Deszcze się
rozpadały na dobre.
Już od samego jarmarku świat z wolna zatapiał się w
szarych, mętnych szkliwach deszczów, że tylko obrysy
borów i wsi majaczyły blade, niby z przemiękłej
przędzy utkane.
Szły nieskończone, zimne, przenikające szarugi
jesienne.
Siwe, lodowate bicze deszczów siekły bezustannie
ziemię i przemiękały do głębi, aż drzewo każde,
źdźbło każde dygotało w bezmiernym bólu.
A spod ciężkich chmur, skłębionych nad ziemią, spod
zielonawych szarug wychylały się chwilami szmaty pól
poczerniałych, przemiękłych, rozpłaszczonych - to
wybłyskiwały strugi spienionej wody, płynącej
bruzdami, albo czerniały drzewa samotne na miedzach -
jak przygięte, nabrzmiałe wilgocią, trzęsły
ostatnimi łachmanami liści i szamotały się
rozpacznie, niby psy na uwięzi.
Drogi opustoszałe rozlały się w błotniste, gnijące
kałuże.
Krótkie; smutne, bezsłoneczne dnie wlekły się
ciężko przegniłymi smugami światła, a noce zapadały
czarne, głuche, rozpaczliwe bezustannym, monotonnym
chlupotem...
Przerażająca cichość ogarnęła ziemię.
Umilkły pola, przycichły wsie, ogłuchły bory.
Wsie poczerniały i jakby silniej przywarły do ziemi, do
płotów, do tych sadów nagich, poskręcanych i
jęczących z cicha.
Szara kurzawa deszczów przysłoniła świat, wypiła
barwy, zgasiła światła i zatopiła w mrokach ziemię,
że wszystko wydało się jakby sennym majaczeniem, a
smutek wstawał z pól przegniłych, z borów
zdrętwiałych, z pustek obumarłych i wlókł się
ciężkim tumanem; przystawał na głuchych rozstajach,
pod krzyżami, co wyciągały rozpacznie ramiona, na
pustych drogach, gdzie nagie drzewa trzęsły się z
zimna i łkały w męce - do opuszczonych gniazd
zaglądał pustymi oczami, do rozwalonych chałup - na
umarłych cmentarzach tłukł się wśród mogił
zapomnianych i krzyży pogniłych i płynął światem
całym; przez nagie, odarte, splugawione pola, przez wsie
zapadłe i zaglądał do chat, do obór, do sadów, aż
bydło ryczało z trwogi, drzewa się przyginały z
głuchym jękiem, a ludzie wzdychali żałośnie w
strasznej tęsknocie - w nieutulonej tęsknocie za
słońcem.
Deszcz mżył bezustannie, jakoby kto drobnym szkliwem
przysłaniał świat, że Lipce całe tonęły w gęstych
tumanach szarugi, spod której tylko gdzieniegdzie
czerniały dachy, to obmoknięte płoty kamienne lub te
brudne kołtuny dymów, co się wiły nad kominami i
wlekły po sadach.
Cicho było we wsi, tylko gdzieniegdzie młócono po
stodołach, ale z rzadka, bo wieś cała była na
kapuśniskach.
Pustka leżała na błotnistej, rozmiękłej drodze i
pusto było w obejściach i przed domami, czasami tylko
ktoś zamajaczył we mgle i ginął wnetki, że tylko
człapanie trepów po błocie było słychać, albo wóz
naładowany kapustą wlókł się wolno od torfowisk i
rozganiał gęsi, brodzące za liściami spadłymi z
wozów.
Staw szamotał się w ciasnych brzegach i przybierał
ciągle, bo aż się przelewał w niższych miejscach na
drogę po Borynowwej stronie, sięgał płotów i
bryzgał pianą na ściany chałup.
Cała wieś była zajęta wycinaniem i zwożeniem
kapusty; pełno jej było po klepiskach, sieniach i
izbach, a jak u niektórych i pod okapami siniały kupy
główek.
Przed domami, wystawione na deszcz, mokły ogromne
beczki.
Spieszono się na gwałt, bo deszcz prawie nie ustawał,
a drogi robiły się grząskie, nie do przebycia.
I u Dominikowej dzisiaj wycinano.
Już od rana pojechała na kapuśnisko Jagna z Szymkiem,
bo Jędrzych ostał i łatał ano dach, że to
przeciekał w paru miejscach.
Pod wieczór to już było i jakby się ździebko
mroczeć zaczynało, to stara raz w raz wychodziła przed
dom i patrzała w mgły, ku młynowi, i nasłuchiwała,
czy nie jadą jeszcze?..
A na kapuśniskach, leżących nisko za młynem, w
torfowiskach, wrzała jeszcze na dobre robota.
Czarniawe mokre mgły leżały na łąkach, że tylko
gdzieniegdzie błyskały szerokie rowy pełne siwej wody
i wysokie zagony kapusty, siniejącej bladą zielenią
albo rdzawej niby pasy blachy żelaznej, a tu i ówdzie
majaczyły we mgle czerwone wełniaki kobiet i kupy
wyciętych główek.
W dali przemglonej, nad rzeką, co płynęła z szumem
wskroś gęstych zarośli, siniejących niby chmura,
czerniały stogi torfu i wozy, do których donoszono
kapustę w płachtach, bo z powodu rozmiękłego gruntu
dojechać nie było można do kapuśnisków.
Docinali już niektórzy i zabierali się do domu, więc
i głosy coraz mocniejsze rozlegały się we mgle i
leciały, z zagonu na zagon.
Jagna skończyła dopiero co swój zagon, zmęczona była
srodze, głodna i przemoczona do skóry, bo nawet i trepy
zapadały się w rudy, torfiasty grunt po kostki, że raz
w raz je zzuwała, żeby wylać wodę.
- Szymek, a dyć się ruchaj prędzej, bo już kulasów
nie czuję !- wołała żałośnie, a widząc, że
chłopak nie może sobie zadać, wyrwała mu
niecierpliwie ogromny to-boł, zarzuciła go na plecy i
poniesła na wóz.
- Parobek z ciebie tyli, miętki jesteś w grzbiecie kiej
kobieta po rodach - szepnęła pogardliwie, wsypując
kapustę do półkoszków wysłanych słomą.
Szymek przywstydzony mamrotał coś pod nosem, skrobał
się po kołtunach i zaprzęgał konia.
- Spiesz się, Szymek, bo noc! - naganiała go znosząc
co chwila kapustę na wóz.
Jakoż i noc nadchodziła, mrok gęstniał i czerniał, a
deszcz się wzmagał, że tylko pluskało po rozmiękłej
ziemi i rowach, jakby kto ziarnem sypał.
- Józia ! skończycie to dzisiaj? - zawołała do
Borynianki, która z Hanką i Kubą wycinała w podle.
- Skończymy bo i czas do domu, taka plucha, że mnie
już do koszuli przejęło. Jedziecie to już?
- Juści. Noc zaruteńko i taka ćma, że się drogi nie
rozezna. Jutro się zwiezie resztę. Sielną macie
kapustę!- dodała pochylając się ku nim i patrząc na
majaczące w mgle kupy.
- I wasza niezgorsza, a już co korpiele, to macie
największe...
- Z nowego nasienia była rozsada, dobrodziej przywieźli
z Warszawy.
- Jagna! - ozwał się znowu z mgieł głos Józi -
wiecie, a to jutro Walek Józefów śle z wódką do
Marysi pociotkowej. . .
- Taki skrzat! A ma to ona już lata? Widzi mi się, że
jeszcze łoni krowy pasała!...
- La chłopa to już lata ma, ale i morgów ma tyla, że
się parobki śpieszą.
- Będą się i do ciebie śpieszyły, Józia, będą...
- Jak się tatuś z trzecią nie ożenią! - zakrzyczała
Jagustynka gdzieś z trzeciego zagona.
- Co wam też w głowie, a toć dopiero na zwiesnę
matkę pochowali - powiedziała przetrwożonym głosem
Hanka.
- Co ta chłopu szkodzi. Kużden chłop to jak ten
wieprzak, żeby nie wiem jak był nachlany, to do nowego
koryta ryj wrazi... Ho, ho, jedna jeszcze nie dojdzie...
nie ostygnie całkiem, a już za drugą się ogląda...
pieski to naród... A jak to zrobił Sikora? W trzy
tygodnie po pochowku pierwszej z drugą się ożenił.
- Prawda, ale i drobiazgu po nieboszczce ostało
pięcioro...
- Rzekliście! Ale ino głupie uwierzą, że la dzieci
się pożenił... la siebie, bo mu markotno było samemu
pod pierzyną '...
- My byśwa ojcu nie dali, oho!... - zawołała
energicznie Józia.
- Młódka ty jeszcze, to i głupia... ojcowy grunt, to i
ojcowa wola!
- Dzieci też coś znaczą i prawo swoje mają -
zaczęła Hanka.
- Z cudzego woza to złaź choć i w pół morza -
mruknęła głucho Jagustynka i zamilkła, bo Józka
rozgniewana zaczęła nawoływać Witka, co się był
wałęsał gdzieś nad rzeką, a Jagna się nie
wtrącała do tej rozmowy - uśmiechała się ino
niekiedy, że się to jej jarmark przypomniał, i nosiła
kapustę, a skoro wóz był już pełen, Szymek jął
wyjeżdżać ku drodze.
- Ostajcie z Bogiem - rzuciła do sąsiadek.
- Jedźta z Bogiem, my też zaraz... Jaguś, a
przyjdziesz do nas obierać, co?
- Powiedz ino, kiedy potrza, a przyjdę, Józia,
przyjdę...
- A w niedzielę chłopaki wyprawiają muzykę u
Kłębów, wiecie to?
- Wiem, Józia, wiem.
- Spotkacie Antka, to powiedzcie, że czekamy, niech się
pośpieszy - prosiła Hanka.
- Dobrze, dobrze...
Pobiegła prędzej, żeby dognać wóz, bo Szymek
odjechał był już ze staję, że ino go słychać
było, jak klął na konia; wóz grzęznął i zarzynał
się aż po osie w rozmiękłym, torfiastym gruncie, że
na dołkach i w gorszych miejscach oboje musieli pomagać
koniowi, żeby wyciągnął z trzęsawiska.
Milczeli oboje, Szymek wiódł konia i zważał, żeby
nie wywrócić, bo dołów wszędzie było pełno, a
Jagna szła z drugiej strony, podpierała ramieniem wóz
i rozmyślała, jak się to trzeba wystroić na to
obieranie do Borynów.
Mrok zapadał prędko, że ledwie konia widać było,
deszcz jakby przestał, tylko mokra, ciężka mgła
wisiała, że oddychać było ciężko, a górą szumiał
głucho wiatr i bił w drzewa na grobli, do której
dojeżdżali właśnie.
Podjazd na groblę był ciężki, bo stromy i śliski,
koń utykał i co krok przystawał odpoczywać, że
ledwie zdzierżeli wóz, żeby nie uciekł.
- Nie trza było tyle kłaść na jednego konia! - ozwał
się jakiś głos z grobli.
- To wy, Antoni?...
- Juści.
- A pośpieszajcie, bo już tam Hanka was
wypatruje...Pomóżcie nam...
- Poczekajcie, niech ino zejdę, to pomogę. Pomroka
taka, że nic nie widać.
Wjechali zaraz na groblę, bo tak potężnie podparł,
aż koń ruszył z kopyta i zatrzymał się dopiero na
wierzchu.
- Bóg wam zapłać, ale też mocni jesteście, że
laboga!- wyciągnęła do niego rękę.
Zamilkli nagle, wóz ruszył, a oni szli koło siebie nie
wiedząc, co mówić, zmieszani dziwnie oboje.
- Wracacie to? - szepnęła cicho.
- Ino cię do młyna odprowadzę, Jaguś, bo tam w drodze
woda wyrwę zrobiła.
- To dopiero ciemnica, co? - wykrzyknęła.
- Boisz się, Jaguś? - szepnął przysuwając się
bliżej.
- Hale, bałabym się ta...
Znowu zamilkli i szli tak przy sobie, że biodro w
biodro, ramię w ramię...
- A oczy to się wam świcą jak temu wilkowi... aże
dziwno...
- Będziesz w niedzielę na muzyce u Kłębów?
- A bo to matka mi dadzą...
- Przyjdź, Jaguś, przyjdź... - prosił cichym,
przyduszonym głosem.
- Chcecie to? - zapytała miękko, zaglądając mu w
oczy.
- Laboga, a dyć ino la ciebie zgodziłem skrzypka z Woli
i la ciebie namówiłem Kłęba, żeby dał chałupy, la
ciebie, Jaguś szeptał i tak przysuwał twarz do jej
twarzy, i dyszał, aż się cofnęła nieco i zadygotała
ze wzruszenia.
- Idźcie już... czekają na was... jeszcze kto nas
obaczy... idźcie...
- A przyjdziesz?
- Przyjdę... przyjdę... - powtórzyła obzierając się
za nim, ale już zniknął w mgle, tylko odgłos jego
kroków słychać było po błocie.
Dreszcz nią wstrząsnął gwałtowny i coś jak
płomień wichrem przeleciał przez serce i głowę; aż
się zatoczyła. Ani wiedziała, co się jej stało, oczy
ją paliły, jakby zasypane zarzewiem, tchu złapać nie
mogła ni przyciszyć serca namiętnie bijącego;
rozkładała ręce bezwiednie, jak do obejmowania,
rozprężała się w sobie, bo ją brały takie szalone
ciągotki, że omal nie krzyczała... dopędziła wozu,
chwyciła się luśni i choć nie potrza było, tak
potężnie pchała, aż wóz skrzypiał, chwiał się i
główki spadały w błoto... a przed oczami cięgiem
widziała jego twarz i oczy roziskrzone, pożądliwe...
palące...
- Smok, nie chłop... chyba takiego drugiego we świecie
nie ma... - myślała bezładnie.
Oprzytomniał ją turkot młyna, obok którego
przejeżdżali, i szum wody płynącej na koła i spod
stawideł otwartych, bo przybór był ogromny. Rzeka z
rykiem głuchym spadała na dół i rozbita na białą
miazgę, kłębiła się i jaśniała w rzece
rozlewającej się szeroko.
W domu młynarza, stojącym zaraz przy drodze; już się
świeciło i przez szyby przysłonięte firankami widać
było lampę stojącą na stole.
- Mają lampę kiej u dobrodzieja albo i we dworze jakim
-Bo to nie bogacze?... Grontu to ma więcej od Boryny i
na procenta pieniądze daje, i na mieleniu to nie okpiwa,
co: - ciągnął Szymek.
- Żyją kiej dziedzice... Takim to dobrze... Po pokoju
chodzą... na kanapach się wylegują... w cieple
siedzą... słodko jadają, a ludzie na nich robią... -
myślała, ale bez zazdrości, nie słuchając Szymka,
któren o ile mrukliwy był o tyle kiej się rozgadał,
to już bez nijakiego końca.
Dowlekli się wreszcie do chałupy.
W izbie widno było i ciepło, ogień buzował się
wesoło na trzonie; Jędrzych obierał ziemniaki, a stara
nastawiała kolację.
Jakiś stary, siwy człowiek grzał się przy kominie.
- Skończyliście, Jaguś?
A ino, telo że ta ździebko, może ze trzy płachty,
ostało na zagonie.
Poszła do komory się przebrać i wkrótce już się
zwijała po izbie i narządzała jedzenie pilnie
poglądając i ciekawie na starego, któren siedział w
głębokim milczeniu, patrzał w ogień, przebierał
ziarna różańca i poruszał ustami. A gdy siadali do
kolacji, stara położyła łyżkę dla niego i
zapraszała.
- Ostajcie z Bogiem... zajrzę tu jeszcze, bo może i w
Lipcach ostanę na dłużej...
Uklęknął na środku izby, pochylił się przed
obrazami, przeżegnał i wyszedł.
- Kto to? - zapytała Jagna zdziwiona.
- Wędrownik ci to święty, od grobu Jezusowego idzie.
Dawno go znam, już tu nieraz bywał i przynosił
świętości różne... Jakoś ze trzy roki temu...
Nie skończyła, bo wszedł Jambroży, pochwalił Boga i
usiadł przed kominem.
- Ziąb taki i plucha, że aże mi moja drewniana noga
skostniała
- Wam też po nocy i takim błocku łazić... nie
siedzielibyście to w chałupie i pacierze se
przepowiadali...mruczała Dominikowa.
- Cniło mi się samemu, tom do dzieuch wyszedł i do
ciebie, Jaguś, pierwszej wstąpiłem...
- Kostucha waszej dziewusze na imię...
- Z młodszymi hula, a o mnie całkiem zabaczyła!...
- Ale?... - zagadnęła Dominikowa pytająco.
- Prawdę mówię. Dobrodziej był z Panem Jezusem u
Bartka za wodą...
- Cie... na jarmarku widziałam go zdrowym...
- Zięciaszek ci go tak sprał kołkiem, że aż mu
wątpia odbił.
- O cóż, kiedy?...
- A o cóż ba, jak nie o gront. Wadzili się już z
pół roku, aż się i dzisiaj w połednie porachowali.
- Że to kary boskiej nie ma na tych zabijaków- ozwała
się Jagna.
- Przyjdzie, nie bój się, Jagno, przyjdzie - rzekła
twardo stara wznosząc oczy na obrazy święte.
- A kto już pomarł, nie wstanie - szepnął Jambroży
cicho.
- Siadajcie do miski, zjecie, co jest.
- Nie od tegom, nie. Miseczce jednej, bele dużej,
poradzę jeszcze - podkpiwał.
- Wam to ino przekpiwania w głowie i zabawa.
- Tyla i mojego, tyla, na cóż mi turbacje, hę?
Obsiedli ławkę, na której stały miski, i jedli wolno
i w milczeniu. Jędrzych pilnował, żeby dokładać i
dolewać, tylko Jambroży raz po raz powiadał jakie
słowo ucieszne i sam się śmiał najbardziej, bo
chłopaki, chociaż rade były się pośmiać, bali się
srogiego wzroku matki.
- Dobrodziej w domu? - zagadnęła pod koniec.
- A gdzie by na takie błoto? Tak Żyd w książkach
siedzi.
- Mądry ci on, mądry...
- I dobry, że nie znaleźć lepszego... - dodała Jagna.
- Juści... pewnie... na brzuch se nie pluje ani drugiemu
na brodę, a co mu kto da, weźmie...
- Nie pletlibyście bele czego.
Powstali od kolacji. Jagna ze starą siadły do kądzieli
przed kominem, a synowie jak zwykle zajęli się
sprzątaniem, myciem naczyń i obrządkiem. Tak już
zawżdy u Dominikowej było, że synów swoich
dzierżyła żelazną ręką i rychtowała ich na
dziewki, żeby ino Jagusia rączków se nie pomazała
Jambroży zapalił fajkę ,pykał w komin, to poprawiał
głownie i dorzucał gałęzi i raz w raz spoglądał na
kobiety, ważył cosik w głowie i układał.
- Były pono u was swaty?
- Abo to jedne.
- Nie dziwota, Jagna kiej malowana. Dobrodziej
powiedział, że i w mieście nie spotkać piękniejszej:
Jagna poczerwieniała z ucieszności.
- Tak powiedział! Niech mu Bóg da zdrowie! Dawno się
już zbierałam zanieść na wotywę, dawno, ale jutro
zaraz zaniesę.
- Przysłałby tu jeszcze ktoś z wódką, ino się boją
ździebko... - zaczął po cichu.
- Parobek?... - zapytała stara nawijając na furkoczące
po podłodze wrzeciono.
- Gospodarz na całą wieś, rodowy... ale wdowiec.
- Dziecków cudzych kolebała nie będę...
- Odchowane, nie bój się, Jaguś, odchowane.
Co jej tam po starym... ma jeszcze lata... poczeka się i
na młodego, jak się jej uda jaki.
- Takiego nie braknie, a bo to młodych brak? Jak świece
chłopaki, papierosy palą, w karczmie tańcują,
gorzałkę piją i ino patrzą za dzieuchami, która
jakie morgi ma i trochę gotowego grosza, żeby balować
było za co... Gospodarze juchy, do połednia śpią, a
po połedniu taczkami gnój wożą i motyczkami orzą
pole...
- Na poniewierkę takiemu Jagny nie dam.
- Nie próżno mówią, żeście we wsi najmądrzejsza...
- Ale i za starym też uciechy nijakiej dla młódki...
- A bo to do uciechy nie ma młodych?
- Staryście kiej świat, a pstro wam jeszcze we łbie
powiedziała surowo.
- I... gada się, byle ozór nie skiełczał.
Zamilkli na długo.
- Stary uszanuje i na cudzy grosz niełasy - podjął
znowu Jambroży.
- Nie, nie, ino obraza boska z tego bywa.
- Mógłby zapis zrobić - rzekł serio wytrząsając
fajkę na trzon.
- Jagna ma dosyć swojego - odpowiedziała po chwili,
wahająca już i niepewna.
- Więcej by on dał, niźli wziął, więcej.
- Rzekliście!
- Co wiadomo; nie z wiatru wziąłem ani z pomyślunku
nie od siebie przyszedłem...
Milczeli znowu. Stara ogładzała długo rozwichrzoną
kądziel, potem pośliniła palec i jęła wyciągać
lniane włókna lewą ręką, a prawą puszczała w wir
wrzeciono, że z warczeniem, kieby bąk, kręciło się
po podłodze i furkotało.
- Jakże? Ma to przysłać?
- Któren?
- Nie wiecie to? A dyć tamten ! - wskazał przez okno na
światła, ledwie migoczące przez staw, u Boryny.
- Dorosłe dzieci, dobrego słowa nie dadzą i prawa do
swoich części mają...
- Ale może zapisać to, co jego... jakże?... A chłop
dobry i gospodarz nie bele jaki, i pobożny, i krzepki
jeszcze, sam widziałem, jak se korzec żyta zadawał na
plecy. Już tam by Jagnie nic nie brakowało, chyba tego
ptasiego mleka... a że wasz Jędrzych na bezrok do
wojska staje... to Boryna z urzędnikami się zna, wie,
do kogo trafić, mógłby pomóc. ..
- Jak ci się widzi, Jaguś?...
- Mnie ta wszystko jedno, każecie, to pójdę. . wasza w
tym głowa nie moja... - mówiła cicho, wsparła czoło
na kądzieli i zapatrzyła się w ogień bezmyślnie. i
słuchała wesołego trzaskania gałązek. Ten czy
tamten, wszystko było jej zarówno - wstrząsnęła się
tylko nieco na przypomnienie Antka.
- Jakże? - pytał Jambroży powstając z ławki.
- Niech przysyłają... zrękowiny nie ślub jeszcze
odrzekła wolno.
Jambroży pożegnał się i poszedł prosto do Boryny.
Jagna wciąż siedziała nieruchoma i milcząca.
- Jaguś... córuchno... co?...
- A nic... wszyćko mi zarówno... każecie, to pójde za
Borynę... a nie, to ostanę przy was... bo mi to źle z
wami?..
Stara przędła dalej i mówiła cicho:
- Najlepiej chcę la ciebie, najlepiej... Juści, że
stary on jest, ale krzepki jeszcze, i ludzki, nie tak jak
drugie chłopy, uszanuje cię... Panią se będziesz u
niego, gospodynią... A jak zapis zrobi, to już go tak
narychtuję, żeby gront wypadł wpodle naszego, koło
żyta pod górką...
a choćby i ze sześć morgów zapisał... Słuchasz to ?
Ze sześć morgów! A trza ci iść za chłopa... trza...
po co mają wygadywać na ciebie i na ozorach obnosić po
wsi ?... Wieprzka by się zabiło... a może i nie...
może... - umilkła i już w głowie układała sobie
resztę ,bo Jaguś jakby nie słyszała jej słów,
przędła machinalnie ,i jakby jej nie obchodził los
własny, własny, tak nie myślała o tym zamężciu.
A bo to jej źle było przy matce? Robiła, co chciała,
i nikt jej marnego słowa nie powiedział. Co ją tam
obchodziły gronta, a zapisy, a majątki - tyle co nic,
abo i mąż? Mało to chłopaków latało za nią? -
niechby tylko chciała, to choćby wszystkie na jedną
noc się zlecą... i my1 jej leniwie się snuła jak nić
lniana z kądzieli i jak ta nić okręcała się ciągle
jednako na tym, że jak matka każą, to pójdzie za
Borynę... Juści, że go nawet woli od innych, bo kupił
jej wstążkę i chustkę... juści... ale i Antek by
kupił to samo... a i inne może... żeby tylko miały
Borynowe pieniądze... każden dobry... i wszystkie
razem... a bo ona ma głowę, żeby wybierać! Matki w
tym głowa, żeby zrobić, jak potrza...
Zapatrzyła się znowu w okno, bo poczerniałe, zwiędłe
georginie, kołysane przez wiatr, zaglądały w szyby,
ale wnet zapomniała o nich, zapomniała o wszystkim,
nawet o sobie samej, zapadła w takie prześwięte
bezczucie, jak ta ziemia rodzona w jesienne martwe noce -
bo jako ta ziemia święta była Jagusina dusza - jako ta
ziemia. Leżała w jakichś głębokościach nie
rozeznanych przez nikogo w bezładzie marzeń sennych -
ogromna a nieświadoma siebie - potężna a bez woli, bez
chcenia, bez pragnień martwa a nieśmiertelna, i jako
tę ziemię brał wicher każdy, obtulał sobą i
kołysał, i niósł tam, gdzie chciał... i jako tę
ziemię o wiośnie budziło ciepłe słońce,
zapładniało życiem, wstrząsało dreszczem ognia,
pożądania, miłości a ona rodzi, bo musi; żyje,
śpiewa, panuje, tworzy i unicestwia, bo musi; jest, bo
musi... bo jako ta ziemia święta, taką była Jagusina
dusza - jako ta ziemia!...
I długo tak siedziała w milczeniu, ino te oczy gwiezdne
świeciły się kiej spokojne wody w wiośniane
południe, aż ocknęła z nagła, bo ktosik otwierał
drzwi do sieni.
Wbiegła Józka zadyszana, przypadła do komina,
wylewała z trepów wodę i rzekła:
- Jaguś, jutro u nas obieranie, przyjdziesz?
- Przyjdę.
- W izbie będziemy obierali. Jambroży tam siedzą u
tatula, tom się chyłkiem wyrwała na wieś, żeby ci
powiedzieć. Będzie Ulisia i Marysia, i Wikta, i
pociotkowe, i drugie... I chłopaki przyjdą... Pietrek
obiecał się ze skrzypicą...
- Któren to?
- A Michałów, co za wójtem siedzą, co to w kopanie
przyszedł z wojska... i tak mówi pokracznie, że go i
wymiarkować trudno...
Natrzepała, co ino mogła, i poleciała do dom.
Cisza znowu objęła izbę.
Czasami deszcz uderzał w szyby, jakby kto przygarścią
piasku rzucił, to wiatr szumiał i baraszkował w sadzie
albo dmuchał w komin, że głownie się rozsypywały po
trzonie, i dym buchał na izbę... a cięgiem warczały
wrzeciona po podłodze.
Wieczór ciągnął się wolno i długo, aż stara
cichym, drżącym głosem zaśpiewała:
Wszystkie nasze dzienne dzienne sprawy...
A chłopaki z Jagną wtórowali z cicha, a tak
przenikliwie aż kury w sieni na grzędach krzekorzyć
zaczęły i pogdakiwać.
|