|
|
|
|
|
|
||
|
(zachowano pisownię wydania
oryginalnego) |
||
|
21. marca Nie wiem, czy ja potrafię co napisać, bo cała .się trzęsę, jeszcze dziś nie mogę się uspokoić, a wczoraj to był sądny dzień! Boże — Boże! Co się stało! -- Langiewicza już niema i obozu już niema i wojska naszego niema, wszystko rozbite, — wszystko w ucieczce! Zaraz po obiedzie siedziałyśmy koło łóżka mamy, :gdy wbiega Marysia i woła: panienki, panienki! Stefcia wybiega, ja za nią, a tu już krzyczą w sieni, że pełno po polach ludzi pieszych i konnych. Wpadamy z tą wieścią do pokoju, porywamy coś na siebie i biegniemy. Na dworze nie było zimno — czarna ziemia przeglądała ze śniegu, ale było dość sucho. Wybiegłyśmy za wieś, patrzymy — po polach pełno ludzi. Na przełaj, przez jakieś ścierniska biegniemy ku grupie ludzi. — Kto panowie jesteście? — pytamy, wołamy, krzyczymy. — Powstańcy z obozu Langiewicza — Co? Jak? Przystaje kilku z nich i opowiada nam przerażonym, że wczoraj była bitwa pod Grochowiskami, że polskie wojsko rozbite, że Langiewicz ze sztabem przeszedł granicę, że część tylko wojska uszła w lasy, ale że Czengieri ich goni i wszystkich wybije. Biegniemy dalej i znów to samo nam opowiadają. Jeden taki jakiś oberwaniec z jasnym zarostem, w nędznym odzieniu, zaczął nam opowiadać, że on usługiwał Langiewiczowi, że właśnie jak nastawiał onegdaj wieczór samowar, to Langiewicz miał ze swoim sztabem naradę, że wnet pikiety dały znać, że Moskale otaczają obóz i bitwa się zaczęła — straszna, krwawa! ' Wtem nadchodzi patrol austrjacki i zaczyna się aresztowanie — odbierają tym biedakom broń i pędzą gdzieś! Nadchodzi drugi patrol — patrzymy, wszędzie patrole, po kilku uzbrojonych żołnierzy — może im gdzie dadzą przytułek, może ich nakarmią biedaków. Och! jakże mi coś jęczy w sercu. Nadjeżdża jakiś na koniu. Dwóch siedzi na jednym koniu, na przedzie jakiś młody człowiek, blady, noga owinięta szmatą, z pod której sączy się krew — za nim siedzi mały chłopczyna, może 12-letni, także blady i zmęczony, ale widać, że silniejszy od rannego, bo go podtrzymuje wpół całą siłą. Zbliżamy się prędko do nich, aby się dowiedzieć jakichś szczegółów o bitwie gdyż w tej chwili nadchodzi patrol austrjacki, żołnierz czy podoficer chwyta za uzdę konia i każe rannemu schodzić. Ten zaczyna jęczeć i błagać, aby go nie ściągał z konia, ale żołnierz go szarpie i powtarza rozkaz. P. Emilia i Stefcia zaczynają krzyczeć i gniewać się na żołnierza. Ja nie wiedziałam już co robić, jak pomódz temu biedakowi, — strasznie mi było. Zbliżyłam się do żołnierza i pocałowałam go w rękę — mówiąc po cichu — „puść go pan". Żołnierz tymczasem jakby się zawstydził — cofnął rękę, spojrzał na mnie i spiesznie się oddalił z całym patrolem. P. Emilia i Stefcia gniewały się na mnie, że tego żołnierza pocałowałam w rękę. Wszędzie, wszędzie koło nas, pełno było powstańców — ja chciałam już rannego do domu odprowadzić i pomogłyśmy małemu chłopcu wsiąść znów na konia. On mówił, że był też w obozie i bił się z Moskalami — taka mała bieda! W tej chwili zbliżyło się do nas kilku bardzo eleganckich powstańców. Ci panowie dziwili się bardzo, że Langiewicz przeszedł granicę, że oni zaraz pójdą napowrót do Królestwa, i że bardzo dużo naszych zdołało się przedrzeć i formują się z powrotem w silne oddziały. Podobno oddział Chmielińskiego najlepszy, wyćwiczony i uzbrojony i Chmieliński bardzo dzielny i surowy dowódzca. Mówili, że Chmieliński nie byłby przeszedł granicy, gdyby był dyktatorem, jak Langiewicz. Jeden z tych panów przedstawił nam się jako Jasieński i prosił i zaklinał, aby gdzie ukryć jego broń, której chciał jeszcze użyć w walce z Moskwa. Nieznacznie pokazał na mostek na łączce, że tam broń ukrył. Obiecałyśmy mu, że we dworze schowamy i pobiegłyśmy do mostku, gdzie rzeczywiście ukryta była broń. Śliczny, nowiutki sztucer, karabiny, rewolwery i szable — pozabierałyśmy cośmy mogły i przez i te mokre pola szłyśmy do domu w okropnym strachu, żeby nas patrol austrjacki nie spotkał. W podwórzu pełno było już powstańców — siedzieli, leżeli i widać było rannych między nimi. Wbiegłam do sieni, a raczej wlokłam się, bo miałam pod peleryną rewolwery i szable, chcąc to jaknajpredzej zrzucić, otwieram drzwi do naszego pokoju i słyszę tam wielki krzyk mamy. Na środku kilku powstańców, a jeden z nich blisko łóżka mamy klęczy i coś błagalnym głosem mówi. A mama krzyczy: „Zdrajcy, uciekinierzy, — precz stąd — wyście Ojczyznę zdradzili, wyście z pola walki uciekli — precz, precz!" Boże! co to jest, nigdy jeszcze mateczki nie słyszałam tak strasznie krzyczącej, nigdy nie widziałam tak okropnie rozgniewanej. Przypadłam do jej łóżka, za mną kilku powstańców, zaczęli mamę całować po rękach i zaklinać się, że oni nie zdrajcy, ze oni nie uciekli — że po krwawej bitwie zmuszeni byli przejść granicę, razem ze sztabem — z Langiewiczem. Co się działo, co się działo! Oni poklękali przy łóżku mamy, i prawie ze łzami do niej przemawiali, a ona po chwili upadła na poduszki i szlochać zaczęła! Nadeszła p. Emilia ze Stefcią—poskładałyśmy tą broń na łóżkach naszych pod kapami. W kilka godzin później już nie wielu było widać powstańców, a jak ojczuś przyszedł, to nas zaraz uspokoił, że to nie była żadna klęska, tylko zwycięstwo pod Grochowiskami! Jedno jest wielkie nieszczęście, a to, że istotnie Langiewicz ze swoim sztabem przeszedł granicę. Ale czemu ten Langiewicz opuścił wojsko! Nad wieczorem przyszedł jakiś starszy oficer od powstańców, zdaje mi się, że pułkownik — powiedział, że się nazywa Smiechowski i opowiadał dużo o tej bitwie pod Grochowiskami. I on mówił, że nasi zwyciężyli, i że wojsko nasze wcale nie rozbite, tylko właśnie jego oddział był zmuszony przejść granicę. Mówił, że. Polacy powinni byli wykorzystać to zwycięstwo i ścigać Moskali. Zachodził w głowę, dlaczego główny wódz i dyktator opuścił wojsko i przeszedł granicę. W tem musi być jakaś wyższa kombinacja, mówił ojczulek — ale ja tego nie pojmuję i nie mogę darować Langiewiczowi, że zamiast ścigać Moskali, wsławić się okropnie, on pozwala Austrjakom się aresztować. Ale ja przecież tego wszystkiego zrozumieć nie mogę, nawet nie mogłam ciągle słuchać co opowiadał pułkownik Smiechowski, bo p. Emilia i Stefcią zawołały mię, aby im pomódz schować te karabiny, szable i rewolwery pod sienniki, dopieroż będzie miękko spać — ale za to panowie Austrjacy nie znajdą! Potem usiadłam sobie z daleka i patrzałam na tego naszego gościa. Włosy miał już siwiejące, twarz nadzwyczaj miłą i uśmiech łagodny. Przed dwoma dniami był w bitwie krwawej — a teraz siedzi, taki cichy. Stefcia pytała g-o o Pustowójtównę, mówił, że biła się dzielnie, że pierwsza szła w ogień, że razem z Langiewiczem została aresztowana. Mama pytała go o Kazia, a gdy usłyszał nazwisko, przypomniał go sobie, jako porucznika kosynierów i zaręczał mamie, że go widział żywego, już z tej strony granicy. Podobno jechał na koniu i zdawało mu się, że był ranny. Mama płakała z radości i chciała całować po rękach tego pułkownika. Potem rządca dał mu konia, bo prosił o to i pojechał do Krakowa. 23. marca Dziś po południu, drzwi się nagle otwierają — w nich pan Władysław Rudzki, prowadzi naszego Kazia pod rękę! Naprawdę Kazio! Ale jakiż odmienny! Ten śliczny, wystrojony Kazio, wyglądał jak dziad jaki. W tej samej burce, ale brudnej, zgniecionej, twarz chuda, czarna, zarośnięta! Przytem taki słaby, ledwie się na nogach trzymał! Zaczął opowiadać o bitwie, ale język mu się plątał — p. Władysław mu pomagał — ale ojciec kazał im dać jeść i położyć spać. Pani Józ. żona rządcy — umieściła p. Władysława, a myśmy przyniosły balję, naniosły wody i nasz Kazik się wykąpał, a potem dostał świeżą bieliznę i ubranie. W końcu naszego pokoju ustawiliśmy łóżko, zasłonięte parawanem i tam nasz biedny powstaniec zasnął snem twardym. Mama się trochę uspokoiła, ojczuś przytulił się na kanapie, a my cichutko wsunęłyśmy się do łóżek —-lecz zaledwie światła pogasły — słyszymy dobijanie się okropne do głównych drzwi wchodowych, a po chwili i do naszych drzwi. Słyszymy szczek oręża, drzwi się z trzaskiem otwierają i stoją w nich żołnierze austrjaccy. Ten, co szedł naprzód, niósł latarkę i cały patrol wszedł z groźnymi minami do naszego pokoju. Ojciec wyszedł naprzeciw nich i pyta, czego chcą? A oni powiedzieli, że powstańców i broni. Ja zaczęłam się trząść cała, bo przecie nasze łóżka były pełne broni, a oni się zbliżyli i ten co trzymał latarka przyświecił nam nią w oczy. Na samym brzegu leżała p. Emilia, a że miała twarz dużą o męzkich rysach i krótko obcięte ciemne włosy — ten kapral wziął ją za powstańca i zawołał.— Ot jest powstaniec — proszę wstawać! Stefcia zaczęła aię ogromnie śmiać, a ja byłam tak wystraszona, że cała się pod kołdrę schowałam. Z trudem wytłumaczyła mateczka tym żołnierzyskom, że to panienki, ale poczciwi byli jacyś ci żołnierze, bo zaglądając do Kazia przewrócili na niego parawan, a jeden się odezwał: „ot biedaczysko, pod Grochowiskami go nie zabili, a tu go chciał parawan zabić," Mimo tego hałasu Kazio się wcale nie obudził i spał tak coś ze trzy dni. 2. kwietnia Takie przecież ciepło na dworze Jak w lecie — dziś graliśmy w „cerceau" na wielkim gazonie przed dworem. Ostatnie to już są chwile wesela, bo pan Władysław czeka tylko na Kazia, aby z nim razem iść znów do powstania. Wczoraj przywiózł nam Jeden z sąsiedztwa małego Francuzika, nazywa się Chabreuil i jest ogromnie wesoły i zabawny. Czeka na jakieś rozkazy, do którego ma iść oddziału, a że jest francuskim oficerem i odbył już kampania w Algierze, wiec podobno mają mu dać jakieś dowództwo. Wszyscy powstańcy już poszli i mój ranny też i zabrali sobie broń. Kazio ma teraz konia kasztana, po jakimś moskiewskim dragonie. Pewnie teraz pójdzie do kawalerji! Pan H. już dwa razy przywoził Francuza i zawsze się doskonale bawimy— ale to uciechy tylko chwilowe, bo ciągle słychać o bitwach, o okrucieństwach Moskali, a gazety pełne opisów różnych potyczek i bohaterskich czynów naszych powstańców. Już mam całą książeczkę z wypisanymi bitwami i nazwiskami naszych bohaterów. 16.kwietnia Dziś był się pożegnać mr. Chabreuil, dostał już nominację na dowódcę i jutro odjeżdża do oddziału Czachowskiego. Pojechał także p. Władysław, czekał na Kazia, ale Kazik jeszcze słaby, a wstyd młodemu człowiekowi siedzieć teraz bezczynnie. Ot jest i nowina, ojczuś każe nam się zbierać i wracać do domu! 18. kwietnia Ni stąd ni zowąd przyjechał Sciś S,, taki wesoły, nie znać, że jest oficerem — okropnie się śmiał, że go uśmiercili — dobrze mu się śmiać... Nie mógł się naopowiadać co to za wódz ten Chmieliński, okropnie odważny, mądry, śmiały, a taki surowy, że za niesubordynację śmiercią powstańców swoich każe. Chłopów wiesza, bo oni okropnie zdradzają naszych i wydają w ręce Moskali. 1. maja Już tydzień jesteśmy w domu! 5. maja Co za okropny wypadek mógł się stać dziś po południu. Nasz mały braciszek Tadzio wyszedł przed dom i bawił się w koniki, trzymając w ręku jakąś chabinę. Naokoło domu pełno rosyjskiego wojska, broń w kozłach, a oni śpiewają i krzyczą. Dwóch szyldwachów chodzi na straży tuż koło naszego parkanu. Stoję w oknie i patrzę, jak jeden z nich przystaje i woła do małego Tadzia: „Ty malczyk!" i coś tam jeszcze. Na to malec podnosi chabinę w górę i krzyczy: „Idi precz, ty Moskalu !" Żołnierz zdejmuje karabin z ramienia z nasadzonym bagnetem i woła groźnie: „Szto? Szto ty gawarisz?!" Ja stoję w oknie i czuję i wiem, że on Tadzia tym bagnetem przebije, a nie mogę się ruszyć. Nogi wrosły w ziemię. Wtem wypada z domu moja siostra Stefcia, łapie chłopaka i niby ze złości na niego, zaczyna trzepać go po spodenkach. Wbiegła pędem do domu z krzyczącem dzieckiem i drzwi zatrzasnęła za sobą. O, Stefcia jest dzielna dziewczyna. Odetchnęliśmy — ale czy na długo! 20. maja Ledwo jedno złe przeszło z Tadziem, znowu drugie!... Wczoraj przejeżdżał tędy jakiś pułkownik moskiewski jeszcze dawny znajomy ojczusia i ojczuś zaprosił go na śniadanie. Gdy służąca wnosiła tacę, wśliznął się za nią Tadzio, a że ładny chłopczyk i zawsze czyściutko ubrany, więc pułkownik przyciągnął go do siebie, zaczął do niego mówić, wreszcie pyta go, sadzając na kolano: „A co, lubisz mię mały?" — Chłopiec spojrzał chmurnie i powiada: „Nie — ja nie cierpię Moskali!" Moskal zrzucił dziecko z kolan, trzasnął drzwiami i wyszedł, nie chcąc śniadania. 22. maja Wczoraj byłyśmy z mateczką w Krakowie. Co za nowiny! Już b. m. zginął drugi syn ciotki P. w bitwie pod Kobylanką w oddziale Jeziorańskiego. Myśmy się tak cieszyli tym zwycięstwem, nie wiedząc, że biedny Władzio tam padł. Widzieliśmy jedną panią, co przyjechała z Warszawy; mówiła, ze ciotka o śmierci Władzia już wie i jest jak zawsze spokojną tylko podobno całkiem posiwiała. W Krakowie pełno portretów poety Mieczysława Romanowskiego, który zginął w bitwie. — Taki poeta, delikatny, może i strzelać nie umiał, choć opowiadają, że bił się jak lew. 24. maja Dziś taki wesoły dzień, był zawsze dla nas, bo to mateczki urodziny! Zawsze wstajemy w tym dniu przed wschodem słońca, powtarzamy jeszcze powinszowania i wiążemy bukiety kwiatów. Bo mateczka nadzwyczaj lubi kwiaty i dzień przedtem zbieramy je w lesie, po łąkach, a i w naszym ogrodzie jest trochę wczesnych. Dziś mateczka się rozpłakała i powiedziana, że na każdym kwiatku widać krople krwi i tak zamiast wesołości, jak bywało zwykle, zamiast białych sukienek z niebieskimi szarfami, tośmy przyszły czarno ubrane, smutne — smutkiem całej Polski' Stefcia mi zabroniła pokazywać duś mateczce gazetę świeżą, bo w niej jest wiadomość o rozstrzelaniu Padlewskiego, i taki jest wstrząsający opis jego śmierci, że i p. Emilia i my obie szlochałyśmy głośno — ale to było w ogrodzie w altanie, wiec mateczka nie słyszała Dziś jej urodziny, i tyle się już napłakała — i o Kaziu nic nie wie, nawet nie wiemy w jakim jest oddziale, Padlewski szedł na śmierć jak prawdziwy bohater, spokojny, pogodny i pełen wiary, że Polska będzie wolna, Oczy miałam od łez czerwone i mateczka to spostrzegła i myślała, że Kazio zginął! Przysięgłam jej, że nie i uwierzyła. Siedząc w altanie okropnie zawalałam moją czarną sukienko, którą dziś na te uroczystość ubrałam. Spostrzegłszy to zrobiłam tak żałosną miną, że mama może pomyślała, że ja o tę sukienkę płakałam. Ale niech tam, jutro mateczce powiem. 25. maja Pani Józ. z L. gdzieśmy mieszkali na wsi zawiadomiła nas, że przyjechał' Chnbreuil i prosi na wszystko, aby się mógł z nami widzieć i pożegnać. Poszłyśmy i przez lasek byłyśmy w pół godziny na miejscu. Chabreuil'... Czy to on naprawdę, ten drobny, delikatny, z kręconymi loczkami nad czołem? Ale gdzieżtam! To jakiś suchy, czarny, opalony jak węgiel powstaniec, z krótko ostrzyżonymi włosami. Patrzyłyśmy na niego zdumione, a on serdeczny jak zawsze, ale taki poważny, taki przejęty wojna, że wzbudzał w nas jakieś uwielbienie. Miał jeszcze dziś przejść granicę z powrotem do swego oddziału, więc nam w krótkości opowiedział o bitwach, w których brał udział, szczególnie w bitwie pod Stefankowem, gdzie za męstwo, został przez Czachowskiego odznaczony. Czuć było, że mówi prawdę, że nie bisuje i przez to robił bardzo sympatyczne wrażenie, Gdyśmy się z nim żegnały, doznałam jakiegoś złego przeczucia — zdaje mi się ten Francuzik dzielny... zginie niedługo — może to też fałszywe przeczucie... Ale najważniejszej rzeczy nie napisałam, że Kazia naszego widział, że jest u Czachowskiego w kawalerji, — Dopiero się mateczka ucieszy! W lipcu 1863 r. Dano znać ojcu, że Kazio chory w Krakowie. Przywieźliśmy go pokryjomu do domu. Powiedział nam, że Chabreuil przed tygodniem zginął, a Kazik biedny przeziębił się i już trzeci dzień leży. Doktor mówi, że silny tyfus, — ciągle śpiewa krakowiaki i ciągle, bezustanku, zaczyna opowiadać o bitwie pod Goszczą i Grochowiskami. Czy tylko nie umrze! Granica teraz znów obsadzona obieszczykami, co kilkanaście kroków stoi taki kusy Moskal, a niema dnia, żeby nie było słychać strzałów to bliżej nas, to dalej wzdłuż granicy. Dawniej to przenosili różne towary i wódkę — ale teraz ojczulek mówi, że to najprędzej broń dla naszych szwarcują. A może tylko tak dla dodania sobie odwagi strzelali, bo oni się Polaków strasznie boją i nieraz widzimy przez okno, jak całe oddziały tych obieszczyków uciekają co koń wyskoczy i krzyczą: ,Palaki, Palaki, idut!"' czy jak tam, bo ja nie umiem po rosyjsku. 24. lipca. Dziś Kazio trochę spokojniejszy, nie rzuca się tak, nie komenderuje na Moskali, tylko śpiewa znów krakowiaki i co trochę rozpoczyna w malignie opowiadanie: „było to 19. marca... i t. d. — bitwa pod Grochowiskami..." Wczoraj wieczór już był trochę spokojniejszy i myśmy wszyscy cichutko w jadalnym pokoju usiedli koło stołu, a Stefcia nalewała herbatę, nasłuchując co chwila, czy chory śpi, bo ona go najwięcej pielęgnuje — gdy wtem drzwi od sieni po cichu się otwierają i wchodzi ktoś: młody człowiek, jasny blondyn, ubrany w popielatą czamarę. Zbliża się do stołu, wyjmuje jakiś papier z kieszeni i podaje go ojcu. Ojczuś czyta i z jakiemś przerażeniem spogląda na niego. — Pan jesteś żandarm wieszający? — pyta szeptem. — Tak — odpowiada — i proszę, aby mnie zaraz przeprowadzić przez granicę. — Panie, czy pan wie, że nie tylko panu grozi śmierć, ale i mnie i całej mojej rodzinie, jeśli pana złapią. — Wiem o tem, ale to jest rozkaz Rządu narodowego i ja dziś, teraz, zaraz muszę przejść granicę. Patrzyłam na niego z podziwieniem okropnym i ciekawością, bo tyle, tyleśmy czytali opisów o tych żandarmach, co wieszali zdrajców. Ja myślałam, że to muszą być ludzie wielkiego wzrostu, okrutni, straszni, a ten, co stał przed nami był sobie takim miłym blondynkiem, o łagodnym wyrazie twarzy, tylko z oczu jakieś iskry mu się sypały, gdy nas obrzucił wejrzeniem. Mateczka dała znak Stefci, aby mu podała herbatę, i szepnęła: „Usiądź pan — odpocznij", ale nie chciał, tylko patrzał na ojczulka tymi stalowymi oczami, jakby rozkazywał, lub groził. P. Emilia coś szepnęła mamie, a mama mówi: „Dziewczęta pójdą spacerem ku granicy i odprowadzą pana". Ale ojczulek zaprzeczył głową, wstał, wziął czapkę i kazał mu iść za sobą. Ten papier leżał na stole i ja zajrzałam do niego. Boże! Co za okropny papier l czarna trupia główka, potem jakieś nazwisko, a pod •wielkimi literami „Żandarm wieszający!" i jeszcze coś pisane, ale mi się w oczach zaćmiło i nic mogłam przeczytać... Ojczulek powiedział „zostaw pan ten papier, bo jak złapią, to wyrok śmierci na pana". Ale on się dziwnie jakoś uśmiechnął i rzekł: „mam ja i inne ważniejsze papiery przy sobie, a na śmierć jestem przygotowany". Sięgnął po ten straszny papier, schował go, ukłonił nam się i wyszedł za ojcem. Przycisnęłyśmy się wszystkie do mateczki — zaległa cisza grobowa, tylko słychać było z drugiego pokoju ciężki oddech chorego. Żadna ze służących nie wchodziła do pokoju, bo wiedziały, że trzeba być cicho, bo chory panicz zasnął, a myśmy tak stały bez ruchu, pewnie jakie pół godziny, choć mnie się zdawało, że to wieki całe! Naraz rozległ się strzał — jeden — drugi — trzeci — i mateczka i my trzy padłyśmy na kolana, wznosząc ręce do Boga, W tej chwili drzwi się otworzyły i wszedł cicho ojczulek .bardzo blady, ale spokojny. Żadna z nas nie miała siły zapytać, aż ojczulek sam nas uspokoił siadając ciężko na fotelu: — Nie bójcie się, on już bezpieczny za granicą. — Ale strzały? — pytała mateczka. — Strzelają, jak zwykle, do jakiejś kontrabandy, albo ze strachu. — A więc to były dalekie strzały, a nam się zdawało, że tuż nad głową strzelają! Otoczyłyśmy ojczulka, a on nam opowiedział jak to tyło. — Wzdłuż granicy biegnie szosa, a tuż za szosą, stoi rząd chat wiejskich z ogrodami, już po austriackiej stronie. Po tej stronie szosy, na naszej stronic stoi budka, gdzie w dniach targowych sprzedają mięso. Doszedłszy do szosy, ojczulek kazał tam żandarmowi wejść do tej budki i uważać. Skoro ojciec zagadawszy do żołnierza na warcie, obróci się z nim tyłem, niech skoczy przez szosę i dopadnie podwórka najbliższej z chat. Tak się też na szczęście stało! Noc była śliczna, pogodna, jasna. Ojczuś, niby idąc na spacer zaczepił żołnierza na warcie, ten zasalutował i bezwiednie dał się prowadzić kilkanaście kroków od budki. Żandarm miał dość czasu przebiedz szosę i wskoczyć do najbliższej chaty czy podwórka, a tam jest już bezpieczny. Ojczulek poszedł kawałek szosą niby na spacer, a będąc już przy domu z powrotem, usłyszał strzały, które nas tak okropnie przeraziły... (Tu zaginęły kartki). ...Czy kto kiedy słyszał, żeby księdza wieszać! A oni powiesili zacnego, drogiego księdza Mackiewicza! Kara boska musi ich za to spotkać! Powstanie nie upada, nasi się dzielnie biją — tylko niewiem dlaczego ani Anglia, ani Napoleon nie przychodzą z pomocą. Dowiedzieliśmy się, że bratanek ojczulka zginął w powstaniu, a drugiego rozstrzelali, bo byt oficerem w wojsku moskiewskim przed powstaniem. Drugiego brata syn, nasz stryjeczny brat Feliks, zesłany na Sybir. Kazia chce mama wywieźć i ukryć przed Moskalami — żeby tylko ta gorączka straszna ustąpiła!... Dobrze, że mamy poczciwe sługi, że nie zdradzają nas przed Moskalami... |
||
|
|
wersję
elektroniczną opracował |
|