Już
stronami, na piaskach i lżejszych gruntach wychodzono ze
sierpem, już nawet kaj niekaj po wyżniach błyskały
kosy, ale we wsiach, gdzie były mocniejsze ziemie,
dopiero imano się przygotowań i żniwa leda dzień
miały się rozpoczynać.
Więc i w Lipcach, jakoś w parę dni po ucieczce Rocha,
jęto się ostro sposobić do żniwa, rychtowano na
gwałt drabiny i moczono we stawie wozy co barzej
rozeschnięte, oprzątano stodoły, że już stojały
wywarte na przestrzał, gdzie w cieniach sadów
wykręcano powrósła, zaś prawie pod każdą chałupą
brząkały rozklepywane kosy, kobiety zwijały się przy
pieczeniu chlebów i sposobieniu zapasów, a z tego
wszystkiego zrobiło się tylachna skrzętu i rwetesów,
że wieś wyglądała jakby przed jakimś wielkim
świętem.
A że przy tym zjechało się z drugich wsi sporo narodu,
to na drogach i pod młynem wrzało kieby na jarmarku,
głównie bowiem ściągali ze zbożem do mielenia, ale
jakby na utrapienie, tak mało było wody, że robił
tylko jeden ganek, a i to zaledwie się ruchając,
czekali jednak cierpliwie swojej kolei, boć każden
chciał zemleć jeszcze na żniwa.
Niemało też cisnęło się do młynarzowego domu
kupować mąkę, kasze przeróżne, a nawet i po chleb
gotowy.
Młynarz leżał chory, ale snadź nic się nie działo
bez jego przyzwoleństwa, gdyż krzyknął do żony
siedzącej na dworze, pod wywartym oknem:
- A rzepeckim nie dawaj ani za grosz,
prowadzali swoje krowy do księżego byka, to niechże im
proboszcz zaborguje i co innego.
I nie pomogły żadne prośby ni skamłania, na darmo
też wstawiała się za biedniejszymi zaciął się i
żadnemu, któren ino wodził krowę na plebanię, nie
pozwolił zborgować ani pół kwarty mąki.
- Spodobał im się księży byk, to niech go sobie
doją! - wykrzykiwał.
Młynarzowa, też jakoś kwękająca, spłakana i z
obwiązaną twarzą, wzruszała ramionami, ale jak
mogła, ukradkiem zborgowała niejednemu.
Nadeszła Kłębowa prosząc o pół ćwiartki jaglanej
kaszy.
- Płacicie zaraz, to bierzcie, ale na bórg nie dam ani
ziarnka...
Zafrasowała się wielce, bo juści, że przyszła bez
pieniędzy.
- Tomek z nim trzyma za jedno, to niechaj uprosi o
kaszę.
Obraziła się i rzekła wyzywająco:
- Juści, co trzyma z księdzem i trzymał będzie, ale
tutaj już więcej jego noga nie postoi.
- Mała szkoda, krótki żal! Sprobujcie mleć gdzie
indziej.
Odeszła wielce skłopotana, bo w domu nie było już ani
grosza, lecz natknąwszy się na kowalową, siedzącą
przed zawartą kuźnią, rozżaliła się przed nią i
zapłakała na młynarza.
Ale kowalowa ozwała się z prześmiechem:
- To wam jeno rzeknę, co już niedługie to jego
panowanie.
- Hale, a któż to da radę takiemu bogaczowi, kto?
- Jak mu wiatrak postawią pod bokiem, to mu i radę
dadzą.
Kłębowa jaże oczy wytrzeszczyła ze zdumienia.
- A mój wiatrak postawi. Co ino poszedł z Mateuszem do
boru wybierać drzewo, na Podlesiu będą stawiać kole
figury.
- Cie... Michał stawia wiatrak, śmierci bym się
prędzej spodziała, no, no. Ale dobrze tak temu
zdzierusowi, niech mu kałdun spadnie.
Tak jej ulżyło, że śpieszniej szła ku domowi, ale
dojrzawszy Hankę pierącą pod chałupą wstąpiła
podzielić się tą niespodzianą nowiną.
Antek majdrował cosik kole woza i posłyszawszy rozmowę
rzekł:
- Prawdę wam powiedziała Magda, kowal już kupił od
dziedzica dwadzieścia morgów na Podlesiu, zaraz przy
figurze, i tam wystawi wiatrak! Młynarz się wścieknie
ze złości, ale niech mu rura zmięknie! Tak się już
wszystkim dał we znaki, że nikto go nie pożałuje.
- Nie wiecie to niczego o Rochu?
- Nic a nic - odwrócił się od niej jakoś śpiesznie.
- To dziwne, trzeci dzień i nie wiada, co się z nim
wyrabia.
- Przeciek nieraz już tak bywało, że poszedł kajś, a
potem znowu się zjawił.
- Któż to od was idzie do Częstochowy? - zagadnęła
Hanka.
- A idzie moja Jewka z Maciusiem. Latoś mało wiela się
ze wsi wybiera.
- I ja pójdę, właśnie przepieram na drogę co
lżejsze szmaty.
- Ale pono z drugich wsi to sporo się szykuje.
- Sposobną porę se wybrały, na największą robotę -
mruknął Antek, ale żonie się nie przeciwił wiedząc
od dawna, na jaką to intencję się ochfiarowała.
Zaczęły se rozpowiadać różnoście, gdy wpadła
Jagustynka.
- Wiecie - wrzeszczała - a to może przed godziną
przyszedł z wojska Jasiek!
- Tereski chłop! A dyć powiadała, co wraca dopiero na
kopania.
- Co inom go widziała, galancie koło niego i okrutnie
stęskniony do swoich.
- Dobry był chłop, ale zawzięty. Tereska doma?
- Rwie len u proboszcza i jeszcze nie wie, co ją w domu
czeka.
- Znowu zakotłuje się w Lipcach, przeciek mu zarno
powiedzą!
Antek słuchał uważnie, gdyż mocno go zajęła nowina,
lecz się nie odzywał, zaś Hanka z Kłębową szczerze
ubolewając nad Tereską jęły przewidywać najgorsze la
niej rzeczy, aż im przerwała Jagustynka:
- Psu na budę taka sprawiedliwość! Hale, pójdzie se
taki ciołek na całe roki we świat, kobietę ostawi
samą, a potem, jak się niebodze co przygodzi, to gotów
ją choć i zakatrupić! A wszystkie też bij zabij na
nią! Kajże ta sprawiedliwość! Chłop to se może
używać jak na psim weselu i nikto mu za to nie rzeknie
nawet marnego słowa. Do cna głupie urządzenie na
świecie! Jakże, to kobieta nie żywy człowiek, to z
drewna wystrugana czy co? Ale kiej już musi odpowiadać,
to niechże i gach zarówno płaci, przeciek pospólnie
grzeszyli. Czemuż to jemu tylko uciecha, a la niej samo
płakanie, co?
- Moiściewy, tak już postanowione od wiek wieka, to
ostanie! - szepnęła Kłębowa.
- Ostanie, żeby się naród marnował, a zły cieszył,
ale ja to bym postanowiła inaczej: wzion któren cudzą
kobietę, to niechże se ją ostawi na zawdy, a nie
zechce, bo mu już nowa lepiej zasmakowała, kijem
ścierwę i do kreminału!
Antek roześmiał się z jej zapalczywości, skoczyła ku
niemu z wrzaskiem.
- La was to ino warte śmiechu, co? Zbóje zapowietrzone,
każda wam najmilejsza, póki jej nie dostanieta. A potem
jeszcze się przekpiwają!
- Wydzieracie się jak sroka na pluchę! - rzucił
niechętnie.
Poleciała na wieś i przyszła dopiero nad wieczorem,
ale srodze spłakana.
- Cóż się to waju przygodziło? - spytała
niespokojnie Hanka.
- A co, napiłam się człowieczego bólu i jaże mnie
zamgliło - rozpłakała się i jęła mówić przez łzy
i szlochania - wiecie, a to Kozłowa wzięła Jaśka pod
swoją opiekę i już mu wszyćko wyśpiewała.
- Nie ta, to druga by mu pedziała, takie rzeczy się nie
zagubią.
- Mówię wam, że cosik strasznego wzbiera w ich
chałupie! Poleciałam do nich, nie było nikogo.
Zaglądam teraz, siedzą oboje i płaczą, na stole
porozkładane podarunki, jakie jej przyniósł. Jezu,
jaże mróz mnie przejął, jakbym zajrzała do grobu.
Nie mówią do się, jeno płaczą. Mateuszowa matka
rozpowiedziała mi, jak to było, aże mi włosy
powstały na głowie.
- Nie wiecie, wspominał Mateusza? - zagadnął
niespokojnie Antek.
- Pomstuje na niego, że niech Bóg broni! Jasiek mu tego
nie przepuści, nie!
- Nie bójcie się, Mateusz go skamlał o łaskę nie
będzie - odrzucił gniewnie i nie słuchając więcej
poleciał na Podlesie przestrzec przyjaciela.
Nalazł go dopiero u Szymków, siedział z Nastusią pod
ścianą i cosik z cicha se redzili, wywołał go zaraz i
kiej odeszli spory kawał drogi, opowiedział.
Mateusz aż się zachłysnął i zaczął kląć.
- A żeby to siarczyste pioruny spaliły taką nowinę!
Wracali do wsi, Mateusz się krzywił i jakoś boleśnie
i ciężko wzdychał.
- Widzę, co ci markotno i żal - wtrącił ostrożnie
Antek.
- Zaśbym ta żałował, już mi kością w gardle
stanęła. Co inszego mnie trapi.
Antek się zdumiał, ale nijakoś było się rozpytywać.
- Czasu by nie chwaciło, żebym miał każdej
żałować! Wpadła mi w pazury, to i wzionem, każdy by
zrobił to samo! Nie bój się, użyłem jak pies w
studni, bo com się musiał nasłuchać beków i
wyrzekań, to starczyłoby la dziesięciu. Uciekałem, to
kieby cień szła za mną. Niechże i Jasiek się nią
nacieszy. Nie kochanie mi w głowie, a jeno całkiem co
drugiego.
- Pewnie, że pora by ci się żenić.
- Właśnie i Nastka mówiła mi to samo.
- Dzieuch we wsi jak maku, nietrudno wybrać.
- Już mam z dawien dawna cosik upatrzonego - wyrwało mu
się bezwolnie.
- To me proś w dziewosłęby i sprawiaj wesele choćby
zaraz po żniwach.
Nie poszło mu to w smak, bo skrzywił się i zagadał
znowu o Jaśku, a wywiedziawszy się wszystkiego, jął
rozpowiadać o Szymkowej gospodarce wyznając przy tym
niby to niechcący, że Jędrzych mówił Nastusi pod
sekretem, jako Dominikowa ma podać do sądu o grunt
Jagusi po Macieju.
- Ociec zapisali, to jej nikto nie zapiera, juści, że
samej ziemi nie oddam, ale święcie zapłacę, co warta!
Kłótnica chce się jej procesów
- Prawda to, że Jagusia zapis oddała Hance? - pytał
ostrożnie.
- Cóż z tego, kiej nie odpisała się u rejenta.
Mateusz jakoś poweselał i nie mogąc się już
powstrzymać zatrącał w rozmowie raz po raz o Jagusię,
sielnie ją sobie chwaląc.
Antek pomiarkowawszy, o co mu idzie, rzekł szydliwie:
- Słyszałeś, co to znowu o niej wygadują?
- Baby zawdy łatki jej przypinały.
- Za Jasiem organistów lata pono kiej suka - dodał z
rozmysłem.
- Widziałeś to? - rozczerwienił się z gniewu.
- Na prześpiegi za nią nie chodzę, bo me ni parzy, ni
ziębi, ale są, które widują co dnia, jak się schodzi
w boru z Jasiem, to po miedzach...
- Sprać jedną i drugą, to by wnet przestały
plotkować.
- Sprobuj, może się wystraszą i przestaną! - mówił
z wolna, zatargała nim nagła, strasznie szarpiąca
zazdrość o Jagusię, a już te myśle, że Mateusz
może się z nią ożenić, kąsały go kieby
rozwścieklone psy.
Nie odpowiadał na jego zaczepne i często przykre
słowa, bych się jeno nie wydać ze swoją męką, ale
na rozstaniu nie poredził się już wstrzymać i rzekł
ze złym prześmiechem :
- A któren się z nią ożeni, sporo szwagrów miał
będzie...
Rozeszli się dosyć ozięble.
Mateusz, odszedłszy parę kroków, roześmiał się
cicho i pomyślał:
- Musi go trzymać z daleka, to się na nią źli a
pyskuje. A niechta se lata za Jasiem, taki dzieciuch.
Barzej ją tam ciągnie ksiądz niźli chłopak.
Rozmyślał pobłażliwie, bo wywiedziawszy się od Antka
co do tego zapisu po Macieju, już stanowczo umyślił
się z nią ożenić. Zwolnił kroku i rozliczał se w
myślach, po ile to trza by mu spłacać Jędrzycha i
Szymka, bych samemu ostać na gospodarce, na całych
dwudziestu morgach.
- Stara przykra, juści, ale przeciek nie będzie
wiekowała.
Spomniały mu się Jagusine sprawki, to go ździebko
rozfrasowało.
- Co było, to nie jest, a zechce się jej nowych
figlów, to z niej rychło wytrzęsę.
W opłotkach przed chałupą czekała na niego matka.
- Jasiek wrócił - szeptała zatrwożona - już mu o tym
powiedzieli.
- To i lepiej, nie będzie potrza się ocyganiać.
- Tereska przylatywała już parę razy, grozi, że się
utopi... że nie...
- Pewnie, co gotowa to zrobić, pewnie - szepnął
wystraszony i tak się tym srodze zamartwił, że
zasiadłszy w progu do kolacji nie mógł jeść, a jeno
nadsłuchiwał od Jaśkowego sadu, że to siedzieli tylko
przez miedzę. Przejmował go coraz większy niespokój,
odsunął miskę i kurząc papierosa za papierosem na
darmo barował się z dygotem trwogi, na darmo klął
siebie i wszystkie kobiety i na darmo chciał całą
sprawę obrócić w przekpinki, bo strach o Tereskę
rozrastał się w nim coraz barzej i dręczył już nie
do wytrzymania. Już parę razy się podnosił, aby iść
kajś na wieś między ludzi, ale ostawał wyczekując
nie wiada na co.
Noc się już zrobiła, gdy naraz posłyszał, jakieś
kroki, a nim rozeznał, z której strony nadchodzą, już
Tereska wisiała mu na szyi.
- Ratuj, Mateusz! Jezu, tak czekałam na cię, tak
wyglądałam.
Usadził ją pobok, lecz cisnęła mu się do piersi kiej
dzieciątko i przez łzy lejące się ciurkiem, przez
mękę i rozpacz szeptała:
- Powiedziały mu o wszystkim! Śmierci bym się była
prędzej spodziała niźli jego powrotu. Byłam u
księżego lnu... przylatuje któraś i powiada... dziw
trupem nie padłam... szłam jak na śmierć... nie było
cię doma... poszłam cię szukać... nie było cię we
wsi... kołowałam z godzinę, ale musiałam iść...
wchodzę do chałupy... a on stoi na środku blady kiej
ściana... skoczył do mnie z pięściami...o prawdę
pyta... o prawdę...
Mateusz jaże się zatrząsł i obcierał z twarzy zimny,
lodowaty pot.
- Wyznałam się przed nim... na nic już by się zdały
cygaństwa... Topora chycił na mnie... myślałam, że
już koniec, i pierwsza mu rzekłam: ?Zabij! ulży nam
obojgu!" Ale me nie tknął nawet palcem! Jeno
popatrzył we mnie, przysiadł pod oknem i zapłakał!...
Jezu miłościwy, żeby me chociaż sprał, skopał,
sponiewierał, lżej by mi było, lżej, a on siedzi i
płacze! I cóż ja teraz pocznę nieszczęsna, co? kaj
się podzieję! Ratuj me, bo się rzucę do studni albo
se co złego zrobię, ratuj! - wrzasnęła padając mu do
nóg.
- Cóż ja ci poredzę, sieroto, co? - jąkał bezradnie.
Zerwała się nagle z dzikim warkotem gniewnego
szaleństwa.
- To po coś me brał? po coś me stumanił? po coś me
przywiódł do grzechu?
- Cała wieś tu się zleci, cichoj!
Przypadła mu znowu do piersi, objęła sobą i
pokrywając pocałunkami zaskamlała całą mocą
strachu, miłowania i rozpaczy:
- O mój jedyny, o mój wybrany z tysiąca, zabij me, a
nie odpędzaj od siebie! Miłujesz to me, co? Miłujesz?
Dyć me utul ten ostatni razik, dyć me weź, ogarnij
sobą i niedaj na mękę, nie daj płakania, nie daj
zatracenia! Jedynego cię mam na wszyćkim świecie,
jedynego... Ino me ostaw przy sobie, a służyła ci
będę za tego psa wiernego, za tę ostatnią dziewkę!
Jęczała rzewliwymi słowy, rwanymi ze samego dna
udręczonej duszy.
A Mateusz wił się jakby w kleszczach i jak mógł,
wykręcał się od stanowczej odpowiedzi zbywając ją
całunkami a przygłaskaniem i przytakując wszystkiemu,
co jeno chciała, rozglądał się trwożniej i
niecierpliwiej, gdyż mu się uwidziało, że Jasiek
siedzi na przełazie.
Ale w jakiejś minucie Tereska przejrzawszy prawdę do
dna odepchnąła go od siebie i zakrzyczała, bijąc
słowami kieby biczem:
- Cyganisz jak pies! Zawdyś me ocyganiał! Już me teraz
nie zwiedziesz! Strach ci Jaśkowego kija, to się wijesz
kiej ta przydeptana glista! A ja mu zawierzyłam jak komu
najlepszemu! Mój Boże, mój Boże! A Jasiek taki
poczciwy, nawiózł mi podarunków, nigdy mi nie
powiedział marnego słowa i ja mu tak odpłaciłam. I
takiemu przeniewiercy zawierzyłam, takiemu zbójowi!
takiemu psu! Idź se za Jagusią! - zawrzeszczała
przyskakując do niego z pięściami - idź, i niech was
pożeni hycel, pasujeta do siebie, lakudra i złodziej.
Padła na ziemię zanosząc się strasznym, obłąkanym
płaczem.
Mateusz stał nad nią, nie wiedząc, co począć, matka
chlipała kajś pod ścianą, gdy wyszedł ze sadu Jasiek
i przystąpiwszy do żony jął jej szeptać tkliwe,
przesiąkłe łzami, a pełne dobrości słowa:
- Chodź do dom, chodź, sieroto. Nie bój się, nie
ukrzywdzę cię, masz ty już dosyć za swoje, chodź,
żono...
Wziął ją na ręce i przeniósłszy na przełaz
krzyknął do Mateusza:
- Pókim żyw, to ci jej krzywdy nie daruję, tak mi
dopomóż, Panie Boże!
Mateusz milczał, dusił go wstyd i zalewał
mu serce taką gorzkością i taką dojmującą udręką,
że poniósł się do karczmy i pił przez całą noc.
Cała historia migiem się rozniesła po wsi, a ku
niemałemu podziwowi, z wielkim też uważaniem
rozpowiadali o Jaśkowym postąpieniu.
- Ze świecą nie najdzie takiego drugiego - mówiły
rozrzewnione kobiety, srodze przy tym powstając na
Tereskę, ale Jagustynka zapalczywie broniła.
- Tereska niewinowata! - wrzeszczała po różnych
opłotkach, kaj jeno posłyszała, że bierą ją na
ozory - smarkul to był jeszcze, kiej Jaśka wzieni do
wojska, ostała sama jedna, nawet przez dziecka, to i nie
dziwota, co bez tyla roków zacniło się jej za
chłopem. Żadna by nie przetrzymała takiego postu. A
Mateusz zwietrzył kiej pies i dalejże bakę świecić,
cudeńka prawić, na muzykę prowadzić, jaże i głupią
zdurzył.
- Ze to nie ma sądu na takich zwodzicieli - westchnęła
któraś.
- Łeb mu już lenieje, a za kobietami jeszcze ciągnie.
- Kawalerska sierota, to kajże się pożywi, jak nie z
cudzego - kpili parobcy.
- Mateusz też niewinowaty, nie wiecie to, że jak suczka
nie da, to i piesek nie weźmie! - zaśmiał się Stacho
Płoszka i dziw go za to nie pobiły.
Ale wnet przestali o tym deliberować, gdyż żniwa były
za pasem, dnie szły wybrane, suche i upalne, po
wzgórkach żyta jakby się prosiły o kosy, a jęczmiona
już dochodziły, to co dnia ktosik wychodził
penetrować pola, zaś bogatsze już się oglądali za
najemnikiem.
Zaś na pierwszego ruszył organista, wywiódłszy do
żniwa kilkanaście kobiet, stanęła do sierpa nawet
sama organiścina, wzięły żąć i córki, a stary
miał nad wszystkim czuwające oko. Jasio przyleciał
dopiero po mszy i niedługo się cieszył żniwami, bo
skoro jeno podniesła się przypołudniowa spieka,
wypędziła go matka, żeby se głowy nie przepalił na
słońcu.
- Poszuka se cienia u Jagusi, w to mu graj - warknęła
za nim Kozłowa.
W domu jednak było mu gorąco, nudnie i muchy tak
cięły zapamiętale, że wybrał się na wieś i
przechodząc koło Kłębów dosłyszał jakieś
przyduszone jęki, rozchodzące się z wywartej na
rozcież chałupy.
Jagata leżała w sieniach pod progiem, w
izbie było pusto, cały bowiem dom poszedł do żniwa.
Przeniósł ją do izby, położył na łóżko, napoił
i tak cucił, jaże przyszła nieco do siebie i
otworzyła załzawione oczy.
- Dyć już kończę, paniczku - uśmiechnęła się kiej
rozbudzone dziecko.
Chciał zaraz bieżyć po księdza, przytrzymała go za
sutannę.
- Panienka mi dzisia rzekła: ?Gotuj się na jutro,
duszo umęczona!" Mam czas jeszcze, paniczku!
Jutro... dzięki ci, Boże miłosierny, dzięki! -
jąkała coraz słabiej, prześmiech zatlił się na jej
wargach, złożyła ręce i zapatrzona kajś, w jakoweś
dalekości, zapadła jakby w głęboką duszną
modlitwę, a Jasio, rozumiejąc, co już zaczęło się
konanie, poleciał zwoływać Kłębów.
Zajrzał do niej dopiero po południu, leżała w
łóżku całkiem przytomna, skrzynka stała przy niej na
ławie, wyjmowała z niej stygnącymi rękami wszystko,
co se była nagotowała na tę porę ostatnią; czystą
płachtę pod siebie i świeże obleczenie na pościele,
wodę święconą, całkiem jeszcze dobre kropidło i
spory kawał gromnicy, i obrazek Częstochowskiej do
ręki, í nową koszulę, suty wełniak, czepek bujnie
ururkowany nad czołem, wraz z chustą do zawiązania, i
zupełnie nowe trzewiki, wszyćko śmiertelne wiano,
użebrane przez całe życie, rozłożyła koło siebie,
ciesząc się każdą rzeczą i chwaląc przed kobietami,
zaś czepek nawet przymierzyła i przejrzawszy się w
lusterku szepnęła wielce szczęśliwa:
- Będzie galancie, na sielną gospodynię patrzę.
Przykazała, bych ją w te skarby przystroili jutro,
zaraz od samego rana.
Juści, co nikto się jej nie sprzeciwił, chodzili kole
niej na palcach, umilając jej te ostatnie chwile, jak
jeno poredzili.
Jasio przesiedział przy niej do zmierzchu czytając w
głos modlitwy, powtarzała a nim, zasypiając co chwila
z jakimś leciuśkim pośmiechem.
A gdy zasiadali do wieczerzy, zapragnęła jajecznicy,
juści, że jeno dziobnęła raz i drugi, odsuwając
jadło od razu, i już cały wieczór leżała cichuśko,
dopiero kiedy zabierali się do spania, przywołała
Tomka.
- Nie bój się, nie będę ci zawadzała długo, nie -
wyrzekła lękliwie.
Na drugi dzień z rana przybrali ją, jak
przykazała, położyli ją na Kłębowej łóżko, a na
jej własnej pościeli, sama pilnowała, żeby wszystko
było jak się patrzy, sama strzepywała drżąc chudą
pierzynę, sama nalała wody święconej na talerz i
położyła na nim kropidło, a spenetrowawszy, że już
jest, jak być powinno w taką godzinę u gospodarzy,
poprosiła o księdza.
Przyszedł z Panem Jezusem, przygotował ją na tę
drogę ostatnią i zalecił Jasiowi pozostać do końca,
że to jemu samemu gdziesik się śpieszyło.
Jasio zasiadł przy niej i czytał se po cichu z
brewiarza, Kłębowie też ostali w domu, a wkrótce
przyleciała Jagusia, przywarowawszy kajś w kącie
cichuśko niby trusia. W izbie jeno muchy brzęczały,
gdyż ludzie snuli się bez głosu jak cienie, trwożnie
jeno spozierając na Jagatę...Leżała z różańcem w
ręku, jeszcze całkiem przytomnie żegnając się z
każdym, kto ino zajrzał do chałupy, zaś poniektórym
dzieciom, cisnącym się w sieniach i pod oknem,
rozdawała po parę groszy:
- Naści, a zmów paciorek za Jagatę! - szeptała z
lubością.
A potem już całe godziny nie odzywała się do nikogo.
I leżała se godnie, po gospodarsku, na łóżku i pod
obrazami, jak se była roiła przez całe życie.
Leżała pełna cichej dumy i nieopowiedzianej
szczęśliwości, radosne łzy siwiły się w jej oczach.
Poruchiwała cosik wargami, błogo uśmiechnięta i
zapatrzona przez okno w niebo głębokie, w pola
nieobjęte, gdzie już kaj niekaj błyskały z brzękiem
kosy i kładły się źrałe, ciężkie żyta, w jakieś
dale, widne jeno jej duszy zamierającej.
Ale w jakiejś minucie, gdy dzień miał się już ku
schyłkowi, a izbę zalały czerwone zorze zachodu,
wstrząsnęła się gwałtownie, usiadła i
wyciągnąwszy ręce zawołała mocnym, a jakoby cudzym
głosem:
- Pora już na mnie, pora.
I padła wznak.
W izbie zrobiło się straszno, buchnęły płacze,
poprzyklękali kole łóżka, Jasio jął czytać
modlitwę za konających, Kłębowa zapaliła gromnicę,
umierająca powtarzała za Jasiem, ale coraz słabiej,
coraz ciszej, coraz bełkotliwiej, oczy jej gasły niby
ten dzień letni znojami utrudzony, twarz grążyła się
w tuman wiecznego zmierzchu, wypuściła gromnicę i
skonała.
I pomarła se ta dziadówka kieby najpierwsza
we wsi, a Jambroż, któren akuratnie zdążył na sam
koniec, zawarł jej oczy, sam Jasio zmówił za nią
gorący pacierz i cała wieś przychodziła się modlić
przy jej zwłokach, poplakać a zazdrośnie się
dziwować szczęśliwej śmierci i lekkiemu skonaniu.
Tylko Jasia, skoro zajrzał w jej martwe oczy i w tę
stężałą na grudę twarz, poradloną pazurami
śmierci, zatrząsł taki strach, że uciekł do domu,
rzucił się na łóżko, wcisnął głowę w poduszki i
zapłakał.
Poleciała wnet za nim Jagusia i chociaż sama była
pełna przerażenia i żałości, jęła go uspokajać i
obcierać mu twarz zapłakaną. Przytulił się do niej
kieby do matki, kładł rozbolałą głowę na jej
piersiach, obejmował ją zaszyję, i jaże się
zanosząc szlochaniem, skarżył się rzewliwie:
- Boże mój, jakie to straszne, jakie to okropne!...
Weszła na to organiścina, zobaczyła i srogi gniew nią
zatargał.
- Co się tu dzieje! - postąpiła na środek izby i
zasyczała, ledwie się już hamując:
- Widzisz ją, jaka mi czuła opiekunka, szkoda tylko,
że Jasio już niańki nie potrzebuje i sam sobie poradzi
nos obetrzeć!
Jagusia podniesła na nią zapłakane oczy i dygocąc w
zalęknieniu, jęła rozpowiadać o śmierci starej,
Jasio też rzucił się skwapnie, tłumacząc matce, co
mu się to przygodziło, ale organiścina, snadź już
dobrze przódzi podbechtana przez kumy, wywarła na niego
gębę:
- Głupiś jak cielę! Nie odzywaj się lepiej, byś i ty
czego nie oberwał!
Skoczyła naraz do drzwi, wywarła je na rozcież i
zawrzeszczała do Jagusi:
- A ty się wynoś, i żeby tutaj nie postała więcej
twoja noga, bo cię wyszczuję!
- Cóżem to winowata, co? - jąkała, zgoła już
nieprzytomna ze wstydu i boleści.
- Poszła precz i w tej minucie, bo każę psy
pospuszczać! Już ja nie będę płakała przez ciebie,
jak Hanka albo wójtowa! Ja cię nauczę jamorów, małpo
jedna, już ty mnie popamiętasz, tłumoku! - darła się
na cały głos.
Jagusia buchnęła płaczem, wypadła przed dom i
pognała w cały świat.
A Jasio stanął jakby rażony piorunem.
|