Na drogach
było pusto i ciemno, w chałupach gasły światła i
przechodzili już ostatni ludzie, jeno na kościelnym
placu stały gęstwą wozy z wyłożonymi końmi, że
tylko tupoty a parskania roznosiły się w mroku, a pod
dzwonnicą czerniały dworskie powozy.
Hanka jeszcze raz w kruchcie cosik pomajdrowała kiele
stanika i spuściwszy chustę na plecy, jęła się ostro
przepychać do przednich ławek.
Kościół już był jakby nabity, ściżbiony naród
kłębił się i wrzał niby woda, z poszumem pacierzy,
wzdychań, kaszlów a pozdrawiań, i kołysał się od
ściany do ściany, aż się od tego naporu kolebały
chorągwie w ławki pozatykane i te świerczaki, którymi
umaili ołtarze i ściany wszystkie.
Ledwie co się przepchała do swojego miejsca, kiej
proboszcz wyszedł z nabożeństwem, i wraz też jęły
się z gęstwy rwać głośne wzdychy i te ręce szeroko
rozwodzone. Klękali kornie cisnąc się coraz barzej,
że wnet cały naród był na kolanach, ramię przy
ramieniu, dusza przy duszy, jako to pole nasadzone
głowami, że ino w tym rozkołysanym ździebko,
człowieczym łanie oczy się mrowiły, połyskliwie kiej
motyle niesąc się ku ołtarzowi wielkiemu, na figurę
Jezusa zmartwychwstałego, któren stojał nagi,
skrwawiony, ranami pokryty i w płaszcz czerwony jeno
przyodziany z chorągiewką w ręku.
Cichość z nagła objęła kościół, jakby tego
zwiesnowego przypołudnia, kiej to słońce przypiecze
pola, wiater ustanie i przygięte zboża se kłosami
gwarzą, a jeno gdziesik wysoko, pod niebem modrym,
skowronkowe pieśni słodko podzwaniają...
Rozmadlali się z wolna, że wargi się wszędy trzęsły
i pacierze ze wzdychaniami szemrały cichuśko a
rzęsiście kiej ten deszczyk trzepiący po liściach;
głowy pochylały się coraz niżej, czasem jęk wyrwał
się skądciś, to czyjeś rozmodlone ręce wychynęły
prosząco ku ołtarzowi albo i płacz zakwilił
pisklęcy, żałosny, z tej ciżby, co jak krze
przyziemne tuliła się trwożnie w cieniach naw
wyniosłych i mrocznych, niby bór odwieczny, bo chociaż
na ołtarzach gorzały światła, gęsty mrok zalegał
kościół, że to oknami a głównie przez wielkie drzwi
wywarte noc się cisnęła czarna i zaglądał blady
sierp księżyca zza chmur.
Jeno Hanka nie mogła się przyłożyć do pacierza,
trzęsła się w sobie tak zalękniona, jakby to jeszcze
tam była, w komorze ojcowej.
Dreszcz ją przejmował, czuła na rękach sypkie zimno
zboża i raz po raz ściskała ramiona, aby poczuć
między piersiami wtulony węzełek.
Tak ją roztrzęsła radość i strach jakiś zarazem,
że często różaniec wysuwał się z palców,
zapominała słów modlitwy wodząc rozpalonymi oczyma po
ludziach, a nie dostrzegając nikogo, choć pobok
siedziała Józka, Jaguś z matką i drugie.
W ławkach stojących z boku ołtarza modliły się na
książkach dziedziczki z Rudki, z Modlicy i
dziedzicówny z Wólki, a dziedzice stojały we drzwiach
zakrystii, poredzając cosik; na stopniach ołtarza
stojała z daleka młynarzowa i organiścina, sielnie
wystrojone. Zasie przed kratą, tam, kaj było miejsce la
najpierwszych gospodarzy lipeckich, które zawżdy
stróżę trzymali w czas nabożeństwa, baldach nosili
nad dobrodziejem i pod ręce go wiedli na procesjach,
klęczały teraz gęstą ławą chłopy z drugich wsi,
że ledwie było można dojrzeć między nimi wójta,
sołtysa i ten czerwony łeb kowalowy.
Niejedne kobiece oczy się tam niesły wypatrując
tęskliwie swoich... ale na darmo: były tam chłopy z
Dębicy, z Woli, z Rzepek, z całej parafii, jeno
lipeckich nie dojrzał, jeno tych najpierwszych dzisia
nie stało. Zatrzepotały się też dusze kobiece kiej
ptaki spłoszone, że niejedna głowa z płaczem do ziemi
przywarła, niejeden jęk żałosny rwał się z gęstwy,
a bolesne przypominki sieroctwa żywym ogniem zapiekły.
Jakże, największe święta w całym roku, Wielkanoc, i
tyla obcego narodu się zebrało, a na wszystkich
twarzach choć ździebko przychudłych z postu, radość
się rozlewa, puszą się ano, paradują strojami,
rozpierają w kościele kieby dziedzice, toczą hardo
oczyma, zajmują pierwsze miejsca, a tamte, lipeckie
mizeraki, cóż teraz czynią, co? W ciemnicach ano o
głodzie i chłodzie krzywdę gorzką gryzą i żalem
się pasą, i tęsknicą...
La wszystkiego stworzenia dzień radości nastaje, jeno
nie dla nich... chudziaków pokrzywdzonych... Wszystkie
społem do chałup powrócą radośnie zażywać świąt,
odpoczynku, jadła, zwiesnowego słońca, przyjacielskich
ugwarzeń, jak Pan Bóg przykazał, jeno nie te
opuszczone lipeckie sieroty...
Same rozbolałe, chyłkiem rozejdą się do pustych
domów i ze łzami przegryzać będą ten placek
świąteczny, a z tęsknicą i turbacjami społem do
snów legną...
Jezus mój, Jezu! rwały się żalne, przyduszone skowyty
dokoła Hanki, aż przecknęła dojrzawszy naraz znajome
twarze i oczy łzami przeszklone... Nawet Jaguś
zwiesiła głowę nad książką i na białe karty lała
ciężkimi łzami, aż ją matka szturchaniem
przywodziła do opamiętania, hale! poredziła się
utulić, kiej właśnie Antek jawił się w pamięci tak
żywo, że jak wtedy w Boże Narodzenie słyszała głos
jego gorący i zdało się jej, iż wpodle klęczy
cisnąc głowę do jej kolan... to żal ją ścisnął za
serce i same łzy się polały z nagłej tęskności...
Szczęściem, co dobrodziej w tę porę rozpoczynał
kazanie i rumor się czynił w kościele, gdyż
powstawali z klęczek, cisnąc się jeszcze barzej ku
ambonie i zadzierając głowy w górę, ku księdzu,
któren o Męce Pańskiej powiadał i o tym, jak go to
paskudne Żydowiny ukrzyżowały, że to świat
przyszedł zbawić, że sprawiedliwość chciał dawać
pokrzywdzonym, że za biedotą się upominał. Tak
rzewliwie owe krzywdy Pańskie na oczy przywodził, jaże
się gorąco robiło i niejedna pięść chłopska
zwierała się na odemstę, a babi naród w głos
szlochał czyniąc sprawę wedle nosów.
Długo nauczał wykładając wszystko dokumentnie, jaże
kajś niekaj oczy kleiły się śpikiem, a po kątach
już na dobre drzemali, ale pod koniec zwrócił się
prosto do narodu i wychylony z ambony, jął sielnie
wytrząchać pięściami a krzyczeć, jako co dnia, co
godzina i na każdym miejscu Jezus umęczon jest przez
grzechy nasze, zabit przez złoście, bezbożności a
nieposłuszeństwo prawom boskim, jako każden człowiek
krzyżuje Go w sobie, nie pomnąc na Jego rany ni krew
świętą, wylaną dla naszego zbawienia!
Ryknął ci na to cały naród i płacze, szlochania kiej
wicher rozniesły się jękiem wstrząsającym po
kościele, aż przestał mówić. Dopiero kiej
przycichli, zaczął znowu, ale już radośnie i
krzepiąco, o Zmartwychwstaniu Pańskim powiadać. O onej
zwieśnie, jaką Pan w dobroci swojej czyni co rok
człowiekowi grzesznemu i czynić będzie aż do owej
pory, kiej Jezus powróci znowuj na świat, by sądzić
żywe i pomarłe, by harde poniżać, grzeszne w ogień
piekielny na wiek wieków spychać, a sprawiedliwe po
prawice swojej sadzać w chwale wiekuistej! Jako
przyjdzie ten czas, iże wszelka niesprawiedliwość
ustanie, wszelka krzywda weźmie zapłatę, a płakania
cierpiących ustaną i zło panować nie będzie...
I tak gorąco to mówił, tak poczciwie, że każde
słowo kiej słodkość lało się w serca i kieby
słońce rozpalało w duszach, że dziwna błogość
przejmowała wszystkich, jeno lipeckie ludzie zatrzęsły
się z żalu i przypomnienia krzywd tak boleśnie
ścisnęły dusze, jaże ryknęli wraz z płaczem,
krzykiem, szlochaniem i walili się krzyżem na
podłogę, tym jękiem żalnym, tym skrzybotem serdecznym
wołając o zmiłowanie i poratunek...
Zakotłowało się w kościele, płacz się podniósł
powszechny i krzyki, ale wnet pomiarkowali drudzy i jęli
podnosić lipeckie kobiety, usadzać je a krzepić
dobrymi słowy, a dobrodziej poczciwy ocierając łzy
rękawem wołał, że Pan Jezus doświadcza tych,
których miłuje, iż chociaż zawinili, kara rychło
się skończy, bych jeno dufali w miłosierdzie Pańskie,
a lada dzień powrócą wszystkie chłopy...
Uspokoili się po tych słowach, ulżyło im galanto i
dufnuść wstąpiła w serca.
A gdy wnet potem ksiądz zaintonował u ołtarza pieśń
Zmartwychwstania, kiej organy wtórem huknęły z całej
mocy, kiej dzwony zaśpiewały na cały świat, a
dobrodziej z Przenajświętszym Sakramentem jął
zstępować ku narodowi w sinym obłoku kadzideł i
dzwonnej wrzawie, pieśń buchnęła ze wszystkich
gardzieli, zakolebała się ciżba, palący wicher
uniesienia osuszył łzy i porwał dusze, iż naraz
społem, kiej ten bór człowieczy, rozchwiany i
śpiewający jednym, ogromnym głosem, ruszył procesją
za proboszczem, któren monstrancję dzierżył przed
sobą, że jakoby słońce złociste, słońce
promieniejące rozgorzało nad głowami, płynąc z wolna
skroś gęstwy nieprzeliczonej, wskroś świateł
jarzących, w kadzielnych dymach ledwie dojrzane,
śpiewaniami opowite i przez oczy wszystkiego narodu, i
przez serca wszystkie z miłością niesione...
Obchodzili kościół we środku a wolniuśko, noga za
nogą, cisnąc się w strasznej ciasnocie i śpiewając z
całej mocy, a organy wciąż grały, a dzwony
bezustannie biły...
Alleluja! Alleluja! Alleluja! Huczał kościół, aż
mury się trzęsły, śpiewały serca wszystkie i
gardziele, a te głosy płomienne i ogniem nabrzmiałe
niby żar-ptaki rwały się z krzykiem wesela ogromnym,
kołowały pod sklepieniami, kiejby poślepłe w upale, i
w noc wiośnianą płynęły, na słońca się gdziesik
niesły, we wszystek świat, kaj jeno uniesieniem dusze
człowiecze sięgają...
Prawie przed północkiem skończyło się nabożeństwo
i ludzie jęli się śpieszno na świat wywalać. Tylko
Hanka ostała jeszcze, bo się tak rozmodliła gorąco,
tak ją ano słowa księże przejęły otuchą, a te
śpiewy radosne, nabożeństwo i pamięć tego, czego to
dzisiaj dopięła, tak ją ukrzepiły, iże całą
radość składała pod Jezusowe nogi, zapomniawszy w
pacierzu o całym świecie. Dopiero Jambroży brząkaniem
kluczów przyniewolił ją do wyjścia z pustego już
kościoła.
Że nawet i ten strach o Antka, któren od tyla czasu
żył w niej i skowyczał za leda powodem, jakby w niej
pomarł nagle, tak bardzo poczuła się spokojna i dufna
w sobie.
Rozglądała się za swoimi posuwając się wolno ku
domowi, gdyż wozy toczyły się nieprzerwanym
łańcuchem i ludzie szli całymi kupami bokiem drogi,
ledwie dojrzanej, bo księżyc już zaszedł i ciemno
było na świecie, bure chmurzyska ciągnęły górą, co
trocha przesłaniając te granatowe pola nieba, kaj się
jarzyły gwiazdy dalekie.
Noc szła ciepła, cicha i od ros obfitych wilgotnawa, z
pól pociągał mięciuchny wiaterek, przejęty
surowizną ziemic i mokradeł, a po drogach roznosiły
się miodne zapachy topoli i brzózek. Ludzie mrowili
się w cieniach wsi, że ino kajś niekaj zamajaczyły
głowy na jaśni powietrza nieprzysłonionego; wszędy
rozlegały się kroki a głosy, pieski też zajadlej
docierały z opłotków, a po chałupach tu i owdzie
rozbłyskiwały światła.
Hanka, opatrzywszy po drodze stajnie i obory, poszła do
chałupy. Już się tam kładli spać.
- Niech jeno wróci a gospodarzy, to ni słówkiem mu
przypomnę przeszłe. - Postanawiała rozdziewając się
do snu. - A jeżeli znowuj się z nią sprzęgnie? -
pomyślała naraz, dosłyszawszy Jagusię wracającą na
swoją stronę.
Legła w pościel, nasłuchując czas jakiś. Na wsi
było cicho, jeno z dróg dalekich trzęsły się
ostatnie turkoty wozów i głosy zamierające w pustych
oddalach.
- Boga by nie było ni sprawiedliwości na świecie!-
szepnęła groźnie, ale zbrakło jej sił do
rozmyślań, bo śpik ją zaraz z miejsca zmorzył.
Nazajutrz bardzo późno obudziły się Lipce.
Dzień się już rozwierał kiej to modre oko, jeszczech
bielmem śpiku zasnute, ale już widne do cna i
połyskujące, a wieś spała w najlepsze.
Nie kwapili się zrywać z barłogów, choć dzień ci to
szedł Pańskiego Zmartwychwstania. Słońce wyniesło
się zarno od wschodu i zagrało w stawach a rosach, i
płynęło po bladym, wysokim niebie, jakby śpiewając
wszemu światu ciepłem a światłością: Alleluja!
Niesło się ogromne i płomienne wskroś mgieł
przyziemnych; wskroś sadów i chałup, i pól, że ptaki
zaśpiewały radośnie, wody dzwoniły weselnym
bełkotem, bory zaszumiały, wiater powiał, zatrzęsły
się młode liście, a ziemia zadrgała, że gęste runie
zbóż zakolebały się cichuśko i rosy kiej łzy
posypały się na ziemię.
Hej! wesoły dzień nastał! Chrystus nam
zmartwychwstał! Alleluja!
Zmartwychwstał On, umęczon i lutą złością zabit!
Powstał ci znowu w żywe, z ciemności, z mrozów, z
pluch się wyniósł Najmilszy! Śmierci srogiej się
wydarł, zmógł niezmożone ku człowiekowemu
szczęściu i oto w ten czas wiośniany, w tę porę
rodną unosi się nad ziemiami, w tym słońcu
przenajświętszym utajony, i rozsiewa wokół wesele,
budzi omdlałe, ożywia martwe, wznosi przygięte,
jałowe zapładnia.
Alleluja! Alleluja! Alleluja!...
Tym ci to świat wszystek się rozlegał onego dnia
Pańskiego.
Jeno w Lipcach było ciszej i smutniej niźli po inne
roki w tę porę.
Zaspali galanto, bo już o dużym dniu, kiej słońce
wciągało się nad sady, dopiero ruch się czynił po
chałupach, skrzypiały wierzeje i rozczochrane głowy
wyglądały rozziewane na świat Boży, któren stojał w
słońcu, skowronkowymi świergotami dzwoniący i młodą
zielenią przytrząśnięty.
I u Borynów zaspali. Jedna Hanka, co się ździebko
poraniła, by obudzić Pietrka do szykowania konia i
bryki, sama zaś zajęła się przygotowaniem
święconego. Józka. tymczasem z niemałym piskiem
pucowała dzieci, sama się też we świąteczne szmaty
przyodziewając, a pod studnią na podwórzu Pietrek z
Witkiem domywali się do czysta; tylko stary Bylica
zabawiał się z pieskiem na ganku, często nosem
pociągając, czy już krają kiełbasy.
Wedle zwyczaju nie rozpalono ognia w kominie,
kontentując się zimnym święconym. Właśnie je była
Hanka przynosiła z ojcowej izby, rozdzielając po
talerzach, że każdemu po równo wypadło po kawale
kiełbasy, szynki, sera, chleba, jajek i placka
słodkiego.
Dopiero kiej się i sama ogarnęła, zwołała wszystkich
do jadła i nawet poszła po Jagusię; przyszła ci zaraz
sielnie zestrojona i tak piękna, że kiejby zorza się
widziała, a modre oczy niby gwiazdy jarzyły się spod
lnowych, gładko przyczesanych włosów. Ale wszyscy
zarówno byli w szmatach świątecznych, że ino grały w
oczach wełniaki i gorsety, a i Witek, choć boso, w
nowym był spencerku ze świecącymi guzikami, co je był
uprosił od Pietrka, któren dzisiaj wystąpił w
całkiem nowej przyodziewie: w granatowym żupanie i
portkach pasiastych żółtozielonych, wygolił się do
czysta, włosy obciął, jak drugie, równo nad czołem i
koszulę na czerwoną wstążkę zawiązał, że skoro
wszedł, zdumieli się przemianą, a Józka jaże w ręce
zaklaskała:
- Pietrek ci to? a to by cię rodzona nie poznali!
- Burkową skórę zrzucił i parobek kiej świeca -
zauważył Bylica.
Prześmiechnął się ino parob tocząc oczyma za
Jagusią a robiąc grdyką, gdyż Hanka, przeżegnawszy
się, przepijała gorzałką do każdego i niewoliła
zasiadać do stołu. Zajęli ławki, że nawet Witek,
choć nieśmiało, przysiadł na kraju.
I pojadali z wolna, w cichości smakując święconego,
że to bez tyle tygodni niezgorzej się wypościli.
Kiełbasy czujne były, czosnkiem dobrze przyprawione,
gdyż po izbie rozniesły się zapachy, jaże psy się
wierciły między ludźmi skamlając żałośnie.
Nikto się nie ozwał, poki pierwszego głodu nie
zapchali tęgo pracując, że ino w onej uroczystej
cichości spożywania glamania się rozchodziły,
przysapki a bulgoty gorzałki, bo Hanka nie żałowała
nikomu, sama jeszcze przyniewalając do picia.
- Rychło to pojedziem? - ozwał się pierwszy Pietrek.
- Zaraz choćby, po śniadaniu.
- Jagustynka chciała się z wami zabrać do miasta -
wtrąciła Józka.
- Przyjdzie na czas, to pojedzie, czekać nie będę.
- Obroków to wziąć?
- Na jeden popas, wieczorem wrócimy.
I znowuj jedli, aż niejednemu ślepie wyłaziły z onej
lubości, twarze czerwieniały i sytność rozpierała
serca gorącem i głęboką radością. Wolniuśko
pojedali nadziewając się z rozmysłem, by jak
najwięcej zmieścić i jak najdłużej czuć w gębie
smakowitości. Dopiero kiej Hanka się podniesła,
wzięli się też dźwigać od mich z dobrą już wagą w
kałdunach, a Pietrek z Witkiem, czego byli nie dojedli,
do stajni ponieśli z sobą.
- Szykujże zaraz konie! - zarządziła Hanka i
przyrychtowawszy la męża toboł święconego, co go
ledwie uniesła, odziewać się jęła do drogi.
Już ano konie czekały przed chałupą, kiej wpadła
zadyszana Jagustynka.
- Mało co nie czekałam na waju!...
- Toście już po święconym? - westchnęła żałośnie
pociągając nosem.
- Znajdzie się jeszcze la was, siadajcie, przegryźcie
coniebądź...
Juści, nie potrza było wygłodzonej biedoty
przyniewalać, przypięła się do jadła kiej wilk i
zmiatała, co ino było na podorędziu.
- Pan Jezus wiedział, na co świńtucha stworzył!-
szepnęła, podjadłszy nieco. - Jeno to dziwna, że
choć mu za życia w błocie legać pozwalają, to po
śmierci radzi go w gorzałce moczą! - prześmiewała po
swojemu.
- Pijcie na zdrowie a prędko, bo czas nagli.
I może w pacierz pojechały. Hanka już z bryki
nakazywała Józce, by nie zapominała o ojcu, tak że
dziewczyna zaraz nadrobiła różności na talerz i
poniesła. Nie ozwał się na jej zagadywania ni nawet
spojrzał na nią, ale co mu wetknęła w zęby, zjadł
chciwie, patrząc wciąż martwym wzrokiem jak zawdy.
Może by nawet i więcej pojadł, ale Józce się
przykrzyło i poleciała na dwór patrzeć, jak prawie z
każdej chałupy wyjeżdżały lub wychodziły kobiety z
tobołkami, że kilkanaście wozów toczyło się do
miasta i nad rowami ciągnęły rzędem kobiety, czerwono
przyodziane, z węzełkami na plecach.
A kiej się rozwiały ostatnie turkoty, padła na wieś
dziwnie smutna cichość i pustka; dzień się powlókł
wolno, głuche milczenie zaległo drogi, ni gwarów
zwyczajnych w taką porę, ni śpiewań, ni ludzi, tyle
jeno, co tam nieco dzieci uwijało się nad stawem
śmigając kamieniami na gęsi.
Słońce szło w górę, jasnością zalewając świat,
ciepło się podnosiło, że już muchy brzęczały po
szybach, jaskółki zapamiętale chlustały wskroś
przejrzystego powietrza, staw mienił się w ogniach,
drzewa zaś, kiejby spławione w zieleni, polśniewały
świeżyzną rozlewając miodne zapachy; z pól
ogromnych, opłyniętych niebieskością, bił niekiedy
chłodnawy, ziemią przejęty ciąg i skowronkowe
śpiewania; wszystek świat tchnął zwiesnową cichą
lubością, a od wsi, ledwie widnych w dalekościach,
słoneczną pożogą przemglonych, niesły się czasami
jędrne krzykania i huki pistoletowych strzelań!
Jeno w Lipcach było pusto i żałobnie kiejby po
pogrzebie, tyle co wypuszczone do picia bydło łaziło,
kiej chciało, cochając się o drzewa i porykując ku
polom zieleniejącym. Pustką zarówno stojały opłotki,
jak i? sienie powywierane, jeno miejscami na słonecznej
stronie wygrzewali się pod białymi ścianami, gdzie
zaś dziewczyny czesały się w oknach otwartych, a
staruchy rozsiadłe na progach przeiskiwały dzieci.
I tak oto przechodziły godziny cichości sennej i
smutnej, niekiej wiater zatrząsł drzewinami, że
poszumiały cichuśko ważąc się ku chatom i lękliwie
jakby poglądając w puste izby, to wróble stado z
wrzaskiem przenosiło się z sadu na drogę albo
zaszarpały się krótkie krzyki dzieci, odganiających
wrony od kurczątków.
Mój Jezu, nie tak było przódzi w ten dzień, nie
tak!...
Słońce się już wspinało ku południowi, nad kominy,
kiej Rocho przylazł do Borynów, zajrzał do chorego,
pogadał z dziećmi i zasiadł w ganku na słońcu.
Poczytywał cosik na książce i bacznie wodził oczyma
po drogach. A wkrótce nadeszła kowalowa z dziećmi i
odwiedziwszy ojca, przysiadła na przyźbie.
- Wasz w domu? - zapytał Rocho po długiej chwili.
- Gdzie zaś!... do miasta zabrał się z wójtem.
- Cała wieś tam dzisiaj.
- Juści, pocieszą się nieco święconym, chudziaki.
- Wyście to z matką nie pojechali? - pytał Jagny
wychodzącej.
- A cóż tam po mnie! - wyszła w opłotki spoglądając
tęsknie na pola.
- Nowy wełniak ma dzisiaj! - szepnęła z westchnieniem
Magda.
- Po matuli, nie poznajecie go to, co? A i korale
wszystkie zawiesiła, i bursztyny te wielgachne też po
matusi!- pouczała ją Józka żałośnie. - Jeno
chustkę na głowie ma swoją...
- Prawda, tylachna szmat ostało po nieboszczkach, to
nama ich tknąć nie pozwolili, a jej wszystko oddał, i
paraduje se teraz...
- Hale, jeszczech kiejś wyrzekała przed Nastką, co są
zleżałe i śmierdzą
- Żeby jej tak zapachnęło to łajno diabelskie!
- Niech jeno ociec ozdrowieją, zarno upomnę się o
korale, pięć sznurków ostało długich kiej bicze i
jak groch największy!
Magda się już nie odezwała; westchnąwszy ciężko
zaczęła iskać najmłodsze dziecko. Józka się też
zaraz poniesła na wieś, Witek pod stajnią majstrował
jeszcze cosik kiele kogutka, dzieci zaś baraszkowały
razem z pieskami przed gankiem, pod okiem Bylicy, któren
czuwał nad nimi kiej kokosz, a Rocho jakby ździebko
zadrzemał.
- Skończyliście polne roboty?
- Tyle jeno, że ziemniaki wsadzone i groch posiany.
- U drugich i tyla nie zrobione!
- Zdążą jeszcze; powiedali, co puszczą chłopów na
Przewody.
- Któż to taki wiedzący powiadał?
- A różni mówili w kościele! Kozłowa zbiera się
iść prosić dziedzica...
- Głupia, dziedzic to ich więzi czy co?
- Bych się wstawił, to może by puścili...
- Wstawiał się już nieraz i nie pomogło...
- Żeby ino chciał, ale nie chce przez złość la
Lipiec, mój powiada... - urwała nagle pochylając
zmieszaną twarz nad dziecińską głową, trzymaną
między kolanami, że Rocho na próżno czekał jakiegoś
słowa
- Kiedyż się tam Kozłowa wybiera? - pytał ciekawie.
- A zaraz po południu iść mają...
- Tyle wskórają, co się przelecą i powietrza innego
zachwycą.
Nie odrzekła, gdyż w opłotki skręcał z drogi pan
Jacek, dziedziców brat, o którym powiadali, że
głupawy był nieco, bo zawżdy ze skrzypkami się
nosił, na rozstajach pod figurami grywał i tylko z
chłopami przestawał. Szedł przygięty ze skrzypicą
pod pachą, z fajeczką w zębach, chudy, wysoki, z
żółtą bródką i rozbieganymi oczyma. Rocho wyszedł
naprzeciw. Musieli się znać, bo poszli razem nad staw i
długo tam siedzieli na kamieniach, cosik cicho
poredzając, że już dawno przedzwonili południe, kiej
się rozeszli. Rocho wrócił na ganek, ale był jakiś
osowiały i markotno patrzał.
- Schuchrało się panisko, że ledwiem go poznał! -
ozwał się Bylica.
- Znaliście go? - ściszył głos oglądając się na
kowalową.
- Jakżeby... Niemało dokazywał za młodu, niemało...
Kat ci był la dzieuch... we Woli ni jednej nie
przepuścił... dobrze baczę, w jakie to cuganty
jeździł... jak se używał... baczę... - pojękiwał
stary.
- Wziął za to ciężką pokutę, ciężką! Toście i
najstarsi we wsi, co? Jambroży musi być starszy, bo jak
ino baczę, on zawdy był stary.
- Sam rozpowiada, co śmierć o nim zapomniała! -
wtrąciła kowalowa.
- Kostucha ta o nikim nie zabaczy, jeno tego ostawia se,
by lepiej skruszał, bo kwardy, juści... wycygania się,
jak może... juści... - jąkał cicho.
Zamilkli na długo.
- Baczę, kiej to w Lipcach wszystkiego piętnastu
gospodarzy siedziało - zaczął znowu Bylica
wyciągając nieśmiało palce ku tabace Rochowej.
- A teraz siedzi czterdziestu! - podsunął mu
tabakierkę.
- I nowe już czekają na działy, urodzi rok czy nie, a
naród zawsze jednako plonuje, juści... a ziemi nie
przybywa... jeszcze niecoś lat, a zbraknie la
wszystkich... - Kichał rzęsiście.
- A bo to już dzisiaj we wsi nie ciasno! - rzekła
kowalowa.
- Prawda, a kiej się chłopaki pożenią, to już la ich
dzieci nie ostanie i po morgu, juści...
- To we świat iść muszą! - zauważył Rocho.
- Z czym to pójdą? z gołymi pazurami ten wiater
zagrabiać?
- A Niemcy ano na Słupi wykupiły dziedzica i teraz się
stawiają... po dwie włóki na osadę - mówił Rocho
dość smutnie.
- Juści... powiadali o tym... hale Niemcy naród inszy,
uczony i zasobny, handlują wespół z Żydami, a
krzywdą ludzką se pomagają... a niechby tak po
chłopsku z gołymi palicami chytały się ziemie, to by
i trzech siewów nie przetrzymały... i co do jednego
wykupiły... W Lipcach ciasno, duszą się ludzie, a
tamten ma tylachna pola, że ugorem prawie leży... -
wskazał dworskie ziemie za młynem, wzgórzem pod las
biegnące, kaj czerniały łubinowe stogi:
- Na Podlesiu?
- Rychtyk przyległe do naszych, w sam raz do wykupna, ze
trzydzieści gospodarstw tam by wymierzył, juści... ze
trzydzieści... ale bo to dziedzic przeda, kiej mu
pieniędzy nie potrza?... bogacz taki...
- Hale! bogacz, a kręci się za groszem kiej piskorz za
błotem, że już od chłopów pożycza i kaj ino może.
Żydy go przyduszają o swoje, co na las dały, podatki
winien, dworskim nie płaci, jeszczek ordynarii na Nowy
Rok należnej nie dostały, wszędzie winien, a skąd to
weźmie oddać, kiej boru zabronił urząd ciąć, póki
się z chłopami nie ugodzi? Nie wysiedzi on długo na
Woli, nie! Powiadali, co się już za kupcami ogląda...
- rozgadała się niespodzianie kowalowa, ale kiej Rocho
chciał ją więcej pociągnąć za język, zacięła
się jakoś i zbywszy go bele czym, dzieci zwołała i do
dom poszła.
- Sporo musi wiedzieć od swojego, jeno się boja
popuścić... Juści, że przyległe ziemie rodne, łąki
dwukośne, juści... - rozmyślał głośno stary,
wpatrzony w podleskie pola, kaj widać było za stogami
dachy zabudowań folwarcznych, jeno że Rocho nie
słuchał, bo dojrzawszy Kozłową stojącą nad stawem z
kobietami, poszedł do nich prędko.
- Hi... hi... zmogły dziedzica... Mój Jezu, a
pożywiłybv się chłopy niezgorzej... Juści... druga
wieś by stanęła, rąk nie zbraknie ni głodnych na
ziemie... juści... - rozmarzył się Bylica dyrdając za
dziećmi, bo jaże na drogę się wytoczyły.
Na nieszpory zaczęli dzwonić.
Słońce się już przetaczało ku borom i drzewa
poczęły kłaść długie cienie na drogi i staw, a
przedwieczorna cichość tak przywalała świat, że
słychać było dalekie jeszcze dudnienie wozów, krzyki
ptactwa na ogorzeliskach i ciche, przejmujące granie
organów w kościele.
Że zaś powracały już niektóre z miasta, zaklekotały
od trepów wszystkie mostki, tak biegli nowin
posłuchać.
Zaś po nieszporach, o samym zachodzie, dobrodziej
pojechał drogą do Wólki. Jambroży powiedział, że do
dworu na bal, a zaraz po jego wyjeździe organisty z
całym domem walili w goście do młynarzów; Jasio
wiódł matkę sielnie zestrojoną i wesoło pozdrawiał
dzieuchy, wyzierające z opłotków.
Zmierzch się roztrząsał cichy po ziemiach, słońce
zaszło i zorze się rozlewały coraz szerzej, że z
pół nieba stanęło w krwawych ogniach, kieby tym
zarzewiem przysypane, wody się krwawo zatliły i szyby
rozgorzały, od miasta zaś coraz więcej nadjeżdżało
wozów i coraz rozgłośniej wrzały krzyki przed domami.
Hanki jeno nie było widać, ale mimo to przed chałupą
gwarno było i wesoło; dzieuch rówiesnych naszło się
do Józki, że kiej te szczygły świergotliwe obsiadły
przyźbę i ganek, zabawiając się prześmiechami z
Jaśkiem Przewrotnym, któren przyleciał za Nastusią,
choć go ta już całkiem odpędzała od siebie, na kogo
innego rachując. Józka ugaszczała je, jak ino mogła,
plackiem jajecznym a kiełbasą.
Nastusia rej wiedła, jako najstarsza i że to
najbardziej się przekpiwała z chłopaka, co to był
niezguła, a siarczystego parobka chciał udawać.
Stojał właśnie przed wszystkimi, w pasiastych
portkach, w nowym spencerku i w kapelusie na bakier,
ujął się pod boki, a ze śmiechem powiadał:
- Musita o mnie stoić, bom sam jeden parobek we wsi!
- Nie bój się, za krowami dyrdać ma kto jeszcze!
- Pokraka jedna, do skrobania ziemniaków sposobny!
- Dzieciom nosy obcierać! - wrzeszczały jedna przez
drugą, rozgłośnym śmiechem wybuchając, ale Jasiek
się nie stropił, strzyknął śliną przez zęby i
rzekł:
- O takie głupie skrzaty nie stoję!... Gęsi wama
paść jeszcze!
- Sam łoni za krowim ogonem tańcował, a tera parobka
udaje...
- I co dnia portki gubił, tak przed bykiem uciekał.
- Ożeń się z Magdą od Jankla, ta ci pasuje w sam raz.
- Żydowskie bachory niańczy, to i tobie nos będzie
umiała ucierać:
- Albo z Jagatą, to ją na odpusty poprowadzisz -
rzucały w niego szydliwie.
- A jakbym do której z wódką posłał, to by się do
Częstochowy ochfiarowała i wszystkie piątki suszyła z
radości! - odpowiedział.
- A pozwoli ci to matka, kiejś w chałupie potrzebny do
mycia garnków i macania kur! - zawołała Nastka.
- Bo się ozgniewam i pójdę do Marysi Balcerkówny!
- Idź, już tam Marysia czeka na cię z pomietłem albo
czymś gorszym...
- A niech cię jeno dojrzy, to zaraz pieski pospuszcza.
- I nie zgub czego po drodze! - śmiała się Nastuś
pociągając go ździebko za portki, bo miał wszystką
przyodziewę kiejby na wyrost.
- Po dziadku dodziera buciarów.
- Kamizelę ma ze wsypy, co ją to świnie podarły.
Leciały słowa kiej grad wraz ze śmiechem; śmiał się
zarówno i skoczył, by Nastkę wpół ująć, ale mu
któraś podstawiła nogę, że runął jak długi pod
ścianę, nie mogąc powstać, bo go wciąż popychały.
- Dajta mu spokój, jakże... - przyciszała Józka
pomagając mu wstać, bo choć niedojda, gospodarskim
był synem i jej powinowatym przez matkę.
A potem zabawiali się w ślepą babkę.
Jaśka na nią obrały i zawiązawszy mu oczy, ustawiły
go wprost ganku rozbiegając się naraz z krzykiem na
wsze strony kiej wróble. Pogonił za nimi z
rozczapierzonymi rękoma natykając się co trocha na
płoty i ściany; kierował się za śmiechami, ale
niełacno którą przychwycił, bo śmigały kole niego
kiej jaskółki, potrącając w przelocie, że
zatętniało przed chałupą, jakby to stado źrebaków
przeganiał po grudzi, a piski, wrzawa, śmiechy się
zatrzęsły, aż na całą wieś się rozlegało.
Mrok już gęstniał, zorze się dopalały i zabawa
trwała w najlepsze, kiej naraz w podwórzu buchnął
wrzask kurzy.
Józka poleciała tam w te pędy.
Witek stojał pod szopą chowając cosik za siebie, a
Gulbasiak przywarował za pługami, że mu ino łeb się
bielił.
- Nic, Józia... nic... - szeptał pomieszany.
- Kuręście dusili... pióra jeszcze ano lecą...
- Inom kogutowi trochę z ogona wyrwał, bo mi potrza la
mojego ptaka. Ale nie nasz kogut, nie, Józia! Gulbasiak
skądciś przyniósł... swojego...
- Pokaż! - rozkazała surowo.
Cisnął jej pod nogi na pół żywego ptaka, całkiem
oskubanego z piór.
- Pewnie, że nie nasz! - rzekła nie mogąc rozpoznać.-
Ale pokaż swojego cudaka.
Wyniósł na jaśnię już całkiem gotowego kogutka: z
drzewa był wystrugany i oblepiony ciastem, w które
powtykano piórek, że kiej żywy się widział, bo i
łeb z dziobem miał prawdziwego, na patyk nadziany.
Na desce se stojał czerwono ukraszonej, a tak zmyślnie
przyrychtowanej do maluśkiego wozika, że skoro Witek
zaruchał długim dyszelkiem, kogut jął tańcować i
skrzydła rozkładać, do tego zaś zapiał Gulbasiak,
jaże się kury z grzęd odezwały.
- Jezu, a tom póki życia takiego cudaka nie uwidziała!
- przykucnęła pobok.
- Dobry jest, co? Utrafiłem, Józia, co? - szeptał z
dumą.
- Sameś to wystroił? ze swojej głowy?
Dziw ją rozpierał.
- A sam! Jędrek mi jeno koguta żywego przyniósł... a
sam, Józia...
- Moiściewy, a to kiej żywy się rucha, choć z drewna.
Pokaż go dzieuchom!... dopiero to będą wydziwiać!...
Pokaż, Witek!
- Ni, jutro pójdziemy po dyngusie, to obaczą. Jeszcze
sztachetków brak kiele niego, żeby nie sfrunął.
- To opatrz krowy i do izby przychodź robić, widniej ci
będzie...
- Przyjdę, jeno jeszczech na wsi cosik sprawię...
Wróciła przed dom, ale dziewczyny już skończyły
zabawę i zaczęły się rozchodzić, bo noc się
robiła, światła zapalali po domach, gwiazdy się też
kajś niekaj pokazywały, a chłód wieczorny zaciągał
z pól.
Już wszystkie kobiety powróciły z miasta, a Hanka nie
nadjeżdżała.
Józka narządziła sutą wieczerzę: barszcz na
kiełbasie i ziemniaki tłusto omaszczone. Zaczęła ją
podawać na ławę, gdyż Rocho czekał, dzieci jeść
skamlały, a Jagna raz po raz zaglądała do izby, kiej
Witek wsunął się cichuśko i zaraz przykucnął przed
dymiącymi michami. Dziwnie był czerwony, mało jadł i
łyżką po zębach dzwonił, tak mu się ręce
trzęsły, a nie dojadłszy do końca, poleciał.
Złapała go Józka w podwórzu przed chlewem, jak
nabierał w połę świńskiego żarcia z cebratki, a
ostro nastawała: co mu się stało?
Wykręcał się, jak mógł, wycyganiał, ale w końcu
prawdę powiedział:
- A to odebrałem dobrodziejowi swojego boćka!
- Jezus, Maria, a nie dojrzał cię kto?
- Nie, dobrodziej pojechali, psy poszły żreć, a bociek
w ganku stojał! Maciuś to wypatrzył i przyleciał
powiedzieć! Kapotą Pietrkową go przydusiłem, by me
nie kujnął, i poniesłem do schowka. Ino pary z gęby
nie puść, moja złociuśka! Za parę niedziel
przywiedę go do chałupy, obaczysz, jak parodował na
ganku będzie, a nikto go przeciech nie rozpozna. Nie
wydaj me ino!
- Hale! kiej cię to z czym wydałam? Dziw mi jeno, żeś
to się ważył, Jezu!
- Swoje odebrałem. Pedziałem, co nie daruję, i
odebrałem... Po tom go pewnie łaskawił, żeby drugie
uciechę miały, juści!... - szepnął i poleciał
gdziesik w pole. Niezadługo się jawił z nawrotem i
zasiadł przed kominem wraz z dziećmi do wykończania
kogutka.
A w izbie zrobiło się jakoś sennie i smutno. Jaguś
poszła na swoją stronę, zaś Rocho siedział przed
domem razem z Bylicą, któren już żydy woził, tak go
śpik morzył.
- Idźcie do dom, bo tam na was czeka pan Jacek!-
szepnął mu Rocho.
- Na mnie czeka... pan Jacek... dyć lecę... na mnie?...
no... no - jąkał zdumiony, całkiem wytrzeźwiawszy, i
poszedł.
A Rocho na przyźbie ostał, pacierz szeptał, wpatrzony
w noc, w owe nieprzejrzane dalekości nieba, kaj się aż
trzęsło od gwiezdnych migotów, dołem zaś, nad
ziemiami wynosił się już srodze rogaty miesiąc i
bódł ciemności.
W chałupach światła gasły posobnie, kiej oczy snem
zwierane; milczenie, przejęte cichuśkim dygotaniem
listeczków i głuchym, dalekim bełkotem rzeczki,
rozlewało się dokoła. Tylko jeszcze u młynarzów
gorzały okna i zabawiali się do późna.
W izbie Borynów jui przycichło, spać wszyscy legli
gasząc światło, że ino koło garnków z wieczerzą
ustawionych w kominie żarzyły się węgle, a świerszcz
poskrzypiwał gdzieś w kącie, ale Rocho wciąż
siedział na dworze oczekując na Hankę, że dopiero
koło samego północka zadudniły kopyta na moście
koło młyna i wkrótce wtoczyła się bryka.
Hanka była dziwnie smutna i milcząca, że dopiero kiej
zjadła wieczerzę i parobek poszedł do stajni,
odważył się pytać:
- Widzieliście męża?
- Całe popołudnie z nim przesiedziałam! Zdrowy jest i
dobrej myśli... kazał was pozdrowić... I drugich
chłopów też widziałam... mają ich puścić, jeno
nikto nie wie kiedy... U tego, co ma na sądach Antka
bronić, też byłam... Nie mówiła tego, co jej
kamieniem zaciężyło na sercu, a jeno takie różności
drugie, Antka się nie tyczące, aż rozpłakała się
nagle, i choć przysłoniła twarz rękoma, łzy
pociekły przez palce.
- Przyjdę rano... odpocznijcie sobie: strząśliście
się mocno... by wam nie zaszkodziło.
- A niechbym już raz zdechła i więcej nie cierpiała!
- wybuchnęła.
Pokiwał głową i wyniósł się bez słowa, jeno przed
chałupą pieski cosik rozszczekane gniewnie przyciszał
do budy zapędzając.
Ale Hanka, choć się zarno do dzieci przyłożyła,
usnąć nie mogła mimo utrudzenia. Jakże!... toć Antek
ją przyjął kiej tego psa uprzykrzonego... Święcone
ze smakiem jadł, te kilkanaście złotych wziął, nie
pytając, skąd miała, i nawet się nie użalił nad jej
umęczeniem daleką drogą!...
Opowiadała mu, co i jak się robi w gospodarce - nie
pochwalił, a naprzeciw niejednemu ze złością
przyganiał... O całą wieś rozpytywał, a o dzieciach
ni wspomniał... Szła ku niemu z tym sercem wiernym i
kochającym, utęskniona wielce łask jego; żoną mu
przeciech ślubną była i matką jego dzieci, to jej
nawet nie przyhołubił, nie pocałował, nie zatroskał
się o jej zdrowie... Kiej obcy się widział i kiej na
obcą sobie spoglądał, nie bardzo słuchając jej
rozpowiadań, że już w końcu i mówić nie mogła,
żal ją dusił, łzy zalewały, to jeszcze krzyknął,
by mu z bekami nie przyjeżdżała! Jezus kochany, dziw,
że trupem nie padła... To za tę ciężką służbę
kole jego dobra, za pracę nad siły, za te cierpienia
wszyćkie - nic w zapłacie: ni jednego słowa łaski, ni
jednego słowa pociechy!
- Jezu, wejrzyj miłościwie, wspomóż, bo nie
zdzierżę! - jęczała cisnąc głowę w poduszki, bych
dzieci nie rozbudzić, a każda kostka w niej z osobna
się trzęsła płakaniem, żałością, poniżeniem i
strasznym poczuciem krzywdy! Nie mogła sobie popuścić
duszy tam przy nim ni potem z powrotem przy ludziach,
więc teraz dopiero oddawała się rozpaczy, teraz
pozwalała męce rozdzierać serce i łzom gorzkim
płynąć.
Zaś nazajutrz, w świąteczny poniedziałek,
dzień się podnosił jeszcze jaśniejszy, barzej jeno
skąpany w rosach i modrawych omgleniach, ale i barzej
rozsłoneczniony i jakiś zgoła weselszy. Ptaki
śpiewały rozgłośniej, a ciepły wiater przeganiał po
drzewinach, że szemrały jakby pacierzem cichuśkim;
ludzie zrywali się raźniej wywierając drzwi a okna, na
świat Boży lecieli spojrzeć, na sady przytrząśnięte
zielenią, na te nieobjęte ziemie zwiesną oprzędzone,
całe rosami skrzące, w słońcu radosnym utopione, na
pola, kaj już oziminy, wiatrem kolebane, niby płowe,
pomarszczone wody ku chałupom spływały.
Myli się przed domami, przekrzyki się niesły wskroś
sadów, kajś już dym walił z komina, konie rżały po
stajniach, skrzypiały wierzeje, wodę czerpali ze stawu,
bydło szło do picia, krzyczały gęsi, a kiej dzwony
uderzyły i ogromne, niebosiężne głosy jęły huczeć
i rozlewać się na wieś, na pola, na bory dalekie,
wzmogły się jeszcze krzyki, a serca żywiej i weselej
zabiły.
Chłopaki już latały z sikawkami, sprawiając sobie
śmigus, albo przyczajone za drzewami nad stawem, lały
nie tylko przechodzących, ale każdego, kto ino na próg
wyjrzał, że już nawet ściany były pomoczone i
kałuże siwiły się pod domami.
Zawrzały wszystkie drogi i obejścia, wrzaski, śmiechy,
przegony narastały coraz barzej, bo i dzieuchy gziły
się niezgorzej, lejąc się między sobą i ganiając po
sadach, że zaś ich dużo było i dorosłych, to wnet
dały radę chłopakom rozganiając ich na wszystkie
strony, a tak się rozswawolili, że nawet Jaśka
Przewrotnego, któren się z sikawką od gaszenia
pożarów zaczajał na Nastkę, dopadły Balcerkówny,
wodą zlały i jeszcze do stawu zepchnęły na
pośmiewisko...
Ale ozgniewany za despekt, iż to dzieuchy górę nad nim
wzięły, przyzwał w pomoc Pietrka Borynowego i tak się
zmyślnie zasadzili na Nastkę, aż ją dostali w pazury
i pod studnię zawlekli, a tak srodze spławili, jaże
wniebogłosy wrzeszczała... Zaś potem, dobrawszy
jeszcze Witka, Gulbasiaka i co starszych, chycili
Marysię Balcerkównę i taką jej kąpiel sprawili, aż
matka z kijem leciała na pomoc; przyparli też gdzieś
Jagnę i tęgo utytłali, nawet Józce nie
przepuszczając, choć się prosiła i z bekiem leciała
na skargę do Hanki.
- Skarży się, a rada, oczy się jej skrzą do figlów!
- A i mnie zapowietrzone do żywej skóry dojęły!-
użalała się wesoło Jagustynka wpadając do chałupy.
- Niby te obwiesie komu przepuszczają! - biadoliła
Józka przewłócząc się w suche szmaty, ale mimo
strachu wyszła potem na ganek, bo aż dudniało na
drogach od przeganiań i wieś się trzęsła wrzaskami:
chłopaki dziw nie oszalały z uciechy, chodzili całą
hurmą, zaganiając, kto się napatoczył, pod sikawki,
aż sołtys musiał rozganiać swawolników, bo nie
sposób się było pokazać z chałupy.
- Wama cosik niezdrowo po wczorajszym? - szepnęła
Jagustynka susząc plecy przed kominem.
- Juści, trzęsie się we mnie i cięgiem me kopie, mgli
me przy tym...
- Połóżcie się. Trzeba by się wam napić
maciórkowego naparu! Strzęśliście się wczoraj! -
zafrasowała się bardzo, ale że zapachnęła kiszka
przysmażona, siadła wraz z drugimi do śniadania,
łakomie wypatrując większego kawałka.
- Pojedzcie i wy, gospodyni: głodzeniem zdrowiu nie
pomoże...
- Kiej mi się mierzi mięso; arbaty se zgotuję.
- Na przepłukanie flaków niezgorsze, ale byście się
gorzałki przegotowanej z tłustością i korzeniami
napili, rychlej by pomogło...
- Juści, zmarlaka by postawiły takie leki!... -
zaśmiał się Pietrek, któren wziął miejsce kole
Jagusi, w oczy jej zaglądał podając usłużliwie, na
co jeno spojrzała, i cięgiem, ją zagadując, ale że
go zbywała bele czym, jął rozpytywać Jagustynkę o
Mateusza, o Stacha Płoszkę i drugich.
- Jakże, widziałam wszystkich, spólnie se siedzą, a
pokoje mają dworskie zgoła, wysokie, widne, z
podłogą, jeno że z tą żelazną pajęczyną w oknach,
bych się im na spacer nie zachciało. A przekarmiają
ich też niezgorzej. Grochówkę im przynieśli w
połednie, spróbowałam: kieby na starym bucie zgotowana
i smarowidłem od woza omaszczona. Na drugie zaś
prażonych jagieł im postawili... no, Łapa by kulas na
nie podniósł, a nie powąchał nawet. Za swoje się
żywią, któren zaś nie ma grosza, pacierzem se to
jadło doprawia - opowiadała urągliwie.
- Rychło zaczną puszczać?
- Powiedały, że już na Przewody niektóre wrócą! -
szepnęła ciszej obzierając się trwożnie na Hankę, a
Jagnę jakby coś podrzuciło z miejsca, że uciekła z
izby, jeść nie skończywszy, stara zaś o Kozłowej
zaczęła mówić.
- Późno wróciły i z niczym, przetrzęsły się jeno
po kiełbasach i dworowi się napatrzyły! Powiedają,
że czymś innym pachnie niźli chałupą!... Dziedzic im
powiedział, co nikomu poradzić nie może bo to sprawa
komisarza i urzędu, a kiejby nawet mógł, też by się
nie wstawił za żadnym Lipczakiem, boć przez nich sam
jest szkodny najbarzej! Wiecie, że to las mu sprzedawać
wzbronili, a kupce go teraz po sądach włóczą. Klął
pono siarczyście i krzyczał, że kiej on przez
chłopów ma iść z torbami, to niech całą wieś
zaraza wytraci!... Kozłowa już z tym od rana po
chałupach lata i pomstą odgraża.
- Głupia, co mu ta zrobi pogrozą!
- Moiście, a bo to wiada, kiej kto komu miętkie miejsce
wymaca, że i najlichszy... - urwała porywając się
podtrzymać Hankę, lecącą na ścianę.
- Laboga! By to prędzej nie przyszło przed czasem -
szeptała wystraszona ciągnąc ją do łóżka, bo jej w
ręku zemglała, pot kroplisty wystąpił na jej twarz,
żółtymi plamami okrytą. Leżała ledwie dychając,
stara zaś octem wycierała jej skronie i dopiero kiej
chrzanu pod nos nakładła, Hanka oprzytomniała
otwierając oczy, zgudka ją jeno chyciła.
Rozeszli się do obrządzeń gospodarskich, Witek tylko
ostał i upatrzywszy sposobną pore, jął prosić
gospodyni, aby go puściła z kogutkiem.
- A idź, przyodziewy jeno nie ściarachaj i sprawuj się
dobrze! Psy uwiąż, by za wami na drugie wsie nie
poleciały! Kiedyż pójdzieta?
- A zarno no kościele.
Jagustynka wraziła głowę przez okno i zapytała:
- Kaj to psy, Witek? Wyniesłam im jeść, wołam i ni
jednego!
- Prawda, dyć i w oborze rano nie były! Łapa! Burek!
na tu! - nawoływał wybiegając przed dom, ale się nie
odezwały.
- Musiały na wieś polecieć, bo suka Kłębów się
goni... objaśnił.
Nikomu do głowy nie przyszło myśleć, kaj się psy
podziały - zwyczajna przeciech rzecz. Dopiero po jakimś
czasie Józka posłyszała gdziesik w podwórzu jakby
głuche skamlenie, a nic tam nie nalazłszy, pobiegła w
sad myśląc, że to Witek się rozprawia z jakimś psem
obcym. Zdziwiła się nie dojrzawszy nikogo, sad był
pusty i to skomlenie ucichło; ale powracając natknęła
się na Burka; leżał nieżywy pod szczytową ścianą -
łeb miał rozwalony.
Narobiła takiego wrzasku, że się wszyscy zlecieli.
- Burek zabity! Złodzieje pewnie!
Trwoga powiała nad nimi.
- A dyć nie co insze, w imię Ojca i Syna! - krzyknęła
Jagustynka dojrzawszy naraz kupę ziemi wywalonej i dół
wielki pod przyciesiami.
- Podkopali się do ojcowej komory!
- Jama, że konia by przewlókł!
- A zboża pełno w dole.
- Jezu, a może tam jeszcze są zbóje! - zakrzyczała
Józka.
Rzucili się na Borynową stronę, Jagusi już nie było,
stary ino leżał twarzą do izby, w komorze zaś, zawdy
mrocznej, widno było, światło buchało dziurą, że
łacno dojrzeli, jako wszystko było pomieszane kiej
groch z kapustą, zboże powysypywane zalegało ziemię
razem ze szmatami, pościąganymi z drągów; nawet motki
przędzy i wełna leżały potargane i zwichlone. Nie
sposób było na razie zmiarkować, czego brakowało.
Ale Hanka od razu pomiarkowała, że to kowalowa być
musi robota; gorąc ją przejął na myśl, iż kiejby
się jeden dzień opóźniła, nalazłby pieniądze i
zabrał... Nachyliła się nad dołem kryjąc przed
ludźmi kuntentność, a sprawdzając cosik sobie za
stanikiem.
- Czy aby nie brak czego w oborze? - rzekła, niby
tknięta podejrzeniem.
Na szczęście, nic nigdzie nie brakowało.
Dobrze były drzwi pozawierane! - ozwał się Pietrek i
skoczył naraz do ziemniaczanego dołu, odwalił z
wejścia ocipkę wielgachną i wyciągnął stamtąd
Łapę skowyczącego.
- Juści, że złodzieje go tam wrzucili, ale to dziwne,
pies zły i dał się...
- I nikto w nocy nie słyszał szczekania!
Dali znać o sprawie sołtysowi, rozniosło się też
migiem po wsi, że w dyrdy lecieli oglądać, wyrzekać a
deliberować. Sad zapełnił się ludźmi, cisnęli się
kiej do konfesjonału, kużden głowę wtykał do dołu,
powiadał swoje i Burka pilnie oglądał.
Zjawił się i Rocho, a uspokoiwszy rozpłakaną i
wrzeszczącą Józkę, która każdemu z osobna
opowiadała, jak to było, poszedł do Hanki, leżącej
znowu na łóżku, ale jakoś dziwnie spokojnej...
- Zląkłem się, byście tego zbytnio do serca nie
wzięli!- zaczął.
- I... niczego chwała Bogu nie wziął... zapóźnił
się...- przyciszyła głos.
- Miarkujecie, kto?...
- Dałabym głowę, że kowal.
- To chyba na cosik upatrzonego polował?
- Juści... jeno że mu się wypsnęło, do waju tylko
mówię...
- Juści, za rękę trza by złapać albo świadków
mieć... No, na co się to człowiek waży la grosza!...
- Nawet przed Antkiem się nie wygadajcie, moi drodzy! -
prosiła.
- Wiecie, żem nieskory do zwierzeń, a łacniej
przecież zabić człowieka niźli go urodzić. Znałem
go, że krętacz, ale o taką rzecz bym nie posądził.
- Jego stać na najgorsze, znam ja go dobrze...
Wójt nadszedł z sołtysem i wzięli oglądać
szczegółowo, wypytując się Józki o wszystko.
- Żeby Kozioł nie siedział, myślałbym, co to jego
sprawka... - szepnął wójt.
- Cichojcie, Pietrze, bo Kozłowa ku nam zmierza -
trącił go sołtys.
- Spłoszyli się, że nic pono nie unieśli.
- Pewnie, strażnikom trza by dać znać... nowa robota
diabli nadali, że człowiek świąt nawet zażyć
spokojnie nie może...
Sołtys naraz się schylił i podniósł żelazny,
okrwawiony pręt.
- Tym ci zakatrupili Burka!
Żelazo przechodziło z rąk do rąk.
- Pręt, z jakiego zęby do bron kują.
- Mogli ukraść choćby i z kuźni Michałowej.
- Kuźnia już od piątku zawarta.
- Kowala trza wypytać, czy mu nie zginęło.
- Tak mogli ukraść, jak mogli przynieść z sobą,
wójt to wama mówi, a kowala w chałupie nie ma, co zaś
robić, moja to sprawa z sołtysem! - podniósł głos,
krzycząc, by się nie tłoczyli po próżnicy i do dom
szli.
Nikto się go nie ulęknął, jeno że czas się było
zbierać do kościoła, to wnet się porozchodzili, bo
już i ludzie z drugich wsi nad płotami ciągnęli
gęsiego, i wozy coraz częściej dudniały na moście.
A kiej się do cna wyludniło, wsunął się do sadu
Bylica i nuże dopiero oglądać swojego pieska, cucić
go a przemawiać do niego cichuśko.
Dom też opustoszał, do kościoła poszli, Hanka jeno w
łóżku ostała, pacierze se przepowiadając, a myśląc
o Antku, że zaś cicho się zrobiło, bo stary dzieci
powiódł na drogę, zasnęła kwardo.
Już ano stanęło przypołudnie, galancie przygrzane i
tak cichuśkie, jaże śpiewy narodu rozchodziły się z
kościoła i brzęczały po szybach, już i przedzwonili
na Podniesienie, a ona cięgiem spała. Zbudził ją
dopiero turkot wozów pędzących po wybojach, bo jak to
było we zwyczaju, w drugie święto Wielkanocy, po
sumie, ścigali się, któren pierwej dopadnie swojej
chałupy, że ino migały przez drzewa bryki, zapchane
ludźmi, i konie prane batami. Ścigali się tak
siarczyście, że Chałupa się trzęsła i wrzawa
turkotów i śmiechów wichrem przeleciała. Chciała
się podnieść, obaczyć, ale domowi wracali i
Jagustynka, krzątając się kiele obiadu, jęła
opowiadać, jak zwaliło się tylachna narodu, co i
połowa nie miała miejsca w kościele, że wszystkie
dwory zjechały, a po sumie dobrodziej zwoływał
gospodarzy do zakrystii i cosik z nimi uredzał, Józka
zaś znowuj rozpowiadała o dziedziczkach, jak to były
wystrojone.
- Wiecie, a to panienki z Woli to ci takie kupry
dźwigają na zadzie, jakby te indory, kiej se ogony
rozczapierzone postawią.
- Sianem se te miejsca wypychają lebo gałganami -
pojaśniała stara.
- A w pasie wcięte kiej osy, batem bych je poprzecinał,
że ani poznać, kiej te brzuchy dziewają... Z bliskam
wypatrywała.
- Kaj? a pod gorsety wpychają. Powiadała mi jedna
dwórka, co za pokojową była w modlickim dworze, jak to
poniektóre dziedziczki się głodz[VDP"1]ą i
pasami na noc ściągają, by ino nie pogrubieć. Taka
moda dworska, aby każda pani cieniuśką się wydawała,
niby tyczka, na zadzie jeno wydęta.
- We wsi inaczej, boć z chudych przekpiwają się
parobki.
- Zaśby nie! dzieucha musi być kiej lepa, rozrosła
wszędzie, taka, co to jak się człek do niej przyprze,
to jakby do pieca gorącego... - powiedział Pietrek,
wpatrzony w Jagusię, wystawiającą garnki z komina.
-Widzisz go, pokrakę, wypróżnował się, podjadł se
mięsem i jakie mu to już smaki na ozór przychodzą! -
zgromiła go Jagustynka.
- Jak taka się przy robocie rucha, to dziw się jej
wełniak nie rozpęknie...
Chciał jeszcze cosik trefnego dodać, ale Dominikowa
przyszła opatrywać Hankę, i wygonili go z izby.
Obiad też zaraz podawali na ganku, gdyż ciepło było i
słonecznie. Młoda zieleń polśniewała, trząchając
się cichuśko na gałązkach i gmerząc kiej motyle,
ptasie świegoty roznosiły się ze sadów.
Dominikowa zakazała Hance ruszać się z pościeli, a
że zaraz po obiedzie nadeszła Weronka z dziećmi, do
łóżka przystawili ławę i Józka naniosła
święconego i flachę gorzałki z miodem, bo Hanuś,
choć z trudem nieco, ale godnie, po gospodarsku
podejmowała siostrę i sąsiadki, które wedle zwyczaju
jęły posobnie przychodzić w goście użalać się nad
nią, gorzałki pociągać, słodkim plackiem wolniuśko
się delektować i różności sąsiedzkie rozpowiadać,
głównie zaś o tym podkopie pod komorę trajkotać.
Zasie domowi przed chałupą się wygrzewali poredzając
z ludźmi, jacy wciąż do sadu szli, a srodze medytowali
nad jamą jeszcze nie zawaloną, gdyż wójt wzbronił do
czasu przyjazdu pisarza i strażników.
Właśnie Jagustynka była rozpowiadała o tym, nie wiada
już dzisiaj po raz który, kiej z podwórza wywalili
się chłopaki z kogutkiem. Witek ich wiódł, wystrojony
sielnie, w butach nawet i kaszkiecie Borynowym, srodze na
bakier nadzianym, a pobok w kupie szedł Maciuś
Kłębów, Gulbasiak, Jędrek, Kuba Grzeli z krzywą
gębą syn i drugie. Kije mieli w rękach i torbeczki
przez plecy, Witek zaś tulił pod pachą skrzypice
Pietrkowe.
Wywiedli się na drogę z paradą i najpierwej ruszyli do
dobrodzieja, bo tak po inne roki parobki poczynały.
Śmiało weszli do ogrodu, przed plebanię, ustawili się
w rząd, wysuwając przed się kogutka. Witek zagrał na
skrzypicy, Gulbasiak jął kręcić cudakiem i piać, a
wszyscy, rypiąc kijami i nogami do wtóru, wraz
zaśpiewali piskliwie:
Przyszliśmy tu po dyngusie!
Zaśpiewamy o Jezusie,
O Jezusie, o Maryje-
Dajcie nam co, gospodynie!...
I długo śpiewali, a coraz śmielej i
rozgłośniej, aż wyszedł dobrodziej i po dziesiątku
im rozdał, kogutka pochwalił i z łaską ich
odpuścił...
Witek jaże spotniał ze strachu, czy o boćka nie
zagada, snadź go jednak wśród drugich nie rozpoznał,
ale na pokoje odszedł, przysyłając jeszcze przez
dziewczynę słodziuśkiego placka, że huknęli mu
śpiewkę na podziękę i do organistów pociągnęli.
Potem zaś już chałupy nawiedzali wraz z całą chmarą
dzieci rozwrzeszczanych i tak się cisnących, że
musieli obraniać kogutka przed naporem, gdyż każde
piórek chciało tykać i kijaszkiem zaruchać.
Witek ich prowadził rej wiodąc i na wszystko mając
czujne oko, nogą znać dawał, by zaczynać, a smykiem
rządził, kaj nutę wyciągać cieniuśką, a kiej
grubą; jemu też oddawali gościńce. A z taką paradą
się wodzili i tak szumnie, jaże na całą wieś
roznosiły się śpiewania i przygrywki skrzypicy, a
ludzie wielce się dziwowali, że to skrzaty, ledwie
odrosłe od ziemie, a poczynają sobie niby parobki.
Pod zachód się już miało, poczerwieniałe ździebko
słońce przetaczało się nad bory, a po niebie modrym
rozwłóczyły się białe chmurki, kiej te
nieprzeliczone stado gęsi, wiater się też ruchał
kajś górą chwiejąc czubami ordzawiałych topoli, a we
wsi czyniło się coraz rojniej i gwarliwiej: starsi
poredzali przed chałupami zasiedając progi, dzieuchy
gziły się nad stawem lub ująwszy się wpół chodziły
kolebiąco, piesneczki zawodząc, iż kiej kwiaty makowe
lebo nasturcji roiły się między drzewinami, we wodzie
się odbijając niby w lustrze, dzieci latały z
dyngusiarzami, zaś jeszcze insi w pola szli miedzami.
Na nieszpór już przedzwaniali, kiej gruba Płoszkowa,
odwiedziwszy przódzi Borynę, wchodziła do Hanki.
- Byłam u chorego. Jezu, a to leży, jak leżał...
Zagadywałam: ani spojrzał na mnie. Słońce mu świeci
na łóżko, to je palicami zagrabia, jakby w garście
chciał ująć i kiej to maluśkie dzieciątko w nim
grzebie! Prosto płakać, co się to z człowieka
zrobiło! - rozpowiadała siadając przy łóżku, ale
przepiła jak i drugie, sięgając do placka.- Jada to
teraz, bo widzi mi się potłuściał?
- Już niezgorzej, że może mu ku zdrowiu idzie!...
- Chłopaki poszły z kogutkiem do Woli! - zatrajkotała
Józka wpadając, ale dojrzawszy Płoszkową, wyniesła
się przed dom do Jagusi.
- Józka, bydło czas obrządzać! - zawołała.
- Pewnie komu święta, to święta, a brzuch zawdy o
głodzie pamięta! Byli z kogutkiem i u mnie... sprawny
ten wasz Witek i ze ślepiów mu dobrze patrzy.
- Juści, co do figlów pierwszy, do roboty jeno go trza
kijem napędzać!
- Moiście, a dyć ze służbą wszędy jednaka bieda!
Młynarzowa się przede mną uskarżała na swoje
dziewki, że pół roku utrzymać nie może.
- Prędko się tam dorabiają dzieciaków... Świeży
chleb pomaga!
- Chleb jak chleb, a1e to czeladnik sprawi, to synek, ten
z klas, do domu zajrzy, a powiadają, że i sam młynarz
żadnej nie przepuści... to i trudno dziewki dotrzymać
do roku. Co prawda, to i służba hardzieje... Mój ano
chłopak do pasionki, że to chłopaków w domu brak, za
psa me uważa i każe se mleka na podwieczorek podawać!
Słyszane to rzeczy!
- Parobka mam, to mi nie nowina, czego im się zachciewa,
ale godzić się na wszyćko muszę, bo pójdzie se we
świat w największą robotę i cóż pocznę przez niego
w tylim gospodarstwie!
- Żeby go wama tylko nie odmówiła która - rzekła
ciszej.
- Wiecie to co? - zatrwożyła się niemało.
- Doszło me cosik z boku... może cyganią, to nie
rozpowiadam. Hale, gadu, gadu, a z czym to ja przyszłam?
Obiecały się przyjść niektóre, ugwarzym się,
sieroty, przyjdźcie i wy... jakże, Borynowej by nie
było, kiej co najpierwsze się zbierą.
Przypochlebiała, ale Hanka wymówiła się słabością,
po prawdzie, bo już poczuła się ździebko napitą.
Płoszkowa, wielce markotna odmową, Jagnę poszła
zapraszać.
Ale i Jagusia się wymawiała, że to już kajś indziej
z matką się obiecały...
- Poszlibyście, Jagna, ckni się wama za chłopami, a do
Płoszkowej ani chybi co Jambroży zajrzy albo któren z
dziadków i zawżdy chocia portkami zaleci... -
szepnęła Jagustynka spod chałupy.
- A wy to po swojemu tym słowem kieby nożem żgacie...
- Wesoło mi, tom rada kużdemu, czego mu potrza! -
szydziła.
Jaguś ciepnęła się ze złości i na drogę wyszła,
bezradnie wodząc oczyma po świecie i ledwie płacz
wstrzymując. Juści, że się jej strasznie ckniło!
Cóż, że święta czuć było wszędzie, że ludzie
się roili, że śmiechy i krzyki trzęsły się nad
wsią, że nawet po szarych polach czerwieniały kobiety
i piesneczki kajś niekaj dzwoniły?... - jej było
smutnie i tak ckno czegoś, że już wytrzymać nie
mogła. Od samego rana tak ją cosik rozpierało i
ponosiło, że po znajomych latała, po drogach, w pole
wychodziła i nawet coś ze trzy razy się
przeobłóczyła, na darmo wszystko, nie pomogło: rwało
ją coraz barzej, by gdziesik lecieć, coś robić,
szukać czegoś...
Że i teraz się poniesła aż na topolową drogę i
szła zapatrzona w czerwoną, ogromną kulę słońca,
spadającego nad bory, szła przez te progi cieniów i
lśnień, które zachód rzucał przez drzewa.
Chłód mroków ją owionął, a ciche, nagrzane dychanie
pól przejmowało na wskroś lubym dygotem; od wsi
goniły słabnące gwary, a skądciś zawiewał zawodliwy
głos skrzypicy i czepiał się serca, kiejby ta złotymi
rosami brzęcząca pajęczyna, jaże rozsnuła się w
cichuśkim trzepocie topoli, w mrokach, co już pełzały
bruzdami i czaiły się w krzach tarnin.
Szła przed siebie, ani wiedząc, co ją niesie i dokąd.
Wzdychała głęboko, czasami ręce rozwodząc, czasami
przystając bezradnie i tocząc rozpalonymi oczyma, jakby
zaczepki dla udręczonej duszy szukała, ale szła dalej
przędąc myśli wiotkie i nikłe, jako te świetliste
nici na wodzie, że nie uchycisz, bo zmącą się i
przepadną od cienia ręki. Patrzała w słońce, nie
widząc niczego, topole, co rzędami pochylały się nad
nią, zdały się jej jako zamglone przypomnienia...
Siebie jeno mocno czuła i to, że ją rozpiera aże do
bolu, do krzyku, do płaczu, że ją ponosi gdziesik, iż
czepiłaby się tych ptaków lecących pod zachód i na
kraj świata pofrunęła. Wzbierała w niej jakaś moc
paląca i tak rzewliwa, że łzy przysłaniały oczy i
ognie się po niej rozlewały; rwała lepkie, pachnące
pędy topoli, chłodząc nimi rozpalone usta i oczy...
Czasem przysiadała pod drzewem i skulona, wsparłszy
twarz na pięściach, zapadała w siebie bez pamięci,
cisnąc się jeno do pnia i prężąc... i ledwie
dysząc...
Jakby i w niej wiosna zaśpiewała swoją pieśń
upalną, że burzyło się w niej i cosik poczynało,
jako w tych ziemiach rodnych, ugorem leżących, poczyna
się o wiośnie, jako w tych drzewinach, opitych mocą
rostu, śpiewa i jako wszędy się rozpręża, kiej
pierwsze słońce przygrzeje...
Dygotała w sobie, paliły ją oczy, zaś omdlałe nogi
stulały się bezwolnie i ledwie ją niesły. Płakać
się jej chciało, śpiewać, tarzać po runiach zbóż
mięciuchnych i chłodnymi rosami operlonych, to brała
ją szalona chęć skoczyć w ciernie, przedzierać się
wskroś szarpiących gąszczów i poczuć dziki, luby
ból przepierań i szamotań.
Zawróciła naraz z powrotem i dosłyszawszy głosy
skrzypicy pobiegła ku nim. Hej, tak zakręciły się w
niej, taką zawrotną lubością przejęły, że w tany
by się puściła, w ścisk karczmy rozhukanej, w tumult,
w pijatykę nawet, że choćby w samo zatracenie, hej!...
Dróżką od cmentarza do topolowej, całą w czerwonych
ogniach zachodu, szedł ktosik z książką w ręku i pod
białymi brzózkami przystawał.
Jasio to był, organistów syn.
Zza drzewa chciała popatrzeć na niego, ale ją
dojrzał.
I uciec nie poredziła, nogi jakby się ziemi czepiły i
oczu nie mogła oderwać od niego; zbliżał się z
uśmiechem, zęby mu grały w czerwonych wargach, smukły
był, rosły i biały na gębie.
- Jakbyście mnie, Jaguś, nie poznali?
Aż ją w dołku ścisnęło od tego głosu.
- Co bym ta nie poznała!:.. jeno pan Jaś taki tera
galanty, taki inszy...
- Pewnie, lata idą... Byliście u kogo na Budach?
- Tak sobie ino chodziłam, święto przeciek. Nabożna?
- tknęła nieśmiało książki.
- Nie, o krajach dalekich i o morzach!
- Jezu! o morzach! A te obraziki też nie święte?
- Zobaczcie! - podsunął jej pod oczy książkę i
pokazywał.
Stali ramię w ramię, bezwolnie wpierając się w siebie
biedrami, a tykając głowami nisko przychylonymi.
Pojaśniał ją niekiedy, wtedy podnosiła na niego oczy
podziwu pełne, nie śmiejąc dychać ze wzruszenia, a
cisnąc się coraz barzej, bych lepiej dojrzeć, gdyż
słońce opuściło się już za bory.
Naraz wstrząsnął się cały i odsunął ździebko.
- Mroczeje, czas do domu! - szepnął cicho.
- A to pódźmy!
Szli w milczeniu, nakryci prawie cieniami drzew. Słońce
zaszło, modrawe mroki trzęsły się na pola, zórz
dzisiaj nie było, jeno przez grubachne pnie topoli
widniał na niebie złocisty rozlew, świat przygasał.
- I to wszystko prawda, co tam pokazane? - przystanęła.
- Wszystko, Jaguś, wszystko.
Jezu, takie wody wielgachne, takie światy, że uwierzyć
trudno.
- Są, Jaguś, są! - szeptał coraz ciszej zaglądając
jej w oczy z tak bliska, że wstrzymała oddech, dreszcz
ją przeszedł i podała się piersiami naprzód,
czekała, iż ją obejmie i do pnia przyprze, jaże
ramiona się jej ozwarły i gotowa się była dać, ale
Jasio odsunął się śpiesznie.
- Muszę iść prędzej, dobranoc Jagusi! - i poleciał.
Z dobry pacierz przestojała, nim się poredziła ruszyć
z miejsca.
- Urzekł me czy co! - myślała wlekąc się ociężale,
mąt jakiś miała w głowie, ciągotki ją rozbierały.
Wieczór się robił, światła błyskały tu i owdzie, a
z karczmy roznosiło się granie i przytłumione rozmowy.
Zajrzała przez okno do izby rozświetlonej: pan Jacek
stojał w pośrodku i rznął na skrzypcach, zaś przed
szynkwasem kolebał się Jambroży, krzykliwie cosik
rozpowiadał komornicom, często po kieliszek sięgając.
Naraz ktosik ją wpół krzepko ujął, że krzyknęła
kurcząc się i wydzierając.
- Przydybałem cię i nie puszczę... napijem się
ździebko... pódzi... - szeptał wójt nie zwalniając z
pazurów i pociągnął ją bocznymi drzwiami do
alkierza.
Nikto nie dojrzał, bo już prawie ciemno było na
świecie i mało kto przechodził drogą.
Wieś już przycichała, milkły gwary i pustoszały
opłotki, naród rozchodził się po chałupach,
dobiegały święta i dni słodkich wczasowań,
powszednie jutro stojało za progiem i w mrokach ostre
kły szczerzyło, że niejedną duszę lęk ściskał i
turbacje obsiadały na nowo...
Posmutniała wieś i przygłuchła, jakby do ziemi barzej
przywierając i tuląc się w sady oniemiałe, jeszcze
tam kajś niekaj siedzieli na przyźbach dojadając
święcone i z cicha gwarząc, gdzie zaś spać się
rychlej wybierali, pieśnie pobożne przyśpiewując.
Tylko u Płoszkowej rojno było i gwarno, zeszły się
były sąsiadki, a obsiadłszy ławy, poredzały godnie
między sobą. Wójtowa na pierwszym miejscu siedziała,
zaś pobok pękata, wyszczekana Balcerkowa swojego
dowodziła; była i chuda Sikorzyna, była i jazgocząca
cięgiem Borynowa, stryjeczna chorego, była i kowalowa z
najmłodszym przy piersi, ugwarzająca się z pobożną,
cichą sołtysową, i drugie były co najpierwsze we wsi.
Siedziały napuszone i odęte kiej kwoki w barłogu, a
wszyćkie we świątecznych sutych wełniakach, w
chustkach, lipecką modą do pół pleców opuszczonych,
w czepcach kiej koła bieluchne, a rzęsiście skarbowane
nad czołami, we fryzkach po uszy nastroszonych, na
które tyle korali nawiesiły, ile która miała.
Zabawiały się galanto. gęby z wolna czerwieniały i
kuntentność rozpierała, poprawiały pilnie
wełniaków, by się nie przygnietły, i już jęły do
się przysiadać coraz bliżej, a ciszej poredzać
bierąc się wzajem na ozory.
A kiej kowal się jawił, powiedał, co prosto z miasta
wraca, na dobre się rozweseliły. Chłop był
wyszczekany, jak mało któren, że zaś był już
zdziebko napity, to jął wycyganiać takie rzeczy do
śmiechu, jaże za boki się brały; izba się
zatrzęsła, on zaś śmiał się najgłośniej, jaże
ten jego rechot słychać było u Borynów.
Długo se używali, bo coś trzy razy Płoszkowa po
gorzałkę posyłała do Żyda.
Zaś u Borynów jeszcze siedzieli przed chałupą. Hanka
wstała i otulona w kożuch, gdyż ziąb wziął po
zachodzie, była z drugimi.
Póki dnia starczyło, Rocho im czytał z książki, że
nieraz Hanka, rozglądając się, przykazywała cicho
Józce:
- Wyjrzyj no na drogę...
Ale nikogój nie było i czytał, póki wieczór nie
zamroczył ziemi, a potem powiadał jeszcze różności,
gdyż srodze się rozciekawili. Noc ich okrywała, iż
ledwie się znaczyli na białej ścianie chałupy;
wieczór się stawał ciemny i chłodny, gwiazdy nie
wzeszły, głucha cichość ogarniała świat, jeno co
woda bełkotała kajściś i psy warczały.
Zbili się w kupę, że Nastuś z Józką, Weronka z
dziećmi, Jagustynka, Kłębowa i Pietrek prawie u nóg
Rochowych przysiedli, a Hanka nieco z boku na kamieniu.
Rozpowiadał o całym polskim narodzie historie różne,
to przypowieście święte, to cudeńka takie o świecie,
że kto by je ta pojął i zapamiętał!
Zasłuchali się, nie ważąc odsapnąć ni poruszyć
się z miejsc i całą duszą pijąc te słowa miodne,
jak wyschła ziemia pije dżdże rosiste i ciepłe.
On zaś, prawie niewidny la oczu, uroczystym, cichym
głosem powiadał:
- ?Po zimie zwiesna przychodzi każdemu, któren jej
czeka w pracy, modlitwie a gotowości."
- ?Dufajcie, bo pokrzywdzone zawżdy górę
wezmą."
- ?Ochfiarną krwią i trudem trza posiewać
człowieczą szczęśliwość, a któren posiał,
wzejdzie mu i czas żniwny miał będzie."
- ?Ale kto jeno o chleb powszedni zabiega, do stołu
Pańskiego nie siądzie."
- ?Kto ino wyrzeka na złe, nie czyniąc dobra, ten
gorsze zło rodzi."
Długo powiadał, a tak mądrze, że nie spamiętać, i
coraz ciszej a rzewliwiej, że zaś go noc całkiem
okryła, to się zdawało, jakoby ten głos święty z
ziemie wychodził albo że to głos pomarłych pokoleń
Borynowych, co w noc tę Zmartwychwstania Bóg je na
świat odpuścił i prawią teraz ze zmurszałych ścian,
z drzew pochylonych, z gęstej nocy, ku przestrodze a
opamiętaniu rodzonych.
Dusze się wszystkie ważyły na tych słowach, bijących
w serca jak dzwon, i niesły się w omroczone
utęsknienia, w niepojęte dziwy marzeń.
Nikto nie dosłyszał nawet, że psy zaczęły w całej
wsi ujadać, ktoś krzyczał na drogach i zadudniały
bieganiny.
- Podlesie się pali! - zawrzeszczał jakiś głos przez
sad.
Wybiegli na drogę.
Prawda była: dworskie budynki na Podlesiu stały w
ogniu, płomienie kiej czerwone krze wybuchały z
ciemności.
- A słowo ciałem się stało! - szepnęła Jagustynka
Kozłową wspominając.
- Kara boska przychodzi.
- Za naszą krzywdę! - krzyżowały się w ciemnościach
głosy.
Drzwi chałup trzaskały, ludzie w dyrdy a na pół
odziani wpadali na drogi, a coraz większą kupą
cisnęli się na most przed młynem, skąd widać było
najlepiej, że może w jakiś pacierz cała wieś już
się stłoczyła.
Pożar zaś urastał co chwila, folwark stojał na
wzgórzu pod lasem, więc chociaż o parę wiorst od
Lipiec, widać było jak na dłoni wzmaganie się ognia.
Na czarnej ścianie lasu roiły się ogniste jęzory i
wybuchały krwawe, skłębione chmury. Nie było wiatru i
ogień wynosił się coraz wyżej, budynki płonęły
kiej smolne szczapy, czarne dymy waliły słupami, a
krwawy, zwichrzony brzask rozlewał się w ciemnościach
rzeką ognistą i chwiał się już nad borem.
Przeraźliwe ryki rozdarły powietrze.
- Wołowina się pali, nie uratują wiele, bo jedne
drzwi.
- Stogi się teraz zajmują!
- Już stodoły w ogniu! - wołali strwożeni.
Ksiądz nadbiegł, kowal, sołtys, a w końcu i wójt
skądciś się zjawił, ale choć pijany, że ledwie się
trzymał na nogach, zaczął wrzeszczeć i wyganiać
ludzi, bych na pomoc lecieli dworowi.
Ale nikt się z tym nie śpieszył, a jeno zły pomruk
zerwał się w ciżbie:
- Niechaj chłopów puszczą, to polecą ratować!
I nie pomogły klątwy ni groźby, ani nawet proboszczowe
płaksiwe błagania: naród stojał nieporuszony i w
ogień ponuro patrzał.
- Psiekrwie paroby dworskie! - zakrzyczała Kobusowa
pięścią grożąc.
Że tylko wójt wraz ze sołtysem i kowalem pojechali do
ognia, i to z gołymi rękoma, gdyż ani bosaków, ni
wiader nie pozwolili zabierać z chałup.
- Kijami tego, któren ruszy! Na stracenie ścierwę!-
zawrzeszczały jak jedna.
A cała wieś się już zebrała, do najmłodszych, co je
rozkrzyczane na ręku przyhuśtywali, i kłębili się
wielką, ponurą ciżbą, że mało kto się odzywał, a
i to szeptem, paśli jeno chciwe oczy i wzdychali, bo w
każdym sercu krzewiły się przytajone srogo radoście,
że to za lipeckie krzywdy Pan Bóg dziedzica ogniem
pokarał.
Do późna w noc się paliło, a nikto do dom nie
poszedł: czekali cierpliwie końca, że to już jedno
morze ognia przewalało się nad folwarkiem i biło
spiętrzonymi falami w niebo, zapalone snopki z dachów i
gonty roznosiły się krwawym deszczem, a od czerwonych
łun, co jak ogniste płachty wiewały w ciemnościach,
zrumieniły się czuby drzew i dachy młynicy zaś staw
jakby kto potrząsł bladym zarzewiem.
Turkoty wozów, krzyki łudzi, ryki, straszna groza
zniszczenia biły z pożaru, a wieś wciąż stała,
jakby ten żywy mur w ziemię wrosły, a pasący oczy i
dusze odemstą...
Zaś od karczmy rozlegał się ochrypły głos pijanego
Jambroża:
Dziś Maryś moja, Maryś!
Da dobre piwo warzysz!
|