(zachowano pisownię wydania oryginalnego)
 

A teraz niech się czytelnikowi zdaje, że jedno z dzieci w Grottgerowskiej „Wojnie" zeszło z obrazu i opowiada...

Pani Paulina ze Stamirowskich Konarzewska miała w r. 1863 wiosen dwanaście, patrzyła przerażonymi oczkami na wszystko, co działo się przed oknami białego dworku jej rodziców, ukradkiem notując w panieńskim kajecie. Być może, że w latach późniejszych poprawiła autorka tu i owdzie dziewczęce literki, ale to nie umniejsza wdzięku tego jedynego w swoim rodzaju dzienniczka, w którym Grottgerowskie sceny opisane są własnymi słowy przezywającego je podlotka!

----------------------------------------------------------------------------------

20. stycznia 1863

Nie śmiem dziś spojrzeć na tatusia, bo się czegoś boję, zdaje mi się, że się gniewa. I taki smutny. Ja okropnie ojczunia kocham, ale nigdy nie pieszczę się z nim, ojczuś tylko rękę daje do pocałowania, ale wiem, że dziś to się zgniewał i zmartwił bardzo. Przyjechali młodzi S. z sąsiedztwa, Kazio i Władzie. Ojczuś bardzo się przyjaźni z ich ojcem, a Kazia ogromnie lubi. Wysoki bardzo i dosyć tęgi, blondyn, Władzie szczuplejszy i podobno gorzej się uczy. Przyjechali dziś i tylko z ojczusiem przy zamkniętych drzwiach rozmawiali. Przyłożyłam ucho do klamki i słyszałam jak ojczuś wolał, ale takim głosem, jakby naprawdę płakał: „Dzieci, na miłość Boską, co wy robicie, porywacie się z motyką na słońce", a Kazio Strasz, mówił też jakimś dziwnym głosem. „Panie kochany, my zwyciężymy — pójdziemy wszyscy, Polska, Litwa, Ruś, a Francja i Anglia nam pomogą".

Uciekłam, bo się bałam że mnie spostrzegą i pobiegłam do naszego pokoju. Moja siostra Stefcia — o! ona jest już dorosła ma 17 lat — i nasza nauczycielka panna Emilia, niby Francuska — ale ze Szwajcarji, umie tylko po francusku mówić — siedziały przy sobie takie jakieś zmieszane, a ja się pytałam co to jest.

P. Emilia mi mówi: „Ecoułe Paulina" -— ale nie będę pisała po francusku — bo choć ją bardzo lubię i francuski język także, to przecie czasem się boję, żeby po polsku nie zapomnieć i aż mi się płakać chce, bo doprawdy już w nocy nigdy mi się nie śni po polsku, tylko po francusku i pytałam się mateczki, czy mnie się nigdy już nie będzie śniło po polsku ?

Mateczka się śmiała, co mię uspokoiło i nie? boję się już mówić po francusku, bo przecież obce języki są potrzebne — ale dzienniczek mój pisać będę tylko po polsku, bo nie lubię tej mieszaniny, makaronizmu. Doskonale pamiętam ten wyraz, bo do makaronu podobny. 
Otóż na moje natarczywe pytania i p. Emilia i Stefcia powiedziały mi, że będzie powstanie i że
już może jest, bo już wszystka młodzież z Warszawy uciekła do Kampinowskich lasów i właśnie Kazio i Władzio Str. tam w te lasy jadą.

Zrobił się jakiś ruch w przedpokoju, podbiegłyśmy i przez troszkę uchylone drzwi, widziałyśmy, jak mama błogosławiła Kazia i Władzia Str. i ojczuś ich ściskał i wszyscy zdaje mi się płakali, choć później obydwa i Kazio i Władzio Str. wesoło wykrzyknęli: „niech żyje Polska!" Ale ojczuś powiedział, „cicho, cicho" żeby służba nie słyszała, bo przecież wszędzie pełno Moskali i mogliby tych powstańców złapać.

Jakie to śliczne słowo „powstanie", — iść w lasy i bić się za Ojczyznę! Stefcia zaczęła klaskać w dłonie, skakać, cieszyć się, ale p. Emilia powiedziała, że to jest sprawa bardzo powabna i zdaje mi się, że ta kochana, moja Emilia miała łzy w oczach. Bo ona okropnie kocha swoją Helwecję, jak ją nazywa i taka dumna z tego, że jest Szwajcarką. Ja znów, nie chciałabym za nic, być czem innem jak Polką, za nic w świecie! — Ale ona naprawdę kocha teraz naszą Polskę, cette pauvre Pologne, jak mówi. Ubiera się zawsze czarno tak, jak Stefcia i Mateczka, tylko ja nie mam jeszcze czarnej sukni.

Mateczka już obiecała kupić mi czarną sukienkę, ale pewnie tylko na święto, bo ja okropnie plamię. Stefcia sobie obcięta włosy, a że jest z niej trzpiot straszny, więc namówiła p. Emilię, żeby sobie dała obciąć włosy. Tamta poczciwa tak kocha Polskę, że sobie pozwoliła obciąć, a Stefcia tak jej chlasnęła, że teraz wygląda, jak chłopak. Mnie i włosów nie pozwolili obciąć, mam duże jasne włosy, z których robię na przodzie kółeczka, mam duże, ciemnozielone oczy i jestem dosyć duża. Zdaje mi się także, że jestem ładna, ale to głupstwo — czyż się godzi myśleć o tem teraz, kiedy powstańcy idą do lasów t tam będą marznąć i głodem się morzyć, a Moskale będą ich gonić i strzelać do nich!

Boże l żeby tylko Francuzi i Anglicy przyszli z pomocą. Stefcia mówi, że napewne przyjdą. P. Emilię pytałam czy przyjdą i Szwajcarzy, ale ona mówi, że oni są biedni i tylko się biją za pieniądze.

— Fe! to nieładnie! No, ale jeżeli są biednie to trudno! P. Emilia też musi być biedna, skoro opuściła dom, rodzinę i przyjechała do nas, całkiem •obcych ludzi, nie umiejąc ani słowa po polsku, ani nawet po niemiecku.

2. lutego.

O niczem nie mówimy, tylko o powstańcach, — doprawdy ani się uczyć nie chce człowiekowi. Wczoraj było znowu coś nowego! Przyjechał Sciś S., kolega naszego Kazia z Warszawy. Zamknęli się z mateczką w pokoiku i coś dtugo rozmawiali, a potem jak wyszli, to mama tak dziwnie jakoś na mnie patrzała. Aż mi się gorąco robiło. Sciś siadł do fortepianu i niby coś grał, ale wciąż na mnie patrzał —-ja to czułam i nie byłabym za nic w świecie na niego spojrzała, za nic, wolałabym uciec z pokoju. Jak byłam mała, to mnie nazywał swoją i całował mię na przywitanie i na pożegnanie, ale teraz już ze dwa lata nie dam się pocałować.

Dawniej też chowałam dla niego i dla Kazia naszego wszystkie cukierki jakie dostawałam, ale teraz już nie — zawsze chowam cukierki dla jednej chorej staruszki, co bardzo kaszle.

Sciś wczoraj odjechał, pewnie do powstania, alem się nie śmiała nikogo spytać. Przy pożegnaniu spostrzegłam, że ma na małym palcu pierścionek, który w czasie wakacji dałam memu bratu Kaziowi.

5. lutego. 

Co za okropny popłoch między Moskalami! Codzień objeszczyki uciekają całymi gromadami, konno, piechotą, na wozach, a wszyscy tacy zestrachani, tacy przerażeni! Boże! Boże! żeby to już powstańcy przyszli, ale lepiej że Moskale uciekną, bo by mogła być bitwa, a to by było okropne.

Wszyscy uciekają do Miechowa, tam podobno pełno wojska moskiewskiego.

Ach! co za okropną miałam wczoraj przygodę; doprawdy, aż mi wstyd pisać! Jakiś oficer moskiewski,. znajomy ojczusia przyjechał się pożegnać — byliśmy w saloniku, gdy wszedł i po chwili zaczął się żegnać i proszę sobie wyobrazić, że naprzód mamę, potem p. Emilię, a potem mnie w rękę pocałował.

Stefcia uciekła i ja byłabym uciekła, ale to przecież niegrzecznie, zresztą czy ja mogłam przypuścić, że on mnie w rękę pocałuje! Wybiegłam z pokoju i zaczęłam płakać i rękę wycierać. Mateczka perswadowała, że on pewnie ma daleko rodzinę i myśli że go Polaki zabiją, więc się żegnał z nami, myśląc o swojej rodzinie.

6. lutego. 

Ciągle uciekają Moskale — ojczuś mówi, że mama musi z nami wyjechać do Galicji, bo tu niebezpiecznie, ale ja bym wolała zostać i widzieć powstańców. Boże! widzieć na koniach z lancami, chorągiewkami, jak gonią Moskali!

Dziś było słychać jakieś strzelanie — staliśmy wszyscy przed domem, bez tchu w piersiach — przykładaliśmy ucho do ziemi — słychać tak jakby armaty — gdzieś niedaleko nasi się biją. Przeleciał jeden i drugi Moskal na koniu — jak szalony, pewnie ich nasi pobili, może tu przyjdą! Całą noc nikt 'u nas nie zmrużył oka, rano ojczulek się dowiedział, że była jakaś utarczka za Proszowicami, ale że główne wojsko polskie idzie na Miechów pod dowództwem Kurowskiego. Moskali bardzo dużo w Miechowie, tam ściągnęli z całej okolicy. Czekamy na naszego Kazia. Mateczka mówi, że on już może w obozie u Kurowskiego, ale przecież powinien się z nami pożegnać.

10. lutego. 

Nic nie mogę napisać, bo się cała trzęsę, my ani śpimy, ani jemy — w ciągłej trwodze — boimy się Moskali i służby, a najwięcej boimy się złych wieści o naszych powstańcach. Ale są i chwile wielkiej radości — słychać, że niedaleko nas zbiera się wielki obóz, że ten Kurowski to wódz znakomity, ze wszystkich stron przybywają ochotnicy, nawet z Francji i Włoch i z Turcji.

Tam ma być tysiące powstańców i jeść mają dosyć, broni podobno im ciągle przywożą.

Moskale w okropnym strachu pouciekali, skąd tylko mogli i zamknęli się w Miechowie. Nasi górą — mój Boże, co za radość, będzie Polska i wojsko polskie i król polski — czasem myślę, że oszaleję z radości! A tak bym chciała zobaczyć tych powstańców, jak oni wyglądają! — Ale o Stasiu naszym nic nie słychać!

18. lutego.

Boże! co za radość! Co za nowina! Kazio przyjechał. Ale jaki Kazio! Jako powstaniec! Był już w obozie i dostał urlop tylko na 12 godzin, żeby się z rodzicami pożegnał. Ma być w strzelcach, ale jeszcze nie ma karabinu, ojczuś mu kupi, albo swoją fuzję mu da i rewolwer, i będzie powstaniec. Kazik powstaniec! Ja nie śmiałam się zbliżyć do niego, tylko ciągle chodziłam za nim i przyglądałam mu się.

Miał śliczną czerwoną koszulę, buty palone, a na głowie czapeczkę niebieską z białym barankiem. Taki był śliczny i taki dumny, jak chodził po podwórzu i nic się nie bał, bo przecież Moskali już niema.

Kraków, 20. lutego

Boże! co się stało! Tyle nieszczęścia, tyle krwi i tyle łez! Niewiem, jak ja to potrafię, ale choć w króciutkich słowach napiszę.

Gdy onegdaj zasnęłam, nagle zbudził mnie krzyk p. Emilii: „Pauline, Pauline, wstawaj — uciekamy — Moskale, nieszczęśliwa bitwa — Miechów się pali!" Ojciec chwyta nas na ręce — mnie i małego braciszka Tadzia i rzuca na wóz, gdzie już mama, Stefcia i p. Emilia siedziały.

Ciemno już — wyjeżdżamy za rogatkę austr. i tam z szosy, widzimy wielką łunę. To Miechów się pali! Jezus Marya, co się stało — gdzie nasi — czemu uciekamy? Rozlega się płacz na naszym wozie — wszyscy mi opowiadają, jak z krzykiem tryumfu nadleciał oddział moskiewskich objeszczyków — krzyknęli hurra, strzelali, i o mało ojczusia nie zabili, który wybiegł, myśląc że to nasi.

Przybiegli chłopi z wiadomościami, że Polaki pobite, że Miechów się pali, że Moskale ścigają powstańców, — ojciec kazał zaprządz i wyprawił nas do Krakowa, sam został.

Daleko od miasta tłumy ludzi — otaczają nasz wóz — krzyczą, płaczą, a wszyscy pytają czy z Miechowa jedziemy. Kobiety łamią ręce, lamentują — Boże, Miechów się pali — gdzie nasze dzieci?

Mama mówi, że najwięcej tam było z Krakowa i z okolicy — co się z nimi stało! W mieście pełno ludzi na ulicach — wszyscy biegają, jakby co szukali — ledwieśmy się przedostali na Piasek i tam przyjęli nas państwo Fibichowie, dawni nasi sąsiedzi ze wsi.

A teraz siedzę sama — wszyscy poszli dowiedzieć się co słychać.

Tego samego dnia w nocy.

Wróciła Mama z miasta — mówiła, że ojciec z naszym bratem Kaziem całą noc przeprowadzali powstańców przez granica. A co za straszne nowiny! Cały obóz Kurowskiego rozbity, ten największy wódz zgubił podobno całe wojsko, tak wszyscy mówią. — Boże! czy już Polska zginie?

Przyszedł do mamy telegram z Warszawy od jej siostry ciotecznej, od ciotki Pint., aby szukać jej. syna ukochanego — był w Heidelbergu i miał wprost do obozu Kurowskiego wyjechać.

Idziemy na ulicę. Czy to Kraków naprawdę? Nie — to chyba jakiś obóz — na ulicach pełno ludzi, w Rynku nie można się przepchać, a co trochę to powstaniec, albo dwóch albo dziesięciu. Gdzie większa grupą, tam biegniemy, mama pyta ich o Witolda, syna ciotki, jedni go widzieli w obozie, drudzy już w bitwie, inni wcale go nie znali. Wreszcie jeden wysoki blondyn w siwej barankowej czapce i kożuszku grzecznie się mamie kłania i pyta: czy pani matka ? — Nie, ciotka. „To pani powiem, że Witold P. zginął na rynku w Miechowie obok mnie. Wpadliśmy pierwsi na czele jazdy, ja jechałem po jednej stronie, Nencki po drugiej, a Witold w środku. On padł od kuli moskiewskiej, bo cała rota piechoty przywitała nas ogniem — co się stało z drugim w naszej trójce nie wiem, ja wpadłem w jakąś uliczkę» tam koń mój potknął się i padł."

Mama poprosiła tego pana, by szedł z nami, nazywał się Władysław Rudzki, oprócz niego zabraliśmy jeszcze dwóch, jeden był ranny, a drugi kolega Witolda z Heidelberga, chciał opowiedzieć matce o nim.

Pełno było rannych na ulicach, formalnie dobijali się o nich — każdy chciał mieć rannego powstańca. Byłyśmy przedtem w kilku domach, szukajać Witolda między rannymi — gdy on już tam leży w Miechowie, na kupie trupów, bo mówią wszyscy, że prawie cala ta kawalerja co wpadła na rynek, wyginęła!

Wróciliśmy nad wieczorem do domu i zastaliśmy już tam ciotkę P. Na pierwszy telegram, wiadomość jaka doszła do Warszawy o bitwie, siadła do pierwszego pociągu i przyjechała do Krakowa.

Dziwna a niezwykła kobieta! Bardzo serdecznie przywitała łych panów, jak gdyby to byli jej synowie i zaczęły się pytania. Oni nie chcieli jej prawdy powiedzieć, mówili, że może ranny, że się jeszcze w Krakowie znajdzie, brat przyprowadził jeszcze kilku powstańców i jeden napewno twierdził, że Witolda widział już po bitwie i że był zdrów. P. Władysław R. słuchał, ale był tak okropnie smutny, że ja sobie zaraz pomyślałam: „No, ten pewnie wie, że Witold zginął". A ciotka była spokojna, ani jednej łzy nie uroniła — rzekła tylko „gdybym go choć nieżywego dostać mogła".

Jeden z tych panów był z oddziału Rochebruna, to dzielny Francuz — dowodził żuawami i okropnie się bili ci źuawi, na cmentarzu w Miechowie. Podobno tam była prawdziwa bitwa i tam nasi zwyciężali, ale okropnie się wszyscy gniewają na Kurowskiego, że całą kawalerję dał na rzeź, jak mówili, bo im kazał zdobywać miasto tylko szablami, a tam było pełno piechoty — przywitali ich okropnym ogniem, a potem kozaki i objeszczyki na koniach gonili i dobijali naszych rannych bohaterów. Nawet niektórzy mówili, że Kurowski zdrajca, że naumyślnie ich tak poprowadził, ale to chyba nie może być — to chyba byłby szatan nie człowiek! Ciotka widać nie straciła nadziei, bo chce iść jutro szukać jeszcze Witolda między rannymi.

24. lutego w nocy.

- Mogę pisać tylko w nocy, bo w dzień takie zamieszanie, bieganina, to jęki, to płacz, że czasem mi się zdaje, że to jakiś okropny sen.

Co tam robi mój biedny, ukochany ojciec, sam jeden z tą boleścią w duszy. On przecież mówił „że porywacie się z motyką na słońce", bo przecież Moskali tak dużo, a naszych garstka! Ale wszyscy mówią, że to dopiero początek, że będzie powstańców tysiące, i że mocarstwa zagraniczne nam pomogą.

Chodzimy z ciotką po domach, gdzie są ranni, ale Witolda niema! Mnie nie wszędzie biorą — bo mama mówi, że ja się ogromnie przejmuję widokiem rannych i że zmizerniałam, ale ja tak proszę i całuję mateczkę, że mię czasem wezmą. A Kraków ciągle taki smutny— taki płacz słychać ogólny, że chyba nigdy już nikt nie będzie się śmiał w Krakowie — sprzedają ich fotografie, a ja dostałam jednego, Emanuela Moszyńskiego.

26.lutego.

Podobno już jest duży oddział powstańców, niedaleko komory Szyce. Z Krakowa już tam idą powstańcy. Mateczka kupiła burkę Kaziowi, taką brązową, powstańczą, karabin i pałasz i pistolet — wszystko, co potrzeba do powstania i ma go sama odwieźć do obozu. Ja dostałam już czarną sukienkę.

Ciotka już pojechała do Warszawy — nie znalazła ani śladu Witolda — nie płakała nic, wyjeżdżając mówiła, że spieszy wyprawić drugiego młodszego syna Władzia do powstania. „Spełniam obowiązek matki-Polki" — powiedziała i uśmiechała się przytem, choć serce musiało jej pękać z bólu, za Witoldem. Nasza mateczka też spełni obowiązek matki Polki i sama odwiezie Kazia.

28. lutego.

Był ojczuś kochany i mówił, że Anglija i Francja z pewnością nam pomogą. Podobno Kazio Str. zginął — co za szkoda, taki dobry i mądry chłopiec. Ojciec wczoraj odjechał z powrotem, a mama jutro rano odwozi Kazia — mnie pewnie nie wezmą?

2.marca.

Naturalnie, że mię nie wzięli, pojechała tylko-Mama ze Stefcią. Kareta była duża, konie dobre,. choć fiakierskie, a w karecie pełno broni i jedzenia, coś ze trzy koszyki. Wyjechali już nad wieczór i była całkiem noc, jak przejechali granicę w Szycach.

Wjechali w jakiś las i tam zaraz pikieta nasza ich zatrzymała „Kto jedzie"?! — pytał powstaniec. A Mama odpowiedziała: „Matka odwozi syna do-obozu". „Bodaj się takie matki na kamieniu rodziły"— odrzekł chłopczyna, a potem zaraz otoczyli powóz. i pytali o broń. Ale broni mieli tylko tyle, co dla dwóch, bo poszedł także do szeregów ten p. Władysław R. u którego boku zginął Witold w Miechowie. „Broni, broni nam trzeba — mówili nasi — jedzenia mamy dosyć".

Nad ranem wróciła mama ze Stefcią, Zostawiwszy Kazia w lasach — odprowadzili go zaraz do dowódzcy oddziału, który mu powie, czem ma być — pewnie go zrobią oficerem — ale niema konia — to. bieda!

Ja płakałam, jak mateczka odjechała, więc pani Emilia wzięła mię na miasto i tam widziałyśmy cały oddział powstańców na koniach, wyjeżdżający z miasta do powstania. Ślicznie wyglądali, a było ich może ze 60. — Austrjacy udawali, że ich nie widzą, a oni jechali dziarsko i śpiewali pieśń powstańczą.

3. marca.

Ciotka P. znów przyjechała, była w Miechowie, przekupywała żołnierzy moskiewskich, aby się czegoś dowiedzieć o Witoldzie, wszędzie, wszędzie chodziła,. nawet do generałów, żeby dali pozwolenie szukać między rannymi, a nawet między zabitymi, bo jeszcze nie wszystkich pochowali — nigdzie śladu!

Ktoś powiedział ciotce, że jakiś żołnierz w Miechowie, chciał sprzedać pierścionek, ale z palcem, co go odciął powstańcowi, razem z pierścionkiem. Ciotka koniecznie chciała widzieć ten palec i ten pierścionek^ ale się dopytać już nie mogła.

Boże! co to za kobieta, ta ciotka! Ona nic nie płacze, uśmiecha się do nas i taka pogodna, taka śliczna, tylko zdaje mi się, że włosy miała ciemniejsze, jak przyjechała — mateczka mówi, że posiwiała*

Pan F. gdzie mieszkamy, już staruszek, powiedział raz, że ciotka P. jest warjatka l „Jednego syna straciła, drugiego już wyprawiła, ciekawy jestem czy i trzeciego pośle". Ale Feluś jest dopiero w 5 klasie i to jej ostatni syn! Ale gdzie można ją za to nazywać warjatką! Przecież każda matka powinna to samo zrobić — przecież to byłby wstyd dla młodego chłopca siedzieć w domu, kiedy wszyscy idą do powstania. Wszyscy muszą iść, i idą nawet starsi panowie. Widziałam na ulicy już takich starych powstańców z brodami, nawet siwych.

Boże l — jak sobie wspomnę tego Kurowskiego, to sen ucieka mi z powiek! Już mię oczy bolą od płaczu, gdy o tem myślę, a cóż dopiero byłoby, gdyby Kazio nie był dostał urlopu, byłby tam już leżał między trupami, pokrwawiony, obdarty! Brrr! Jak ta ciotka może sobie wyobrazić swojego syna w tym dole i nie płakać! 

10. marca.

Już jesteśmy znowu na wsi! Mamy tylko jeden pokój, ale taki wielki, że można czwórką nawrócić, i kuchnię. Do granicy może ćwierć mili, ojczulek będzie mógł przychodzić piechotą.

Wczoraj z sąsiedniej wsi, przyszedł posłaniec z listem do mamy, aby nam pozwoliła przyjechać s rozmówić się z jakimś powstańcem, bo mówi tylko po francusku, a nikt u nich nie mówi. Mateczka pozwoliła i pobiegłyśmy piechotą, bo tylko przez łąkę. Okropnie nami się ucieszyły te panie, choć nie znałyśmy ich dotąd i pan domu i żona jego i córka, tęga pannica, ale najwięcej ucieszył się ten powstaniec. Przyjechał z Francji i poszedł prosto do oddziału Langiewicza.

Była okropna bitwa pod Pieskową skałą, nasi zbili Moskali na kwaśne jabłko, a potem dał mu Langiewicz jakieś papiery i kazał jechać do Krakowa z drugim oficerem Polakiem. Nad samą granicą natrafili na kozaków i ci ich gonili, strzelając za nimi. Tamten miał widać lepszego konia i znikł Francuzowi z oczu, pewnie się znajdą w Krakowie, bo oba mieli ważne papiery do Rządu narodowego.

Okropnie chwalił Langiewicza, że to wielki wódz. i wojsko ma doskonale wyćwiczone. Powiada, że jutro rano wraża do obozu i okropnie się spieszył. Strasznie zapalony rewolucjonista, a przytem ładny chłopak, nigdyśmy go już nie widziały!

12. marca.

Langiewicz ma teraz ogromne wojsko, ale takie, że na tysiące liczą. Ojczuś powiada, że to będzie główna armia polska, a on będzie dyktatorem. Jest tam i piechota i kawalerja podobno i armaty mają i wszyscy okropnie się cieszą, że już tyle powstańców mamy. Ten straszny Czengieri podobno zbiera ogromne •wojsko na Langiewicza, ale przecież taki dyktator musi być bardzo mądry i nie da się tak ze wszystkich stron otoczyć. Ciągle przychodzą nowe partje powstańców do obozu Langiewicza. Wszędzie po całym kraju słychać o bitwach, i na Litwie będzie powstanie — ale oczy wszystkich obrócone są teraz na obóz Langiewicza pod Goszczą.

Jakie to zabawne, że taki wielki wódz, generał i dyktator ma za adjutanta pannę i to Rosjankę, p. Pustowojtów. Podobno taka odważna, że pierwsza adzie w ogień — młoda jest, ale nie bardzo ładna, czarna i gruba, w żółtych butach, ale jej ślicznie w tym ubraniu — mamy jej fotografię.

14. marca.

Coś opowiadał ojciec mamie w tajemnicy, a mama z p. Emilią potem długo rozmawiała, Stefcia podsłuchała i przyszła mi powiedzieć, że podobno Sciś S. zginął w jakiejś bitwie. Ktoś dał znać jego ojcu. Dziwnie mi się jakoś smutno zrobiło i nie mogłam na drugi dzień nic do ust wziąć. Usiadłam w kącie na moim czarnym wąziutkim kuferku i tak długie godziny siedziałam. Nikt mię nie wołał, ani do

•mnie nikt nic nie mówił. Żal mi okropnie Scisia — myślałam, że on nie może nigdy zginąć w bitwie, i że ten pierścionek coś pomoże — ale to przecież niemożliwe — pierścionek na palcu, a kula pewnie przeszła mu przez pierś. Siedziałam tak do wieczora, ale nic nie płakałam.

 


[góra]

  

wersję elektroniczną opracował
© R. Antoszewski
Titirangi, Auckland, Nowa Zelandia
 (styczeń 2006)


  Site Meter