkie!
Kopnął się po niego sołtys i z łóżka musiał
ściągać, bo już był spał.
- Musicie iść i powiedzieć swoje! A nie pójdziecie,
to powiedzą, co ją osłaniacie i przeciwko gromadzie na
sprzeciw idziecie! Baby wam nie darują dawnych
grzechów. Chodźcież, raz trzeba z tym skończyć.
I poszedł, chociaż z ciężkim sercem, bo iść
musiał.
Karczma była jakby nabita, że trudno już było palec
wrazić, i wrzało z cicha, gdyż organista stojał
właśnie na ławie i prawił niby to kazanie.
-... i drugiego sposobu nie ma! Wieś to jak
ten dom, niech jeden złodziej wyjmie spod niego
przyciesię, niech drugi złakomi się na belki, a
trzeciemu zachce się wyjąć kawał ściany, to w końcu
chałupa się zwali i na śmierć wszystkich przygniecie!
Wymiarkujcie to sobie dobrze! A niechże tu każdemu
będzie wolno kraść, rozbijać, krzywdzić, rozpustę
czynić, to i cóż się stanie ze wsią? Powiadam wam,
nie wieś to już będzie, a jeno ten chlew diabelski, a
hańba i wstyd la poczciwych! Że omijać ją będą z
daleka i żegnać się na jej przypomnienie. Ale mówię
wam, że prędzej czy później kara boska na taką wieś
spaść musi, jak spadła na ową Sodomę i Gomorę!
Spadnie i wszystkich wytraci, bo wszyscy są zarówno
winni, tak ci, którzy źle robią, jak i ci, którzy
pozwalają rozrastać się złemu! Pismo święte nas
poucza: jeśli zgorszy cię ręka twoja, odetnij ją, a
jeśli zgrzeszyło oko, wyłup je i ciśnij psom!
Jagusia, mówię wam, to gorsza od moru, gorsza od
zarazy, bo sieje zgorszenie, grzeszy przeciw wszystkim
przykazaniom i ściąga na wieś gniew Boży i jego
straszną pomstę! Wypędźta ją, póki jeszcze czas!
Już się przebrała miarka jej grzechów i przyszedł
czas na pokaranie! - ryczał kiej byk, jaże mu oczy
wyłaziły z rozczerwienionej twarzy.
- Juści! Pora! Naród mocen jest karać i mocen
wynadgradzać! Wygnać ją ze wsi! Wygnać! - wrzeszczeli
coraz głośniej.
Prawił jeszcze Grzela, wójtów brat, przemawiał stary
Płoszka, pyskował Gulbas, ale mało kto słuchał, bo
już wszyscy wraz mówili. Organiścina cięgiem
rozpowiadała, jak to było z Jasiem, wójtowa też swoje
krzywdy każdemu w uszy kładła, a i drugie pofolgowały
se niezgorzej, że już wrzało kiej na jarmarku.
Tylko Antek się nie odzywał, stojał przy szynkwasie
chmurny kiej noc, z zaciętymi zębami, pobladły od
męki, a przychodziły na niego takie minuty, że
chciało mu się chycić ławę i prać nią te wszystkie
rozwrzeszczone pyski, a obcasami tratować kiej to
paskudne robactwo i tak mu się już wszystko zmierziło,
iż pił kieliszek po kieliszku,a spluwał jeno i klął
cicho.
Podszedł doń Płoszka i głośno na całą karczmę
zapytał:
- Już wszystkie zgodziły się na jedno, że Jagusię
trza wygnać ze wsi. Rzeknij i ty swoje, Antoni.
Przycichło nagle w karczmie, wszystkie oczy wlepiły
się w niego, byli prawie pewni, że się sprzeciwi, ale
on odsapnął, wyprostował się i rzekł głośno:
- W gromadzie żyję, to i z gromadą trzymam! Chceta ją
wypędzić, wypędźta; a chceta se ją posadzić na
ołtarzu, posadźta! Zarówno mi jedno!
Odsunął ręką zalegających mu drogę i wyszedł nie
patrząc na nikogo.
Długo jeszcze po jego wyjściu radzili, prawie do samego
świtania, a rankiem wiedzieli już wszyscy, że
postanowiono wypędzić ze wsi Jagusię. .
Mało kto stawał w jej obronie, bo każdego zakrzyczeli,
tylko jeden Mateusz nie uląkłszy się nikogo klął
wszystkich w oczy i pomstował całą wieś, że już
rozwścieklony do ostatka, poleciał szukać ratunku u
Antka.
- Wiesz o Jagusi? - blady był kiej trup i cały
dygotał.
- A wiem, prawo za nimi! - rzekł krótko, myjąc się
pod studnią.
- Żeby ich mór z takim prawem! To robota organistów!
Jakże, dopuścim do takiej niesprawiedliwości! Cóż to
komu zawiniła? A o co ją winią, to nieprawda, czyste
cygaństwo! Jezu, żeby się ważyli wyganiać człowieka
jak tego wściekłego psa. Nie sposób, żeby to miało
być!
- Sprzeciwisz się to całej gromadzie?
- Rzekłeś, jakbyś z nimi trzymał - zawarczał z
groźnym wyrzutem.
- Z nikim nie trzymam, ale i tyla mi do niej, co do tego
kamienia.
- Ratuj, Antek, poradź co niebądź. Laboga, już mi
się we łbie mąci! pomiarkuj ino, cóż ona pocznie,
kaj się podzieje? A psiekrwie, zbóje, wilki jedne.
Siekierę chyba chycę i będę rąbał, a nie
dopuszczę, nie dopuszczę!
- Nic ci nie pomogę. Postanowili, to cóż znaczy jeden
sprzeciw, nic.
- Masz do niej złość! - zawrzeszczał niespodzianie.
- Mam złość czy nie, nic komu do tego - powiedział
surowo i wsparty o studnię zapatrzył się kajś daleko.
Bolesnym kłębem zwiły się w nim jeno przytajone a
wiecznie czujne miłowania i zazdroście, że chwiał
się w sobie z pojękiem niby drzewo targane przez
wichurę.
Obejrzał się naraz, Mateusza już nie było, a wieś
wydała mu się jakaś obca i dziwnie przykra, i
strasznie rozwrzeszczana.
Prawda, co i ten dzień pamiętny także był
jakiś niezwyczajny. Słońce wlekło się blade i jakby
obrzękłe, duszno było na świecie i strasznie gorąco,
niebo wisiało nisko, zawalone paskudnymi chmurzyskami,
wiater zrywał się co chwila i zamiatał, a nad drogami
podnosiły się kłęby kurzawy, miało się na burzę,
kajś nad borami jakby się łyskało.
Zaś między ludźmi już się srożyła sielna
zawierucha, latali po wsi kieby poszaleli, kłótnie
wrzały po wszystkich chałupach, jakieś baby pobiły
się nad stawem, psy ujadały bezustannie, prawie nikt
nie wyszedł w pole do roboty, bydło nie wypędzone na
paszę ryczało po oborach, nawet mszy tego dnia ksiądz
nie odprawił i wyjechał równo ze świtem, zamęt
podniósł się coraz większy i niespokojność rosła z
minuty na minutę.
Antek dojrzawszy, że w organistowych opłotkach zbiera
się coraz więcej narodu, wziął kosę na ramię i
śpiesznie poszedł w pole pod ?as.
Przeszkadzał mu wiatr plącząc zboże i bijąc piaskiem
w oczy, ale wparł się w zagon i jął siec, spokojnie
nasłuchując zarazem dalekich gwarów.
- Może to już - przemknęło mu naraz przez głowę,
serce zatłukło kieby młotem, gniew nim zatargał i
rozprężył grzbiet, już miał rzucić kosę i lecieć
na ratunek, ale opamiętał się jeszcze w porę.
- Kto zawinił, niech weźmie karę. A niechta, a
niechta.
Żyta z chrzęstem kłoniły mu się do nóg i biły w
niego niby rozkolebane wody, wiater rozwiewał mu włosy
i suszył twarz spotniałą z męki, oczy prawie nic nie
widziały, jakby już wszystek był tam, przy Jagusi, że
tylko twarde przyuczone ręce same wodziły kosę
kładąc pokos za pokosem.
Wiatr przyniósł od wsi jakiś długi, przeciągły
krzyk.
Rzucił kosę i przysiadł pod żytnią ścianą, jakby
się wparł w ziemię, jakby się jej czepił całą
mocą, zaś cały się jej ujął jakby w żelazne pazury
i zdzierżył, i nie dał się, chociaż oczy latały nad
wsią niby oszalałe ptaki, choć serce skwierczało z
trwogi, choć trząsł się i dygotał z niespokoju. -
Wszyćko musi iść po swojemu, wszyćko. Trza orać, by
siać, trza siać, by zbierać, a co jeno przeszkadza,
trza wyplenić kiej zły chwast - mówił w nim jakiś
surowy, prawieczny głos jakby tej ziemie i tych ludzkich
siedlisk.
Buntował się jeszcze, ale już słuchał coraz
pokorniej.
- Juści, że każdy ma prawo bronić się przed wilkami
,każdy.
Chyciły go jakieś ostatnie żałoście i myśli, kiej
lute kąśliwe wichry, owiały go mrocznym tumanem
ponosząc z miejsca.
Porwał się na nogi, naostrzył kosę osełką,
przeżegnał się, splunął w garście i jął się do
roboty, waląc pokos za pokosem z taką
zapamiętałością, jaże świstało płytkie ostrze
kosy i pojękiwały ściany żyta.
A tymczasem na wsi nastał straszny czas sądu i kary,
że już i nie opowiedzieć, co się tam wyrabiało.
Jakoby dur ogarnął Lipce, a ludzie zgoła się
powściekali, bo co jeno było rozważniejsze,
pozamykało się w chałupach lub uciekło na pola, zaś
reszta, pozbierana nad stawem w gromady i jakby opita
złością, wrzała coraz zapalczywiej jurząc się
nawzajem krzykami, że już każden się wydzierał,
każden pomstował, każden się srożył wraz, czyniąc
przeraźliwy warkot, podobien dalekim i groźnym
grzmotom.
I w jakiejś minucie cała wieś ruszyła do Dominikowej
kieby ten wezbrany, szumiący potok, wiedła organiścina
z wójtową, a za nimi przepychało się z rykiem całe
rozjuszone stado.
Wdarli się do chałupy kiej burza, jaże zadygotały
ściany, Dominikowa zastąpiła drogę, to ją
stratowali, Jędrzych skoczył bronić i w oczymgnienie
zrobili z nim to samo, wreszcie Mateusz chciał ich
powstrzymać przed komorą i chociaż prał drągiem,
chociaż bronił całą mocą, ale nie wyszło i
Zdrowaś, już leżał kajś pod ścianą z rozbitym
łbem i nieprzytomny.
Jagusia była zaparta w alkierzu, a kiej wyrwali drzwi,
stała przytulona do ściany i nie broniła się, nie
wydała nawet głosu, blada była kiej trup, a w oczach
szeroko rozwartych gorzało ponure płomię grozy i
śmierci.
Sto rąk wyciągnęło się po nią, sto rąk głodnymi,
chciwymi pazurami chyciło ją ze wszystkich stron,
wyrwało niby kierz płytko wrośnięty w ziemię i
powlekło w opłotki.
- Związać ją, wyrwie się jeszcze i ucieknie -
rozrządziła wójtowa.
Na drodze stał już gotowy wóz, nałożony świńskim
nawozem po wręby desek i zaprzężony we dwie czarne
krowy, rzucili ją na gnój związaną niby barana i
ruszyli wśród piekielnego zamętu; urągliwe wyzwiska,
śmiechy i przekleństwa posypały się na nią kiej grad
po stokroć zabijający
Ale przed kościołem cały pochód przystanął.
- Trza ją zewlec do naga i pod kruchtą wysiec rózgami!
- krzyknęła Kozłowa.
- Zawdy takie bili pod kościołem! Do pierwszej krwi,
bierzta ją! - wrzeszczały
Na szczęście, brama smętarza była zawarta, zaś we
furtce stojał Jambroż z proboszczowską strzelbą w
ręku i skoro się wstrzymali, ryknął z całej piersi:
- Kto się poważy wejść na kościelne, zastrzelę, jak
mi Bóg miły. Ubiję jak psa - groził i tak jakoś
strasznie patrzał gotując broń jakby do strzału, że
poniechawszy zamiaru ruszyli dalej na topolową.
Zaczęli nawet pośpieszać, gdyż burza mogła
wybuchnąć leda chwila, niebo posępniało coraz barzej,
wiater bił w topole, jaże się pokładały, kurzawa
zrywała się spod nóg zasypując oczy i stronami
hurkotały grzmoty.
- Poganiaj, Pietrek, prędzej - przynaglali rozglądając
się niespokojnie po niebie, przvcichli jakoś, szli
bezładnie bokami drogi, bo środkiem był srogi piasek,
że tylko niekiedy co tam któraś zawziętsza dopadłszy
wozu ulżyła se pokrzykując zajadle:
- Ty świnio! ty tłumoku! A do sołdatów, łajdusie
zapowietrzony !
- Używałaś, to nażrej się teraz wstydu, posmakuj
zgryzoty! - darły się nad nią.
Pietrek, parobek Borynów, któren powoził, bo żaden
drugi nie chciał, szedł przy wozie, smagał krowy, a
skoro jeno upatrzył porę, szeptał do niej litośnie:
- Już niedaleczko... pomsty za taką krzywdę...
ścierpcie ino...
Zaś Jagusia w postronkach, na gnoju, zbita do krwi, w
porwanym odzieniu, pohańbiona na wieki, skrzywdzona
ponad człowiecze wyrozumienie i nieszczęsna ponad
wszystko, leżała jakby już nie słysząc ni czując,
co się dzieje dokoła, tylko żywe łzy nieustanną
strugą ciekły po jej twarzy posiniaczonej, a niekiedy
wzniesła się pierś niby w tym krzyku skamieniałym.
- Prędzej, Pietrek! prędzej! - wołali coraz
częściej, rosła w nich bowiem niecierpliwość, jakby
opamiętanie, że już prawie w dyrdy dosięgli
granicznych kopców pod samym lasem.
Podnieśli deski woza i wraz z gnojem jak to ścierwo
obmierzłe rzucili, jaże ziemia pod nią jęknęła,
padła wznak i nawet się nie poruszyła.
Dopadła jej wójtowa i kopnąwszy nogą zawrzeszczała:
- A wrócisz do wsi, to cię zaszczujemy psami! -
podniesła jakąś grudę czy kamień i grzmotnęła w
nią z całej siły - za krzywdę moich dzieci!
- Za wstyd całej wsi! - biła ją druga.
- Byś sczezła na wieki!
- By cię święta ziemia wyrzuciła!
- Byś zdechła z głodu i pragnienia!
Biły w nią głosy, grudy ziemi, kamienie i przygarście
piachu, a ona leżała kiej kłoda, zapatrzona jeno w
rozkolebane nad sobą drzewa.
Spochmurniało nagle na świecie, zaczął padać deszcz
gruby i rzęsisty.
Pietrek z wozem cosik się zamarudził, że już nie
czekając na niego wracali kupami, a jakoś dziwnie
cicho, ale gdzieś w połowie drogi spotkali Dominikową,
szła okrwawiona w potarganej odzieży, zaszlochana i z
trudem macająca kijem drogę, a gdy pomiarkowała, kto
ją wymija, wybuchnęła strasznym głosem:
- A żeby was mór! A żeby was zaraza! A żeby was
ogień i woda nie szczędziły!
Każden jeno głowę wtulił w ramiona i uciekał
zestrachany.
A ona wielkimi krokami pobiegła na ratunek Jagusi.
Burza rozsrożyła się już na dobre, niebo
posiniało kiej wątroba, kurz zakotłował wielgachnymi
kłębami, topole z jakimś szlochaniem i krzykiem
przyginały się do ziemi, zawyły wiatry i jęły coraz
zapamiętalej walić się na zboża pierzchające we
wszystkie strony i rycząc kiej byki zjuszone, rypnęły
w lasy zwarte, rozchybotane i wniebogłosy szumiące.
Grzmoty już szły za grzmotami przewalając się z
hurkotem wskroś całego świata, jaże ziemia dygotała
i chałupy się trzęsły.
Zwite kołtuny miedzianogranatowych chmur zwiesiły nisko
spęczniałe opuchłe kałduny i coraz to któraś się
rozpękła, trzaskał pierun i buchały potoki
oślepiającej jasności.
Niekiedy sypał rzadki grad trzeszcząc po liściach i
gałęziach.
A w sinej ćmie dnia, kurzawy i gradów targały się
rozpaczliwie drzewa, krzaki i zboża jakby rwiąc się do
ucieczki, ale bite wichurą ze wszystkich stron,
ślepione piorunami, obłąkane hukiem, kręciły się
jeno i szarpały z dzikim poświstem, a kajś z wysoka,
przez chmury, ciemnicę i rozwieję przelatywały modre
łyskawice, leciały niby stado wężów ognistych,
leciały wyrwane skądściś i nie wiadomo kaj ciskane,
leciały migotliwe a zagubione, oślepiające wszystek
świat, a ślepe i nieme kiej dola człowiekowa. I
trwało tak z przerwami do samego wieczora, dopiero na
samym zmierzchu całkiem się uspokoiło i przyszła noc
cicha, ciemna i chłodnawa.
A nazajutrz dzień podniósł się bardzo cudny, niebo
było bez chmur i modrzało kiej opłukane, ziemia
polśniewała rosami, śpiewały radośnie ptaki, a
wszelaki stwór pławił się z lubością w rzeźwym,
pachnącym powietrzu.
Zaś w Lipcach wróciło wszystko do dawnego, ale skoro
jeno słońce wyniesło się na parę chłopa, to jakby
zmówieni wszyscy zaczęli wychodzić do żniwa, że ano
z każdej chałupy ruszali całą gromadą, z każdej
chałupy błyskały sierpy i kosy, z każdego obejścia
wytaczały się wozy na miedze i polne drożyny.
A kiej sygnaturka zaświegotała na kościele, już
każden stojał gotowy na swoim zagonie i posłyszawszy
dzwonienie, a jak poniektórzy na co bliższych polach i
przejmujące granie organów, jęli odmawiać pacierze,
kto przyklękał, kto nawet modlił się w głos, kto
jeno wzdychał pobożnie nabierając przy tym tchu i
mocy, a każden się żegnał, w garście spluwał,
nogami krzepko w zagon się wpierał, przyginał grzbiet
i żarliwie imając się sierpa czy kosy zaczynał
rznąć i kosić.
Wielka, uroczysta. cichość przejęła żniwne pola,
zrobiło się jakby święte nabożeństwo znojnej,
nieustannej i owocnej pracy.
Słońce podnosiło się coraz wyżej, skwar wzmagał
się z godziny na godzinę, ogniste blaski zalewały pola
i żniwny dzień potoczył się kiej to pszeniczne złoto
i dzwonił kiej złotem ciężkim, źrałym ziarnem.
Wieś ostała pusta i jakby wymarta, chałupy były
pozawierane, ba wszystko, co jeno żyło i mogło się
dźwignąć z miejsca, ruszało do żniw, że nawet
dzieci, nawet stare i schorzałe, nawet pieski rwały
się z postronków i ciągnęły od opustoszałych
domostw za narodem.
Że już na wszystkich polach, jak jeno było można
sięgnąć okiem, w straszliwym skwarze, wśród zbóż
złotawych, w rozmigotanym i ślepiącym powietrzu, od
świtu do późnego wieczora połyskiwały sierpy i kosy,
bielały koszule, czerwieniały wełniaki, gmerali się
niestrudzenie ludzie i szła cicha, wytężona robota i
nikto się już nie lenił, na somsiadów nie?
oglądał, o niczym drugim nie myślał, a jeno
przygięty nad zagonem kiej wół, w pocie czoła
pracował.
Tylko jedne pola Dominikowej stojały opuszczone i jakby
zapomniane; ziarno się już sypało z kłosów, zboża
mdlały od suszy, a nikto się tam nawet nie pokazał, z
lękliwym smutkiem odwracano od nich oczy, niejeden już
wzdychał nad nimi, niejeden drapał się frasobliwie,
oglądał trwożnie na drugich i potem jeszcze skwapniej
przypinał się do roboty, nie pora była deliberować
nad taką marnacją i upadkiem.
Albowiem te żniwne dnie toczyły się już kiej koła
rozmigotane złocistymi szprychami słońca i
przechodziły jedne za drugimi, a coraz chybciej, i
zarówno znojne, i zarówno ciężkim a radosnym trudom
oddane.
A wkrótce po paru dniach, że czas był wybrany i pogody
cięgiem dopisywały, to wzięli pożęte zboża wiązać
w grubachne snopy, ustawiać je na zagonach mendlami, a z
wolna przewozić do Lipiec.
Że już bez przerwy toczyły się ciężkie, nastroszone
wozy; toczyły się ze wszystkich pól, wszystkimi
drożynami i do wszystkich na ścieżaj powywieranych
stodół, jakoby sypkim złotem nabrane fale rozlały
się po drogach, podworcach i klepiskach, trzęsły się
nawet nad staw, nawet u drzew nad drogami wisiały
złote, słomiane brody, a wszystek świat rozpachniał
się przywiędłą słomą, trawami a młodym ziarnem.
Już gdzieniegdzie po stodołach biły cepy, spiesznie
młócące na chleb. A na przestronnych, pustoszejących
polach, na złotawych rżyskach, stada gęsi bobrowały
chciwie za kłosami, pasły się całe zgony owiec i
krów, kaj niekaj dymiły pierwsze ognie, a już po
całych dniach rozgłaszały się dzieuszyne
przyśpiewki, wrzaski radosne, nawoływania, turkoty
wozów i jaśniały opalone, szczęsne twarze ludzi.
I nie położyli jeszcze żyta, to już po górkach owsy
skamlały się o kosy, a jęczmiona dojrzewały prawie na
oczach, a pszenice coraz złociściej rdzawiały, że nie
było czasu odzipnąć ni nawet podjeść jako tako, ale
mimo tej ciężkiej pracy i takiego utrudzenia, iż
niejeden zasypiał nad miską wieczorami, kiej
pościągali z pól, Lipce jaże się trzęsły od wrzawy
radosnej, śmiechów, rozpowiadań, śpiewań a muzyki.
Skończył się bowiem przednówek, stodoły były
pełne, zboże sypało niezgorzej i każden, choćby
najbiedniejszy, hardo podnosił głowę, z dufnością
patrzał w jutro i roił se jakoweś z dawien dawna
upragnione szczęśliwości.
Któregoś z takich żniwnych, złotych dni, kiej już
zwozili jęczmiona, przechodził przez wieś ślepy
dziad, wodzony przez pieska, lecz mimo spieki nikaj nie
wstąpił, spieszył się bowiem na Podlesie. Ciężko mu
było dźwigać spaśny brzuch i pokręcone kulasy, to
wlókł się z wolna i cięgiem pociągał nosem, uszami
czujnie strzygł i przystając przy żniwiarzach Boga
chwalił, tabaką częstował, a kiej mu jaki grosz
kapnął niespodzianie, pacierze mamrotał, ale i
przemyślnie, od niechcenia zagadywał o Jagusię i
lipeckie sprawy.
Niewiela się jednak wywiedział, bo go czym niebądź i
niechętliwie zbywali.
Dopiero na Podlesiu, kiej przysiadł pod figurą
odzipnąć nieco, napotkał go Mateusz, rychtujący
niedaleczko drzewo na kowalowy wiatrak.
- Pokażcie mi drogę do Szymków! - prosił dziad
dźwigając się na kule.
- Nie zażyjecie u nich wywczasu! Tam jeno płacz i
zgryzota! - szepnął Mateusz.
- Jagusia chora jeszcze? Powiadały, jako się jej cosik
w głowie popsuło...
- Nieprawda, leży jednak cięgiem i małowiele o Bożym
świecie pamięta! Kamień by się nad nią zlitował! O
ludzie, ludzie !
- Żeby tak zatracić duszę chrześcijańską! Ale stara
pono skarży całą wieś?
- Nic nie wskóra! Wszystkie postanowiły, całą
gromadą, prawo mają...
- Straszna rzecz gniew całego narodu, straszna! - Jaże
się wstrząsł.
- Juści, ale głupia i zła, i niesprawiedliwa! -
wybuchnął Mateusz i podprowadziwszy go pod chałupę
sam zajrzał do środka, ale rychło wyszedł obcierając
ukradkiem łzy. Nastusia przędła len pod ścianą,
dziad przysiadł poboki wyjął niebieską flaszkę.
- Wiecie, trza tą wodą pokropić Jagusię trzy razy na
dzień i nacierać jej ciemię, a do tygodnia jakby
ręką odjął! Dały mi tę wodę zakonnice w Przyrowie.
- Bóg wam zapłać! Dwie niedziele już przeszło, a ona
cięgiem leży bez pamięci, czasami jeno rwie się kajś
uciekać, lamentuje i Jasia przyzywa.
- Jakże Dominikowa?
- A też kiej trup, jeno przy niej przesiaduje. Nie
pociągną oni długo, nie.
- Jezu, co się marnuje narodu, Jezu! A kajże to Szymek?
- W Lipcach siedzi, przeciek wszyćko na jego głowie, bo
ja muszę przy obu stróżować.
Wetknęła mu w garść całą dziesiątkę, ale dziad
wziąć nie chciał.
- Z dobrego serca la niej przyniosłem i jeszcze jaki
paciorek dołożę do Przemienienia Pańskiego! Dobra
była la biednych jak mało kto drugi na świecie,
poczciwa.
- Prawda, co miała dobre serce, prawda! A może to i bez
to musi tyle przecierpieć! - szepnęła wlekąc smutnymi
oczami po świecie.
Od Lipiec roznosiło się dzwonienie na Anioł Pański, a
niekiedy dochodziły turkoty wozów, szczęki
naostrzanych kos i dalekie, dalekie śpiewania, złocista
kurzawa zachodu przysłaniać jęła całą wieś i pola
wszystkie, i lasy.
Dziad podniósł się, spędził psa, poprawił torebek i
wsparłszy się na kulach rzekł:
- Ostańcie z Bogiem, ludzie kochane.
|