![]() |
|
![]() |
|
ELBLĄG W kronice Caspra Schütza pod r. 1237 znajdujemy następującą notatkę: „Markgraf miśnieński Henryk polecił na jeziorze Drużno zbudować dwa okręty. Z ich pomocą kraj nad tym jeziorem położony wszystek zdobył, a to, co się dobrowolnie nie poddało, spustoszył, spalił i zniszczył do podstaw. Prusaków, którzy wiarę chrześcijańską przyjęli, uczynił poddanymi Zakonu, a innych, którzy nawrócić się nie chcieli, polecił zgładzić. Swoimi też ludźmi zajął znaczną część tych stron, aby innych tym lepiej trzymać w posłuszeństwie. Potem wrócił do swego kraju. Z innym znowu oddziałem wyruszył landmistrz na mieszkańców Pomezanii, których w ciągu dwóch lat bez wielkiego przelewu krwi skłonił do posłuszeństwa i przyjęcia chrześcijaństwa, aby zaś mieć ich silniej w ręku, zbudował zamek i twierdzę Elbląg. Gdy tam osiadło kilku mieszczan z Lubeki i założyło osadę, następnie zaczęto budować także miasto Elbląg i wprowadzono prawo lubeckie". Już ta notatka wskazuje, że kraj nad jeziorem Drużno, do którego około 1237 r. wdarli się Krzyżacy, był podówczas zamieszkały i to dość gęsto. I rzeczywiście na całym obszarze dzisiejszych Prus Wschodnich i skrawku tzw. Zachodnich, na wschód od Wisły, nie ma chyba okolicy, gdzieby skupiło się tyle dowodów prastarego osadnictwa, jak właśnie w pobliżu Elbląga. Niedaleko zaraz nad morzem pod Tolkmickiem, u podnóża piętrzących się tam wzgórz morenowych, natknięto się na ślady mieszkańców z okresu kamiennego, którzy zostawili tu stosy odpadków kuchennych (Kjökkenmödingi). Na groby z młodszej epoki brązowej, a mianowicie -na kurhan natrafiono w Rehberge, na kamienne, skrzynkowe na Neustaderfeid tuż pod Elblągiem, wreszcie na innego typu, zarówno ciałopalne jak i grzebalne w całym szeregu miejscowości, u południowej krawędzi wzniesień elbląskich. Pochodzą one z czterech pierwszych wieków po Chrystusie. Z czasów przed przybyciem Krzyżaków, najniewątpliwiej już staropruskich, datują się grodziszcza przy Tolkmicku, Lenzen, w Dörbecker Schweiz, w Rehberge, przy Roland, Haselau, Karschau, Wöcklitz, Meislatein. Z tego też okresu pochodzą najniewątpliwiej : wielka drzewem wymoszczona droga, odkryta w torfowisku moczarzystej doliny rzeki Dzierzgonia (Sorge) na południe od Elbląga, dwa większe statki znalezione pod Fromborkiem, łódź Wikingów wykopana pod Baumgarth itd. Pamiątką wypraw skandynawskich w te strony jest zresztą sama nazwa Elbląga, która przetrwała do dnia dzisiejszego i wyparła nawet staropruską ,,Truso". Ogromnie również żywe stosunki łączyły swego czasu okolice jeziora Drużno z państwem rzymskim, czego dowodem znowu przeliczne wykopaliska monet i innych przedmiotów, nagromadzone w elbląskim miejskim muzeum. Niemcy po założeniu w Elblągu zamku, uczynili z niego jedną z najważniejszych podstaw w swych dalszych wyprawach przeciwko Prusakom i wśród grodów Zakonu naznaczali mu zawsze rolę przodującą. Aż do r. 1309, to jest do chwili, gdy Wielki Mistrz Siegfried v. Feuchtwangen, przeniósł swą rezydencję z Wenecji do Malborka, był Elbląg siedzibą pruskiego landmistrza, a potem, gdy się stosunki zmieniły, jednego z najwyższych dygnitarzy Zakonu, wielkiego szpitalnika. W jego ręku spoczywały także rządy elbląską komturią, bardzo sporym kawałem ziemi, bo obejmującym aż 65 mil kwadratowych, a w kierunku południowo-wschodnim sięgającym aż po Szczytno. W latach 1441—1467 liczył konwent elbląski 35 rycerzy zakonnych i 3 duchownych. Oceniając znaczenie Elbląga, już w r. 1246 nadali mu na własność Krzyżacy 3 ½ mili kwadratowej i -zapewnili możność rządzenia się prawem lubeckim. Pierwotnie odnosiło się to wszystko tylko do tzw. Starego Miasta. Gdy powstało Nowe Miasto, i ono w r. 1347 otrzymało to samo stanowisko. Ustrój rządów miejskich był wybitnie arystokratyczny. Rada miejska złożona z 24 dożywotnich członków, przynależących do rodzin patrycjuszowskich, nie była wybierana lecz sama się uzupełniała przez kooptację, a ogół mieszkańców powoływano tylko do wysłuchania poleceń i zarządzeń. Dopiero rządy polskie, które Elblągowi przyniósł drugi pokoi toruński z r. 1466, stopniowo zmieniły tę sytuację. W r. 1526 Królewska Komisja stworzyła coś w rodzaju reprezentacji gminnej. Wreszcie niedługo przed zaborem miasta przez Prusaków, wprowadzono w mieście formę rządów wyraźnie demokratycznych. - Mieszczaństwo elbląskie zobowiązane było wobec Zakonu do służby wojennej i ruszało w pole pod przewodnictwem radnych przeważnie konno, ale i -pieszo, nierzadko także w charakterze załogi okrętowej. Dostarczonych zbrojnych dzielono na oddziały, zwane ,,mayen", liczące od 15 do 100 ludzi. Rozróżniano krótkie potrzeby wojenne na ogłoszenie tzw. ,,Geschrei", gdy chodziło o odparcie bezpośrednio grożącego niebezpieczeństwa, tzw. ,,Landwehren", mogące zatrzymać w polu kontyngenty mieszczańskie do 20 dni, wreszcie tzw. ,,Reisen", przeciągające się do 2 miesięcy w wypadkach np. wyprawy na Litwę, Polskę itp. Wyjątkowo tylko przeciągały się takie wyprawy na okresy dłuższe, jak np. wyprawa na Gotlandię trwała aż 133 dni. Elblążanie wobec Zakonu spełniali swą powinność wojenną ściśle i sumiennie. W bitwie pod Grunwaldem w r. 1410 padło ich 550. Gdy nastały rządy polskie, takie same uczucia lojalności ożywiały ich wobec nowej ojczyzny. Nie pozwolili ubiec miasta wojskom księcia Albrechta w r. 1521, a w r. 1577 oparli się silnym oddziałom zbuntowanego Gdańska, który tocząc wojnę z Polską pragnął zdobyć wierne jej miasto. Ta skłonność Elbląga do Polski miała zresztą swe głębokie powody w odnoszeniu się państwa polskiego do miasta i jego interesów. Już w czasie trzynastoletniej wojny z Zakonem otrzymał Elbląg (Altstadt) w r. 1457 przywilej zwany ,,głównym", mocą którego obok potwierdzenia i rozszerzenia praw i swobód, zwiększony został obszar przynależny do miasta o 5,10 mil kwadratowych. Razem posiadało ono 8,6 mili czyli przestrzeń obejmującą prawie cały dzisiejszy powiat elbląski. Nie tu jednak kres życzliwości Polski, ujawniającej się stale, zwłaszcza w związku ze stosunkami polsko-gdańskimi, bo ilekroć zachodziło jakieś ich zaostrzenie, korzystającym z sytuacji był zawsze Elbląg. Te błędy Gdańszczan były w ogóle powodem najświetniejszych czasów Elbląga. Bo gdy chciwi Gdańszczanie nie pozwalali na bezpośrednie stosunki handlowe kupców cudzoziemskich z Polską, aby niepodzielnie zarabiać na pośrednictwie, kupcy angielscy za pozwoleniem Polski w r. 1580 osiedli w Elblągu, zorganizowawszy się jako ,,Eastland Company" i uczynili z miasta jedyną składnicę angielskich towarów na całym obszarze Bałtyku. Przynieśli oni z sobą obcy kapitał i szeroką inicjatywę, która dla miasta miała jak najpomyślniejsze skutki. Wszystkie najlepsze budowle prywatne pochodzą z tego okresu, a mianowicie owe wysokie szczytowe domy Elbląga, które miastu dodawały tyle dostojności i szlachetnej patyny dawnych wieków. Taki dom przy Spiering- strasse 30, przy którym zachowały się nawet w ulicę wybiegające schody, gmach czteropiętrowy ze wspaniale dekorowanym frontem, 'zakończonym u szczytu rzeźbą przedstawiającą leżącego wielbłąda, jest naprawdę zabytkiem cennym i godnym widzenia. Podobnych, choć może skromniejszych domów, jest więcej. Do nich należy także nieźle zachowany przy Alter Markt 14, gdzie stawali królowie polscy, ilekroć odwiedzali Elbląg, najcenniejszy zaś, zbudowany w roku 1598, przy Heilige Geiststrasse 17 i 18, został przed 50 laty zburzony i dziś zachowała się tylko jego kopia pod postacią nowej kamienicy wzniesionej w tym samym miejscu w r. 1898. Kres świetności Elbląga położyło zajęcie tego miasta przez Szwedów. Dnia 16 lipca 1626 w mury Elbląga wjechał uroczyście Gustaw Adolf. Otoczył on miasto nowymi obwarowaniami i uczynił z niego podstawę operacyjną w wojnie z Polską. I dwukrotnie jeszcze potem gościli w Elblągu Szwedzi. Byli tu oni w latach 1655—1660 za Karola Gustawa .i za Karola XII w okresie Wojny Północnej, wyduszając tym razem ze zubożałego miasta pod różną formą olbrzymią na owe czasy sumę 575.000 talarów. Wreszcie niezmiernie dotkliwy cios spadł na Elbląg w r. 1698 wskutek zajęcia terytorium miejskiego przez elektora brandenburskiego, roszczącego sobie do Polski pretensję z racji niewypłacenia Prusom dłużnych przez Polskę sum. Elbląg nigdy już swej posiadłości nie odzyskał i podupadając coraz bardziej przeszedł wreszcie w r. 1772 przy pierwszym podziale Polski w ręce Prus. Z dawnych czasów krzyżackich zachowały się tylko niektóre kościoły, bo zamek, który podobno był tu prawie tak wspaniały jak malborski, został doszczętnie zburzony własną ręką Elblążan w r. 1454, w chwili wybuchu 13-letniej wojny z Zakonem za czasów Kazimierza Jagiellończyka. Dziś z całą ścisłością nie można nawet określić miejsca, gdzie on Stał. Przez wieki ruiny zamczyska służyły Elblągowi jako kamieniołom i dziś wszędzie nie tylko na Starym Mieście ale i poza jego granicami spotyka się bloki obrobione granitu, piaskowca i wapienia, które niewątpliwie pochodzą ze zburzonej budowli. Wiele cennych okruchów imponującego gmachu zawiera także miejscowe muzeum. Z zamku pochodzi również szesnasto-ścienna podstawa granitowa z takimże 3-metrowym słupem, stojąca na podwórzu tzw. starego gimnazjum. To wszystko. Wielki niszczyciel zabytków pruskich, Fryderyk II, który fatalnie rozgromił także oddany Prusactwu przez Polskę w całości Malbork, nie przepuścił i Elblągowi. Polecił zburzyć mury obronne miasta, z których zachowała się tylko jedna wieża, zamykająca dziś perspektywę najwspanialszej ulicy miasta „Alter Markt". Jest to tzw. „Markttor", datująca się jeszcze z r. 1319. Stare, ciekawe, bardzo obszerne spichlerze na Wyspie Spichlerzowej, położonej na zachód od Starego Miasta i oddzielonej od niego głęboką rzeką Elblągiem, przetrwały w niezmienionej szacie od dawnych czasów, zdaje się tylko dzięki swemu praktycznemu przeznaczeniu, tym bardziej, że bezpośrednio po zajęciu miasta były Fryderykowi II potrzebne dla popierania handlu elbląskiego, na przekór Gdańskowi, który wiernie trzymał się Polski. Nie zachowały się także dawne ratusze ani na Nowym Mieście ani na Starym. Wspaniały ratusz staromiejski zgorzał w r. 1777 podczas wielkiego pożaru, który przeniósł się na niego z palącej się wieży kościoła św. Mikołaja. Wtedy w latach od 1779—1782 wybudowano inny gmach, już poza obrębem Starego Miasta, przy dzisiejszym placu Fryderyka Wilhelma. Ale i ten nie dotrwał do naszych czasów. Zburzono go w r. 1891 i w ciągu następnych 3 lat postawiono ohydną a pretensjonalną, w iście pruskim guście skleconą budowlę. Działa ona niesamowicie na każdego zwiedzającego miasto, bo rzekomo w stylu renesansu niemieckiego, a w gruncie rzeczy zupełnie bezstylowa, niczym nie jest związana ani z wczesnobarokowym charakterem Starego Miasta, ani nawet z placem, na którym stoi, przypominającym czasy fryderycjańskie. Odpowiednikiem tej budowli jest chyba tu stojący pomnik cesarza Wilhelma I. Duży blok spiżowy, 3,6 m wysoki, stojący na wysokim na 4 m cokole, przedstawia cesarza o minie starego sierżanta, ćwiczącego na podwórzu kasami rekrutów i srogo przyglądającego się .każdemu uchybieniu musztry. Jedna tylko rzecz Prusakom udała się, a to odbudowa wieży kościoła św. Mikołaja. Choć nie odpowiada ona ściśle tym kształtom, które widzimy na starych rysunkach, niemniej jednak dzisiejsze zwieńczenie wieży stanowi przepiękną, z dala widną sylwetkę, bo szczytami sięgającą 90 m wysokości. Odbudowa dokonana w stylu jak najszlachetniejszego renesansu jest dziełem baurata Michaelisa. Kościół św. Mikołaja, patrona żeglarzy, najstarszy zdaje się w mieście, bo pochodzący z początków XIII wieku, jest jedyną świątynią, którą zatrzymali katolicy po wprowadzeniu w Elblągu protestantyzmu jako głównego wyznania. Kryje on również kilka prześlicznych zabytków, jak słynną chrzcielnicę z roku 1387 i późnogotycki ołtarz szafkowy z ciętymi w drzewie i złoconymi figurami. Kościół ten, mimo że od pożaru w r. 1777 minęło już 170 lat, ciągle jednak jest jeszcze nieodbudowanym i niewyrestaurowanym, a zaledwie tylko od zniszczenia zabezpieczonym zabytkiem. Widać, że z ofiarnością katolików elbląskich jest nie najlepiej. Główna świątynia ewangelicka, znana pod dawnym wezwaniem Najświętszej Panny Marii, była niegdyś kościołem O. O. Dominikanów i początkami sięga także XIII wieku. Jeszcze Herman Balk, pierwszy landmistrz pruski Zakonu Rycerzy Najświętszej Panny Marii, którego pomnik za czasów rządów pruskich wzniesiono na placu Fryderyka Wilhelma naprzeciw cesarskiego, oddał dominikanom kawał ziemi, gdzie zbudowali kościół i klasztor. Reformacja wygnała ich z tej siedziby, ale nie pozbawiła kościoła cenniejszych ozdób. Ocalał główny ołtarz, późnogotycki tryptyk, późnorenesansowa kazalnica itd. Na wzmiankę zasługiwały jeszcze kościoły Bożego Ciała i szpitalny św. Ducha. Ten drugi sięga, jak dwa omówione poprzednio, również XIII wieku i styka się z niezmiernie interesującym kompleksem zabudowań szpitalnych, wzniesionych w wieku XVII w miejsce nieporównanie starszych, gdyż początkami swymi pamiętających rok 1242. Dzisiejsze przetrwały w niezmienionej zupełnie formie 300 lat i do niedawna stanowiły rzecz godną zwiedzenia jako pomnik architektury drewniano- murowanej z rozmaitymi schodkami, dostawkami, poddaszami itp. Tyle o zabytkach i architekturze starego Elbląga, bo o do--Tobku powstałym na tym polu za czasów pofryderycjańskich nie ma nawet co i mówić. Wszystkie rzeczy w najlepszym razie przeciętne a na ogół ponure i brzydkie. Elbląg ma jednak coś, co go wynosi ponad inne miasta wschodnio-pruskie, a co jest dorobkiem ostatnich 100 lat. To jego przemysł, zatrudniający kilkanaście tysięcy robotników i ciągle aż do wybuchu ostatniej wojny rozwijający się. Tylko przemysłowi zawdzięcza Elbląg to, że licząc ostatnio przeszło 80.000 mieszkańców, co do wielkości był drugim miastem Prus Wschodnich. Różnych fabryk było tam sporo. Z branży metalowej zakłady Neufeldta, Tiessena, Wilhelma, Oehmkego et Schmidta, Ziligitta et Lemke-go.nadto dwie wielkie fabryki cygar Loesera i Wolfa oraz Gieblera, browary, mleczarnie, fabryka papy, kamienia sztucznego itp. Ponad wszystko wybijała się jednak przez pewien czas fabryka maszyn i automobili F. Komnicka i jeszcze bardziej sławne zakłady Schichau'a (Schichau Werke). Były one w stanie budować większych rozmiarów okręty, torpedowce, bagry, lokomotywy, dostarczać całych urządzeń fabrycznych itd. Pracowały już lat przeszło 100 i można powiedzieć, że przede wszystkim one nadawały miastu ton i koloryt dużego centrum przemysłowego. Wszyscy mniej lub więcej związani byli z zakładami Schichau'a. W roku 1912, gdy obchodzono 75-lecie istnienia firmy, rozdała ona dla upamiętnienia chwili na cele dobroczynne 2.730.000 marek, tworząc cały szereg pierwszorzędnych zakładów filantropijnych. Dodać należy, że w przemyśle elbląskim pracowało do 600 robotników pochodzenia polskiego, którymi nikt się atoli nie zajmował, i którzy wskutek tego - rozumie się, podlegali stale zupełnej germanizacji. Był moment kiedy zdawało się, że nasze Ministerstwo Spraw Zagranicznych, a specjalnie departament konsularny, zajmie się tą kwestią. Powołano nawet w Elblągu do życia placówkę konsularną. Jednak już po kilku czy kilkunastu miesiącach egzystencji zwinięto ją, rzekomo ze względów oszczędnościowych. Położenie Elbląga między dwoma konkurencyjnymi portami i miastami, Królewcem i Gdańskiem, nie jest przecież łatwe. Tak jak przed wiekami, tak i do ostatnich czasów istniała wyraźna i stała tendencja odebrania staremu grodowi hanzeatyckiemu nad Elblągiem dorobku i warunków rozwoju. W tym działaniu na czele kroczył zawsze rząd pruski. W połowie XIX wieku, regulując Wisłę, mimo głośnych protestów, odcięto Elblągowi Nogat, który łączył miasto z basenem wiślanym i Polską; kolej wschodnia Berlin- Tczew- Królewiec, a jeszcze więcej Toruń-Wystruć odciągnęła od Elbląga ruch i skierowała go do Królewca i Gdańska; wreszcie linia Mława-Malbork zbudowana została wyłącznie w interesie Gdańska. Nawet wykopany w latach 1845—1860 Kanał Oberlandzki, łączący jezioro Drużno i Zalew Fryski z zachodnią, wyżynną częścią. Prus Wschodnich, nie wychodził na pożytek Elbląga, lecz Gdańska, jak się żalił starszy burmistrz elbląski, Dr. Marten. I wtedy właśnie na przełomie losów miasta stanęła potężna postać Ferdynanda Schichau'a. On uratował Elbląg i zapewnił mu nowy okres rozkwitu. Pomnik tego niepospolitego męża, zdobiący placyk przy Markttor, zresztą niebrzydkie dzieło rzeźbiarza Haverkampa, ciągle przypominał Elblążanom, pod jakim znakiem żyją. Pierwsza wojna światowa ze swymi skutkami, wbrew temu co podszeptywali Elblągowi rządowi podżegacze pruscy, przyniosła miastu tylko korzyści. Przede wszystkim odcięła kordonem celnym gdańskiego konkurenta i rynkowi handlowemu elbląskiemu, jako bezsporną sferę ciążenia, zapewniła całą zachodnią część Prus Wschodnich, która złączona ]est z miastem dobrze rozbudowanym systemem kolei lokalnych; a po wtóre Elbląg nabrał nowego znaczenia jako port, drugi po Królewcu, dla całej przestrzeni między Niemnem a Nogatem. Niemcy którzy najsłuszniej zresztą w świecie, kładli zawsze tak wielki nacisk na komunikację, musieli dbać o Elbląg, bo inaczej dla całej ,,wyspy wschodnio-pruskiej" jako jedyny wylot na morze zostawał tylko port królewiecki. Ale poza tym wszystko, co możliwe, czyniły też czynniki autonomiczne, aby miastu dać możność wykorzystania tych okazji handlowych, które się nastręczały w związku ze zmienioną sytuacją polityczną. Gdy przez długi czas dla przeładunku z kolei na okręt i odwrotnie, Elbląg posiadał wszystkiego tylko 820 m rampy, to po pierwszej wojnie światowej miasto kosztem 4 milionów marek przy tzw. Angielskiej Studni i naprzeciwko ujścia Kanału Kraffohl, łączącego rzekę Elbląg ze skanalizowanym Nogatem, wytworzyło 24 ha nowych placów na składy i uprzystępniło je przez położenie 1970 m. nowych torów kolejowych. Główną myślą tych inwestycji było pragnienie skierowania przez Elbląg części eksportu drzewa zarówno z Prus Wschodnich jak i z Polski. Ogromny nacisk kładziono także na utrzymanie odpowiedniej głębokości farwateru w Zalewie Fryskim w kierunku na Pilawę. Dotąd atoli nie przekracza ona 3,20 m, a w rzece Elblągu wynosi 4 m. Chodzi o to, aby farwater Zalewu pogłębić do 4 m, a rzeki Elbląga do 5. Już z tego, cośmy dotąd powiedzieli, widać, że tak samo jak w dawnej przeszłości, tak i za czasów przed ostatnią wojną Elbląg, w odróżnieniu od innych przeciętnych miast wschodnio-pruskich, miał swój wyraźnie określony indywidualny charakter. Z dawnego ważnego emporium handlowego, dzięki Schichau'owi, potrafił w ciężkiej chwili przełomowei przedzierzgnąć się w centrum przemysłowe i uratować swe znaczenie. Nie dziw zatem, że i w mieszkańcach miasta było w ogóle może więcej samodzielności, niż to pospolicie widzimy wśród wschodnich Prusaków, przyzwyczajonych tylko do rozkazów z góry, więcej kultury i subtelności. Brak tu było uniwersytetu, muzeów i bibliotek Królewca, ale i tej specjalnej brutalności i rubaszności wschodnio-pruskiej, która tak raziła Europejczyka nad Pregołą. Istniał też stary ludowy antagonizm między Elblążanami a mieszkańcami Królewca, ujawniający się choćby tylko przy sposobności, gdy w lecie cały szereg żaglowców znad Elbląga i Nogatu zawijał do Królewca z owocem i stawał w centrum miasta powyżej tzw. Zielonego Mostu. Wtedy prawie zawsze przy sposobności zetknięcia się handlowego kupujących i sprzedających powstawały ostre spory, tym bardziej, że dolnoniemiecki język, którym posługiwali się Elblążanie, był gwarą tak specjalną, iż dla wielu Niemców wręcz niezrozumiałą. W odniesieniu do Polski i polskości Elbląg na ogół ustosunkowywał się nieporównanie mniej jadowicie niż Królewiec lub inne jakiekolwiek miasto wschodnio-pruskie, a nawet sprusaczały Gdańsk. Rzecz godna zapamiętania!
KRÓLEWIEC NIEGDYŚ A DZIŚ Początki stolicy Prus Wschodnich sięgają połowy trzynastego wieku. Około założonego na miejscu starej warowni pogańskiej zamku krzyżackiego nad Pregołą, rozwinęły się stopniowo trzy miasta: Altstadt (1286), Löbenicht (1309) i Kneiphof (1327). Otoczone oddzielnymi murami i basztami a także do r. 1724 oddzielnie administrowane, wymieniane są w dokumentach najczęściej pod zbiorową nazwą Königsberga, czyli z polska Królewca. Pod tym też mianem weszły one za czasów Winricha v. Kniprode (1351—1382) do Związku Hanzeatyckiego, a następnie Pruskiego, który wypowiedziawszy Krzyżakom posłuszeństwo, w początkach r. 1454 oświadczył się. za królem polskim. Delegaci Królewca: Greger Schwach i Nickel Rademan, znajdowali się również w uroczystej legacji, złożonej z 12 osób, wysłanej do króla Kazimierza Jagiellończyka imieniem „Lande und Staedte des Bundes in Preussen", która 23 lutego 1454 r. w Krakowie przedłożyła mu prośbę o przyjęcie Prus Wschodnich i Zachodnich pod berło polskie, powołując się na prawa, jakie ma Polska do tych ziem i piętnując ucisk ludności przez Zakon ,,u którego nigdy nie było na słuszności i chrześcijaństwie opartego porządku", a natomiast ,,nierząd oraz hańba tak wielka i pospolita, że na ten temat szkoda nawet mówić" [„bei deme nie kein billiche noch Christliche Ordnung gewesen ist, sondern die Hurerey, Schande und Laster so gross und gemein, dass nicht davon zu sagen steht"]. Na gruncie królewieckim akcja propolska nie wydała przecież żadnych trwałych owoców. W lutym 1454 r. w ręku powstańców znalazły się wprawdzie wszystkie trzy miasta, tworzące Królewiec, z zamkiem, który poddał się także, ale już przy końcu marca sytuacja uległa zupełnej zmianie. Dowiedziawszy się, że Stany Pruskie na cele prowadzenia wojny z Zakonem mają zamiar obłożyć się specjalnymi podatkami, mieszkańcy Altstadtu oświadczyli, że są wprawdzie gotowi do świadczeń z krwi, ale pieniędzy nie dadzą, gdyby zaś chciano ich do tego zmusić, to daninie sprzeciwią się wszystkimi sposobami. W rezultacie w Królewcu tak się opinia ukształtowała, że Kneiphof stanął przy królu, zaś Altstadt i Löbenicht wróciły do posłuszeństwa wobec Zakonu. Bez wpływu pozostała też okoliczność, że zrazu król między innymi otrzymał również zapewnienie wierności Niclasa, biskupa królewieckiego (Sambii), jak niemniej i ten fakt, że przeprowadzając podczas bytności w Elblągu, w czerwcu 1454 r., nowy podział administracyjny włączonych terytoriów, powołał do życia województwo królewieckie, powierzając je Stiborowi v. Baysen. Rozumie się, że tym bardziej pozbawione były wszelkiego skutku i uchwały zjazdu, który ze Stanami odbył król w Grudziądzu dnia 13 lipca 1454 r. Wtedy to przy rozkładaniu na pojedyncze miasta i biskupstwa kwoty 46.630 marek, koniecznej na pierwsze potrzeby wojenne, wyznaczono i Królewcowi udział w wysokości 7.400 marek, z czego Altstadt miało ponieść 4.000, Kneiphof 3.000, a Löbenicht 400. Uchwała ta, choć bezskuteczna, świadczy przecież, że Królewiec musiał być już wówczas sporym i wcale zamożnym centrum handlowym, skoro jego zdolność płatniczą tak wysoko oceniano. Przewyższały go pod tym względem tylko dwa miasta związkowe: Toruń z daniną w kwocie 20.000 marek i Gdańsk z 10.000. Dla ilustracji stosunków dodamy, że od wielu innych miast nie żądano więcej, jak 50, a nawet tylko 25 marek. Kneiphof, przy pomocy przybyłych na okrętach Gdańszczan, bronił się mężnie przez 14 tygodni, przy czym szczególnie krwawe walki toczyły się między 20 kwietnia a 14 czerwca, nieraz w dzień i w nocy. Pomoc Gdańska okazała się jednak niedostateczna, król zaś, choć w liście do Gdańszczan z 11 maja obiecał osobiście przyjść z odsieczą, zawiódł. Wreszcie dnia 13 lipca, po wyczerpaniu zapasów prochu i żywności, nastąpiła kapitulacja Kneiphofu, który swoje zadanie dotrzymania przysięgi wierności królowi spełnił najzupełniej, tym bardziej, że wobec ówczesnych pojęć ,,nikt nie był zobowiązany swemu panu dłużej bronić zamku lub miasta, zostawionego bez pomocy, jak cztery tygodnie". W specjalnym manifeście, adresowanym na ręce Gdańska, dziękując mu za jego pomoc, żali się boleśnie burmistrz i cała gmina Kneiphofu na stratę 300 ludzi i inne szkody, przede wszystkim jednak ,,że król Jegomość, kraj i miasta, albo że urzędnicy dworscy nas w tak żałosnym stanie zostawili" [„dass der Herr König Land und Stadle, oder des Königs Hoffgesinde ans jammerlich verlassen haben"]. I rzeczywiście sprawie polskiej stała się bardzo poważna szkoda. Strata Królewca na wschodzie miała prawie ten sam efekt moralny, co na zachodzie, o dwa miesiące późniejsza, klęska pod Chojnicami, gdyż za przykładem stolicy sambijskiej odpadły od Związku także inne miasta Prus Wschodnich, zwłaszcza zaś sąsiednie, dodając Zakonowi otuchy do dalszej, upartej walki. Owego błędu nie naprawiono w dodatku aż do końca wojny, choć jeszcze dwa razy znalazły się wojska związkowe i królewskie w pobliżu Królewca, raz w r. 1461, zdobywając i paląc Fischhausen, a drugi raz w r. 1464, kiedy pod dowództwem bohaterskiego Jana Szalskiego podeszły nawet pod same mury miasta i zniszczyły jego magazyny oraz stojące w przystani okręty. Ważnej warowni nad Pregołą już więcej przecież nie odzyskano. Na pozycję zewnętrzną miasta, przemienionego od r. 1457, to jest po stracie Malborka, na stolicę krzyżacką, nie wpłynął nawet bunt przeciw Zakonowi, który wybuchł w Królewcu w r. 1465, posiłkowany przez okoliczną szlachtę niemiecką, zmęczoną przydługim trwaniem wojny. Dowódca krzyżacki uporał się z rokoszanami łatwo. Mianowicie ,,postąpił z nimi według ustalonych zwyczajów Zakonu. Polecił 70 mieszczan i 26 ze szlachty schwytać, z których najznakomitszych 6 osób musiało zapłacić gardłem, innych zaś uwięził w różnych zamkach i trzymał tak długo, aż złożyli okup, niektórzy jednak zmarnieli i poginęli w niewoli" [ „Er handelte auf gut Ordensch mit ihnen. Lies siebenzig Bürger und sechs und zwanzig vom Adel fangen, von denen die fürnembsten sechse mit dem Halse büssen mussten, die anderen legie er hin und wider in die Schlösse, bis się sich mit Gelde loskauften, etiiche auch verschmachleten und in den Gefengnissen verdorben"]. Gdy zawierano pokój, kończący trzynastoletnią wojnę z Zakonem, o Królewcu ze strony polskiej wspominano już bardzo nieśmiało. W początkowych warunkach, podyktowanych przez króla, była wprawdzie mowa o tym, że Zakonowi zamierza on pozostawić na jego siedzibę wyłącznie tylko Sambie ,,ohne die drey Städte Königsberg", ale z tego stanowiska Polska ustąpiła szybko, może nawet za szybko. Niewątpliwie stało się to pod wpływem wysłanego specjalnie legata papieskiego Rudolfa, biskupa lewantyńskiego, który wyraźnie trzymał stronę Krzyżaków, tym bardziej, że cała akcja Związku Pruskiego od początku spotkała się z niechęcią i potępieniem papieża. Królewiec dla Polski przepadł i noga polskiego żołnierza nigdy tam już więcej nie postała. W r. 1520, podczas wojny z Wielkim Mistrzem Albrechtem, zbliżyli się wprawdzie Polacy na milę od Królewca, zajmując wieś kościelną Haffstrom, jednak znowu na tym wszystko się skończyło. Interwencja duchowna i inne względy polityki państwowej i teraz wstrzymały polski oręż od ostatecznej rozprawy z gniazdem krzyżackim, którego ogromne znaczenie odczuwano należycie zarówno w otoczeniu króla jak i Wielkiego Mistrza, bo słowem ,,Königsberg" często określano nawet cały lenny kraj zakonny. Gdy w r. 1525 Albrecht podczas uroczystości składania hołdu królowi Zygmuntowi I, ,,jako prawdziwemu i najwyższemu panu i dziedzicowi krajów pruskich", przez usta siedmiu przed majestatem królewskim klęczących „oratores" prosił p lenno świeckie, ujął to w formę, aby go podniesiono do godności księcia królewieckiego. Także i kanclerz króla powtórzył w odpowiedzi termin: „książę królewiecki". I Królewiec stał się rzeczywiście sercem i duszą sekularyzowanych Prus. Książe Albrecht założył tam w r. 1544 uniwersytet, zatwierdzony w r. 1560 przez króla Zygmunta Augusta, wcale zasobną bibliotekę, rozbudował zamek i rozwinął miasto pod względem handlowym. Również w wewnętrznych stosunkach polskich Królewiec za Albrechta odgrywał rolę ogromnie ważną jako stolica duchowa polskiego ruchu reformacyjnego, tym więcej, że i sam książę po. początkowym okresie jak najbardziej wrogiego traktowania Polski, zachowywał się w ciągu swego długiego, bo aż 43-letniego panowania, względnie wcale lojalnie wobec królów polskich, Zygmunta I i Zygmunta Augusta. Sprawy polskie obchodziły go żywo i nie ulega żadnej wątpliwości, że i w Polsce miał wielu przychylnych, zwłaszcza zaś między polskimi protestantami, którzy wobec bezdzietności króla Zygmunta Augusta i urodzenia się w r. 1553 Albrechtowi syna — myśleli nawet o wprowadzeniu dynastii Hohenzollernów na tron polski i z takimi pomysłami występowali publicznie. Rafał Leszczyński w swojej mowie, wypowiedzianej w obliczu całego sejmu, obdarzył Albrechta nawet tytułem ,,książę IMĆ pruskie, nasz miłościwy pan", co jednak wywołało oburzenie zarówno Zygmunta Augusta, jak i wielu ówczesnych polityków polskich, bo umysły szlachty dla takiej koncepcji zrozumienia mieć nie mogły. Za długo i za obficie przez setki lat lała się krew polska nad Bałtykiem, aby tego, który był spadkobiercą tradycji krzyżackich, chciano widzieć na czele rozmiłowanej w ,,wolności" Rzeczypospolitej. Rozumie się, że nie mało ważył też wzgląd na protestanckie wyznanie księcia. W Królewcu za Albrechta drukowały się polskie książki, prześladowani w Polsce protestanci znajdowali tam schronienie, a książę pruski tak lubił otaczać się Polakami wprowadzając ich na odpowiedzialne urzędy, że niejednok.rotnie z tego tytułu spotykał się nawet z sarkaniem niemieckiego mieszczaństwa i szlachty. ,,Fürst zu Königsberg" popierał również poczynania kulturalne polskie. Gdy Mączyński wydaje swój słownik łacińsko-polski i drukuje go u typografa królewieckiego Daubmana, Albrecht czuwa nad tym, aby książka, której wagę należycie oceniał, ukazała się w większej ilości egzemplarzy. Gdy późniejszy historyk Sarnicki z Lipia studiuje w Królewcu, książę łoży na jego utrzymanie i żywi go u siebie na zamku. Opiekuje się przybyłym z Krakowa drukarzem Małeckim i jego rodziną, a z arystokratycznymi domami polskimi utrzymuje stale jak najlepsze stosunki, zwłaszcza zaś z kasztelanem poznańskim i generałem wielkopolskim, Andrzejem Górką, toż samo ze starostą człuchowskim, Januszem Latalskim i innymi. Aby sparaliżować na terenie Rzeczypospolitej wpływy ruchliwego nuncjusza papieskiego, Lipomana, sprowadza Albrecht do Królewca z Wirtembergii byłego biskupa Capo d'Istrii, P. P.Vergeria, wielkiego przeciwnika Rzymu, którego zapoznaje z wojewodą wileńskim Mikołajem Radziwiłłem Czarnym, pierwszą po Zygmuncie Auguście osobistością w państwie. Słowem, Królewiec w połowie XVI wieku nie schodził ani na chwilę z uwagi Polski, a Polska Królewca. Stosunki były żywe i ciągłe, względnie nawet przyjazne i pełne kurtuazji. Doznaje się niemal wrażenia, że krew jagiellońska, jaka płynęła w Albrechcie — ostatnim Krzyżaku, a pierwszym Prusaku — nie pozwalała na ustalenie się trwałe złych wzajemnych relacji, tym bardziej, że niemieckości w Prusiech Wschodnich w tych czasach stosunkowo było mało. Żywioł polski, już to z dawna osiadły, już to jako nowa fala kolonizacyjna, podchodził aż pod same mury Królewca, Litwini zajmowali po dawnemu ogromną przestrzeń kraju po obu stronach dolnego Niemna i źródłowych rzek Pregoły, a wreszcie i sama stolica wykazywała ludność tak mieszaną, iż bez przesady można powiedzieć, że zaledwie 50% przypadło w niej na rdzennych Niemców. Bezpowrotnie wymierali tylko starzy Prusacy, którży przed wiekami podbici, ale doszczętnie nie wytępieni, nie tak dawno jeszcze, bo za czasów bitwy grunwaldzkiej, stanowili (około) 1/3 ludności Prus Wschodnich. Za Albrechta, co prawda, już tylko w luźnych ale dość licznych grupach mieszkali niedaleko Królewca, zajmując części Sambii. Potwierdza to między innymi fakt, że proboszcz Abel Will z pobliskiej wioski Pobethen na wezwanie Albrechta przetłumaczył w latach 1545 i 1561 na język staropruski katechizm luterski. Obok tedy Niemca, Litwina, Polaka, Holendra i Szkota, po targach królewieckich kręcił się jeszcze i wieśniak staropruski, przyczyniając się do zwiększenia mieszaniny etniczej, jaka skupiała się w stolicy nad Pregołą. Taki charakter międzynarodowy Królewca nie dogadzał atoli tamtejszym Niemcom, a i polityka książąt pruskich wobec Polski, zwłaszcza po pokoju Oliwskim (1660), powoli ulegała coraz to większemu a jednostronnemu zacieśnieniu koncepcji, tak iż Polacy stopniowo coraz to rzadziej zapędzali się w te strony. Gdy około lat sześćdziesiątych wieku XVII były jeszcze możliwe w Królewcu rządy Bogusława Radziwiłła jako generalnego gubernatora Prus Wschodnich, gdy wypędzeni z Polski arianie znajdowali tam wówczas łatwe schronienie, jak np. familia Przypkowskich, Samuel, Jan, Maciej i Mikołaj, to w wieku następnym wzajemne stosunki polsko-królewieckie ulegają wyraźnemu pogorszeniu. Zaprzestaje wychodzić polska gazeta „Poczta Królewiecka" (1718—1720), ludność polska coraz to bardziej ubożeje i zanika, a wreszcie ulega systematycznemu prześladowaniu, czego wyrazem są specjalne zarządzenia władz książęcych. Na podstawie instrukcji Wielkiego Elektora z 7 lutego 1684 r. w przedmiocie rozdziału dóbr szlacheckich od nieszlacheckich, wielka ilość polskich majątków szlacheckich postradała prawa dóbr rycerskich. W r. 1724 król Fryderyk Wilhelm I zabrania Polakom osiedlania się na pruskiej Litwie, a wnet potem w ogóle osiedlania się w Prusiech Wschodnich. Wielokrotnie ze strony pruskich władz sięga się przy tym do pospolitego gwałtu, wyrzucając chłopów Polaków z ich zagród i wprowadzając na ich miejsce kolonistów niemieckich. A jak niegodziwe było to postępowanie, ilustruje dosadnie fakt, że Fryderyk II, którego o nadmiar życzliwości dla Polski nikt chyba posądzić nie może, musiał nakazać instancjom rządzącym w Królewcu, aby zasięgały wiadomości o dalszym pobycie chłopów polskich: ,,zważywszy, że nie jest Naszą wolą, aby dawnych mieszkańców wypędzać miano z kraju". Ale na tym nie koniec! Do polityki eksterminacyjnej na polu ekonomicznym, która zainicjowana w XVII wieku z różnym nasileniem trwała do dnia dzisiejszego, dodano powoli podobną w dziedzinie kościelnej i szkolnej, tak, iż Prusy Wschodnie, a zwłaszcza już Królewiec (gdzie do dnia dzisiejszego najdawniejszy, zdaje się, kościół miasta na Steindammie nosi ludową nazwę Polskiego, „Polnische Kirche", a jedna z najstarszych ulic na Löbenichcie Polskiej Szkolne i ,,Polnische Schulstrasse"), nawet w rzędzie krajów pruskich zajął stanowisko specjalne. Kurs nienawiści do wszystkiego, co nie niemieckie, a specjalnie już polskie, nawet zewnętrznie zaczął manifestować się jaskrawo w nastrojach ludności, zarówno gminu, jak i inteligencji. Po pierwszej wojnie światowej tendencje antypolskie jeszcze wzrosły. Gdy temu lat 100, a nawet jeszcze 50, student polski mógł śmiało zapisać się na uniwersytet królewiecki i nie zaczepiany przez nikogo, posługiwać się publicznie swoim rodzimym językiem, tak jak zawsze np. Niemiec w Polsce, to w ostatnich czterdziestu czy trzydziestu latach było to wręcz nie do pomyślenia. Studentom Polakom, pominąwszy zgermanizowaną młodzież mazurską, w mury powojennej Albertiny wstęp został bezwzględnie zamknięty, chyba że któryś przemycił się pod firmą Litwina. Poza tym, po wojnie światowej tak sprawy stały, że trzeba było nie byle jakiej śmiałości, aby w ogóle w Królewcu już nie polskim, ale jakimkolwiek innym językiem obcym posługiwać się swobodnie w rozmowie na ulicy, w kawiarni lub restauracji. Wszak np. w r. 1927 obiegła całą prasę światową wiadomość, że tłum królewiecki rzucił się na konsula rosyjskiego, słysząc go rozmawiającego ze swym towarzyszem, i silnie poturbował. To był konsul, a zatem sprawa stała się głośna, ale ileż takich afer likwidowano w sposób cichy. Wiedziała o tym tylko pruska policja, z zasady nie interweniująca w podobnych sprawach, i ten, który został pobity lub zelżony. Bo wschodnie prusactwo to nie była Europa, zaś stołeczny Królewiec, choć w nim wśród paru tysięcy domów sterczał także wcale stary uniwersytet i tkwiło kilka muzeów, to jeszcze nie Bruksela, Sztokholm, Kraków, a nawet nie to, co Lwów lub Ryga. To było coś zupełnie swoistego, ale i obcego Zachodowi, jak Konstantynopol, Baku lub Orenburg. I bystrego obserwatora pozory mylić nie mogły: ani dość dobre królewieckie bruki, ani niebrzydkie ogrody, ani ujęta w murowane brzegi, głęboka do 13 m Pregoła, tworząca port wewnętrzny miasta. Stanowiło to wszystko tylko dowód organizacyjności miejscowych ludzi i ich uzdolnień gospodarczych, nigdy jednak kultury w pojęciu europejskim. Zresztą motywem owych przedsięwzięć poza prawdziwą potrzebą, której korzenie tkwiły w pospolitej chęci zysku, oraz poza popędem do naśladowania, tak właściwym Niemcom, była aż nazbyt często wschodnia chęć błyszczenia i imponowania, choć przerobiona tu na inny nieco, lokalny fason. Ów Wschód, gdzie palmy rosną, pragnie olśnić przepychem bogactw i kolorów, orientalizm zaś wschodnio-pruski, skrystalizowany najsilniej w stołecznym Królewcu, chciał imponować otoczeniu siłą materialną i rytmem pracy. Wiele mówiło się także i o sile moralnej, lecz nie ona, ale siła materialna wybijała się na wierzch jako główny wykładnik życia. Siła moralna łatwo i powszechnie przyjmowała formy moralnej przemocy, jeszcze straszniejszej od fizycznej, bo tępej, zawziętej i owianej specjalnie pruskim szałem ujednostajniania. Kult siły tkwił tak głęboko w świadomości i podświadomości każdego Prusaka, iż prusactwo po złamaniu w pierwszej wojnie światowej walczącej pod przewodem pruskim niemczyzny, zostało na lata całe naprawdę bez programu działania, tworzenia i myślenia. Czuło się zachwiane, nieszczęśliwe i odwiedzione od swej misji dziejowej. Żaliło się przed sobą i przed światem, że mu źle. Dźwignął je dopiero Hitler swoją nauką nienawidzenia wszystkiego co nie-niemieckie, ale przysłużył mu się źle. Tym razem wzięli górę Słowianie. Królewiec, z wyjątkiem krótkiego zresztą okresu walk o wyzwolenie się Niemiec za czasów Napoleona, był zawsze cen-trem tej mentalności nienawiści i szerzenia krzywdy, i dlatego też nad Pregołą, w bastionie walczącej niemczyzny, choćby przymusowe przekreślenie jej lub bodaj poderwanie w związku z rezultatami wojny odczuto najmocniej i najboleśniej. Prusak, a mówimy tu bez wszelkiej przesady, niemożność bezkarnego znęcania się nad nieprusakiem, eksploatowania go i pogardzenia nim, uważał wręcz za krzywdę, której gotów był jak najzawzięciej dochodzić, t całe generacje, trzymające od wieków ster spraw publicznych w swym ręku, innymi kategoriami myśleć już nie potrafiły. Gorsza, że wątpić należy, czy cośkolwiek lepszymi i więcej zdolnymi do kompromisów mogą być kiedykolwiek następne; prusactwo jest bowiem wytworem długiego i bardzo osobliwego procesu historycznego, który aż do ostatniej chwili ciągle jeszcze działał. Swojego czasu nie przerwała go, w najskromniejszej choćby tylko mierze, nawet wielka twórczość szlachetnego idealisty, filozofa Kanta, który półtora wieku temu żył i uczył w Królewcu, rozwodząc się tam, jakby na ironię, nad tkwiącymi w człowieku przyrodzonymi prawami moralnymi. Nadaremnie! Kanta za jego poglądy na końcu życia fatalnie prześladowanego przez władze pruskie, przed stu kilkudziesięciu laty pochowano wspaniałe w tumie królewieckim, ponurej, gotyckiej, podobnej do spichlerza budowli z XIV wieku, a myśl pruska poszła swoją drogą. Z całej nauki mędrca dla praktycznego życia wzięto tylko kantowski kult wolnej woli z właściwą prusactwu nauką o obowiązku: ,,możesz, bo powinieneś". Potem jednak i ten imperatyw mocno się zachwiał. W roku 1921, pewnego dnia letniego, przed konsulatem polskim w Królewcu, przy Neue Dammstrasse, a opodal gmachu giełdy i bardzo ruchliwego Köttelbriicke, można było oglądać — wśród zbiegowiska gawiedzi — leżącego na ziemi w pełnym mundurze i przy szabli, spitego do zupełnej utraty przytomności, policjanta pruskiego, który tak pojął przyjęty na siebie obowiązek czuwania na posterunku nad bezpieczeństwem współobywateli. Jakimi byli przekupni, drapieżni i zdolni do wszelkiej podłości Prusacy, poznaliśmy zresztą do syta w ciągu przeszło pięcioletniej okupacji Polski. Hitler nauczył ich tylko okrucieństwa dla okrucieństwa. Stolica Prus Wschodnich ma nadzwyczaj pomyślne położenie geograficzne. I klimat lepszy, niż w reszcie kraju, i bliskość morza, i żeglowną głęboką rzeką, którą można było łatwo połączyć kanałem z ważną strugą Niemna, wreszcie takie położenie obronne, iż nieprzyjaciel, wkraczający do Prus Wschodnich, w marszu na stolicę, musi po drodze pokonać cały szereg bardzo poważnych przeszkód. Od południa tworzą je przeliczne jeziora i bagna mazurskie oraz ogromne puszcze leśne, od wschodu szereg rzek pobocznych Pregoły, wreszcie od zachodu dolna Wisła. Cała dogodność położenia Prus Wschodnich koncentruje się w stołecznym Królewcu. Bo i to zauważyć należy, że usadowił się on między dwoma hafami (Zalewami), Fryskim i Kurońskim, i tam, gdzie szeroko zabagniona Pregoła, najsilniej się zwężając, pozwalała, zwłaszcza w dawnych czasach, na łatwą przeprawę przy ruchu lądowym, idącym w kierunku południkowym. To idealne miejsce do rozpinania mostów i dzisiaj jeszcze, w wieku kolei, ma swoje znaczenie. Miasto o podobnym położeniu powinno było od dawna zająć szczególnie ważne miejsce nad Bałtykiem, nawet przed Rygą. i Sztokholmem, tym bardziej, iż Prusacy wszystko zrobili, aby dogodzić Królewcowi, poświęcając mu nawet interesy Gdańska, Kłajpedy i Elbląga. Pominąwszy liczne koleje, zbudowali kanał morski długości 33 względnie 46 km, który biegnie równolegle do północnego brzegu Zalewu Fryskiego od Piławy do ujścia Pregoły i nawet zanurzającym się głębiej okrętom pozwala z pełnym ładunkiem dotrzeć do samego miasta. Prócz tego osiem mostów z hydraulicznymi dźwigniami i obracamy most kolejowy, zapewniają do tego stopnia wszelkim statkom swobodny przejazd, iż rzec można, uwijają się one między ulicami, zbiegającymi się do wieloramiennej Pregoły. Imponują też i nabrzeża. Dziś, po rozszerzeniu portu i wykopaniu nowych basenów, mają one kilka kilometrów długości. To wszystko przecież nie potrafiło Królewcowi dodać życia. Miasto, choć zwiększało swą ludność, choć nawet dość budowało, rzecz prosta, z pomocą państwa, nie rozwijało się należycie i na ogół ubożało. Przed pierwszą wojną światową żyło ono głównie z handlu zbożem i drzewem rosyjskim. Po wojnie te czasy należały już do przeszłości, której nic i nikt nie potrafił wskrzesić, nawet urządzane periodycznie, a z wielkim namaszczeniem ,,królewieckie targi wschodnie", wyposażone w jak najdogodniejsze pomieszczenia i jak najusilniej reklamowane. Zapewne, że coś nie coś sprzedawało się przy tych okazjach, ale wielkie spichlerze zbożowe stały prawie puste, młyny przerabiały skromną część przemiału przedwojennego, a z importem drzewa było tak kuso, iż zaledwie go starczyło na potrzeby królewieckich fabryk celulozy. Albowiem ani w interesie Polski, mającej swój Gdańsk i Gdynię, ani też Litwy, zmuszonej popierać Kłajpedę, nie leżało pracowanie dla rozrostu Królewca i jego mieszczaństwa, które w dodatku, dysząc bezgraniczną nienawiścią do wszystkiego, co obce i nie pruskie, wprost nie pozwalało na to, aby Królewiec przyjął w siebie pewien procent cudzoziemców, bez których o jakimkolwiek handlu na większą skalę nie mogło być mowy. Prusacy chcieliby handlować i bogacić się, ale równocześnie nie opuścić ani na włos ze swoich pretensji do poniewierania innymi, a przede wszystkim pragnęliby cały zysk niepodzielnie zagarniać tylko do swoich kieszeni. Nie rozumieli innej formy handlu, jak tylko jednostronną eksploatację. Że zaś im się ona teraz nie udawała, bo eksploatować nie mieli tak dalece kogo, za swój los zmieniony winili nade wszystko Polskę, i to nie tyle z racji jej polityki, która wobec Prus Wschodnich, niestety, nie była ani dość konsekwentna, ani dość silna, ile wprost z samego tytułu jej istnienia. Widzieli, że Polska zagrodziła im drogę na wschód, a w pierwszej linii do bogatej Ukrainy, skąd przed wojną szły ku Królewcowi masy zbóż i treściwych pasz. Potem tego wszystkiego nie było, a kolej żelazna Brześć Litewski- Białystok- Grajewo- Prostki- Królewiec, będąca niegdyś złotodajną żyłą, stopniowo posiadła całkiem tylko drugorzędne znaczenie. Wielkie też rzeczy śniły się niegdyś, a zwłaszcza za czasów pierwszej wojny światowej, kupcom królewieckim, chcącym ową eksploatację wschodu Europy tak ugruntować i wzmocnić, aby ich port nad Pregołą raz na zawsze wyrósł do znaczenia głównego pośrednika między Ukrainą a państwami zachodnimi i północnymi. W myśl podobnych koncepcji traktat w Brześciu Litewskim odpychał wschodnią granicę ewentualnej Polski jak najdalej na zachód poza Białystok i Brześć, a podprowadzał jak najdalej na północ Ukrainę oraz nadawał potężne rozmiary południowej Litwie. Specjalne jednak widowisko ,,targu o skórę niedźwiedzią, który chodzi jeszcze po lesie", przedstawiał okres najbliższy po zawarciu pokoju brzeskiego, gdy Gdańsk i Królewiec prześcigały się w składaniu rządowi niemieckiemu projektów nowych dróg wodnych, prowadzących przez Polskę na Ukrainę. Wszystkie te projekty przekreśliła doszczętnie klęska Niemców w obydwóch wojnach światowych, specjalnie dla Królewca najzupełniej niespodziewana. Miasto, w którym wszyscy ogarnięci byli jakąś mistyczną wiarą w wielkie posłannictwo niemczyzny, na wschodzie, znalazło się nagle poza nawiasem piastowanych przez tyle lat marzeń o wielkich możliwościach rozwoju. ,,0stpreussens deutsche Sendung" rozwiało się i zostały tylko rozmyślania nad tym, co było, co być mogło, no i co być może. . Punktem centralnym stolicy Prus Wschodnich jest stare zamczysko, które w różnych czasach przerabiane i dostawiane, w końcu na zewnątrz pod względem estetycznym przedstawiało się dość nieinteresująco. Kilka starych baszt, a między nimi szereg wcale pospolitych, przeważnie ponurych budowli, które obejmowały spory dziedziniec zamkowy. To wszystko! Nad zamkiem strzela w górę na wysokość 96 m nowa wieża zamkowa w stylu nadwiślańskiego gotyku, wzniesiona w latach 1864 do 1866. Z całością budowy, raczej renesansową niż gotycką, nie jest ona jednak zgoła zharmonizowana i nie świadczy wcale o dobrym guście tych, którzy ją tu wznieśli. Lepiej już bez porównania, gdy idzie o nadbudowy w zamku królewieckim, spisali się Rosjanie. Na dwupiętrowym południowo- wschodnim skrzydle zamku, wystawionym przez Fryderyka I w latach 1705 do 1712, wznieśli oni, podczas okupacji Królewca za czasów wojny siedmioletniej, trzecie i czwarte piętro, stwarzając może najpiękniejszy, a w każdym razie najbardziej reprezentacyjny fragment budowli. . Praktyczni Niemcy pomieścili w zamku niektóre urzędy, no i rozumie się szynk winny „Blutgericht". W skrzydle zachodnim znajdowała się ogromna sala moskiewska, mierząca 83 m długości i 18 szerokości, a pod nią zupełnie nieciekawy, bo wyglądający jak duża sala klubowa, kościół zamkowy, gdzie w r. 1701 Fryderyk I włożył sobie koronę królewską na głowę. Skromnie przedstawiały się również i pokoje królewskie, choć może lepiej niż reszta. Pełno w nich wspomnień po otaczanej głębokim sentymentem prusactwa królowej Luizie, współczesnej Napoleonowi, który w zamku w r. 1812 przez jakiś czas przemieszkiwał. Podzamcze od strony południowej, niegdyś malowniczy zakątek miasta, przerobili Niemcy na nudną nowożytną ulicę Kaiser Wilhelmsplatz, ze wspartym o narożną basztę zaniku ogromnym posągiem Wilhelma I w stroju koronacyjnym i w koronie, a z potężnym mieczem w dłoni, którym jego cesarska mość niesamowicie fechtuje. Na owe gesty cesarza, jakby z pobłażaniem, patrzył znowu, zwrócony w jego stronę, a zajmujący środek placu, spiżowy Bismarck w uniformie kirasjera i w pikielhaubie. Ze stanowiska sztuki nie można sobie wy obrazić nic więcej nudnego, więcej sztywnego i więcej akademickiego nad te dwa pomniki. Owiewała je tylko bezdeń kasarniano- junkierskiej buty. Dla tego, kto by miał jakiekolwiek w tym względzie wątpliwości, znajdowała ona poza tym swój wyraz i w umieszczonym u stóp Bismarcka napisie: „Wir Deutsche fürchten Gott, sonst nichts auf der Welt. — My Niemcy boimy się tylko Boga, zresztą niczego na świecie". Tym smutniejsze można zaś snuć refleksje na temat rozwoju nowopruskich pojęć o sztuce, a specjalnie o rzeźbie, że w tej dziedzinie nie brak tam było w Królewcu niektórych rzeczy starszych a' wartościowych. Za dzieło udane trzeba było np. uważać pomnik pierwszego króla pruskiego Fryderyka I, który przed stu kilkudziesięciu laty wyszedł z mistrzowskiej dłoni Andrzeja Schlutersa, oraz statuę Kanta, dłuta Raucha. Dobrych tych rzeźb spiżowych, może dlatego, że są stosunkowo małe i niepozorne, Prusacy jakby się jednak wstydzili. Pomnikowi Fryderyka I kazali stanąć wprawdzie w pobliżu zamku, ale na ustroniu pod murem kasami, a Kanta schowano w krzaki Paradeplatzu. Środek tego-placu, którego tło stanowi niebrzydki gmach uniwersytetu, zajmował natomiast 11 m wysoki pomnik Fryderyka Wilhelma III na koniu, w stroju koronacyjnym i z wieńcem laurowym na głowie, rzecz w całości bardzo przeciętna i jako dekoracja świątyni nauki, najzupełniej niewłaściwa. Ciekawą część Królewca przedstawiała tzw. Lastadie, czyli kompleks starych malowniczych spichlerzy nad Pregołą. Niektóre z nirh pamiętały jeszcze wiek XVII i służyły do dnia dzisiejszego w niezmienionym stanie. Interesujące były także, zachowane gdzieniegdzie, stare ulice z wąskimi, wysokimi domami, jak Magisterstrasse, okolice placu Gesekus, malownicze otoczenie starego uniwersytetu, dziś biblioteki miejskiej itd. Wszystko to, porównywane z Gdańskiem, od razu jednak pozwalało na zrozumienie, jak o wiele skromniejsza w przeszłości była rola stolicy książąt pruskich nad Pregołą i jak znacznie uboższe jej mieszczaństwo. Nie ma tu i śladu tego rozmachu i tego smaku artystycznego, który w Gdańsku bił z każdego kąta. Ubogo również przedstawiają się tutejsze kościoły. O zamkowym i o katedrze w dzielnicy Kneiphofie wspomnieliśmy już wyżej. Teraz dodamy, że zajmuje ona miejsce wyjątkowe wśród królewieckich domów Bożych i jest czymś w rodzaju Westminsteru wschodnio-pruskiego. Gdy w Malborgu prusactwo po r. 1772, niszcząc własną ręką w barbarzyński sposób tamtejszy zamek, pogruchotało także tablice pamiątkowe i grobowce Wielkich Mistrzów, to pogrzebani w Królewcu leżą w spokoju, a obok nich także książęta pruscy z ich familiami, dwaj książęta Holsztyńscy, znakomici ministrowie i reformatorowie, córka Melanchtona i inni. Wartościowe są również niektóre pomniki względnie tablice pamiątkowe wmurowane w ściany katedry, .choć rozumie się, że mamy tu przeważnie do czynienia nie z dziełami rąk pruskich lub niemieckich, lecz mistrzów z Antwerpii i Amsterdamu. Inne miejscowe kościoły takimi rzeczami poszczycić się nie mogą, chyba tylko wyjątkowo. Nudne budowle, których przeciętność już z zewnątrz rzuca się w oczy w sposób tak obcesowy, że mało kogo zachęcają nawet do zwiedzania. Królewiec jest miastem bez tradycji. Nie było tu ani dorocznych pochodów publicznych i procesji miast włoskich lub francuskich, ani czegoś w rodzaju krakowskiego ,,konika zwierzynieckiego", ,,rękawki" lub bodaj szopki. Po części pochodzi to stąd, że między pogańską tradycją staropruską, a późniejszymi czasami niemieckimi rozciąga się morze przelanej krwi i bezmiar popełnionych zbrodni, przy czym przeszłość zginęła bez reszty, nie doczekawszy się u zdobywców niczego więcej, jak tylko pogardy, a po wtóre Niemcy wschodnio-pruscy to nie jakiś jednolity żywioł' kolonizatorski, ale zlepek najrozmaitszych grup etnicznych. Już za czasów Zakonu Niemieckiego osiadali tu na wschodnich rubieżach Bałtyku Frankowie, Turyngowie, Sasi, zgermanizowani Ślązacy, Szwabi i inni, potem zjawili się jeszcze Szwajcarzy i Niemcy austriaccy (z Salzburga). Wszyscy ci przybysze przyniesione z sobą elementy tradycji stopili bezpowrotnie w wschodnio-pruskim prowincjonalizmie, ten zaś, oderwany od pnia niemczyzny, nic własnego na polu kultury ludowej, zwyczajów i obrzędów stworzyć nie mógł, tym bardziej, że zdobywcy, eksploatatorzy i spekulanci tradycji w ogóle nie lubią. Co najwyżej tylko tam, gdzie w pewnej okolicy osiadła większa masa ludzi jednego plemienia, przetrwały narzecza językowe. I to położenie, ten proces zanikania własnych odwiecznych wspomnień przeszłości, doskonale wyzyskano ze strony czynników rządzących, bo w braku rodzimej tradycji podsunięto ludności jej surogat pod formą specjalnego i powracającego w najrozmaitszych formach mitu o władzy i władcy. Złączona z tym adoracja pierwiastka władczego doprowadzona została niemal do wyżyn kultu religijnego, i taki Fryderyk II lub królowa Luiza, gdy idzie o siłę emocjonalną tych imion, nie na żarty na gruncie wschodnio-pruskim mogą dziś jeszcze być przyrównywani do świętych Kościoła katolickiego. Istnieje Luisenbriicke, Luiseneiche, Luisenhaus, Luisenkirche, nawet Luisenpfahl przy dawnej drodze pocztowej, prowadzącej po mierzei Kurońskiej. Jest też i masa mniejszych bożków, jak Schenkendorf, Teodor v. Schón, Scharnhorst i inni. Każdy z nich, mówiąc słowami Schenkendorf a: „will predigen und sprechen vom Kaiser und vom Reich — chce wołać, głosić i mówić o cesarzu i państwie". W Królewcu stał zawsze wielki ołtarz tego
osobliwego, jedynego w swoim rodzaju nabożeństwa i
tych jedynych w swym smaku
tęsknot do mocnego harapa i kirasjerskich
butów. Ugruntowany ponad wszelką wątpliwość, nie
został skutecznie i trwale
zachwiany ani przez pierwszą nieszczęśliwą wojnę
światową, ani nawet przez rewolucję niemiecką. Co
najwyżej, usunięto tylko
niektóre aparaty kultu. Aż dziw jednak, jak niewiele.
Dopiero teraz na ten zbrodniczy kram spadł zdaje się
cios stanowczy i druzgocący. Rok 1945 zamknął w ten
sposób długi okres nadbałtyckich dziej ów okres
upodlania ludzi i
wielkiego pasma zbrodni. |
wersję elektroniczną opracował |