![]() |
![]() |
![]() |
|
LIDZBARK (HEILSBERG) W jednym z piękniejszych zakątków Prus Wschodnich, wśród okolicy pagórkowatej i bogaciej niż inne przez przyrodę obdarzonej, rozbudowało się miasto Heilsberg. Stara osada pruska, którą zastali już wdzierający się w te strony Krzyżacy. Zwała się wtedy z staropruska Lecbargiem, skąd po polsku Licbarg albo Licbark, także Lidzbark. Kraj naokół był tu wówczas czysto pruski, co odróżniało go silnie od obszarów rozciągających się na zachód od środkowej Pasłęki i górnej Łyny, a zatem ziemi lubawskiej i sasińskiej, oraz tak zwanej Pomezanii, położonej na wschód od Nogatu, gdzie wszędzie siedzieli przeważnie Słowianie, choć czasowo znajdujący się nawet pod panowaniem pruskim. Dlatego też rdzennie pruski Lecbarg odegrał wybitną rolę w drugim powstaniu pruskim z r. 1260, które miało charakter wielkiego ruchu wyzwoleńczego. Zdobyty w r. 1261 po uciążliwym oblężeniu przez wodzów pruskich, Warmijczyka Glappo i Auktumo z Pomezanii, znajdował się odtąd przez lat 13 w ręku powstańców. Dłużej niż inne miejscowości. Wreszcie po upartych bojach zajęli osadę Krzyżacy. Teraz już na trwałe, bo ruch powstańczy z r. 1277 dalszej zmiany w posiadaniu osady nie sprowadził. Lecbarg, czyli jak go po raz pierwszy dokument z r. 1260 nabywa „Heilsberch", pozostał odtąd przy Niemcach, a mianowicie stał się własnością biskupów warmińskich, do których w zasadzie należał już od kwietnia 1251, kiedy na przestrzeni 77 mil kwadratowych stworzono podległe Zakonowi państwo i poddano je pierwszemu biskupowi w tych stronach, Anzelmowi (1250—1278). Trzeci z biskupów warmińskich, Eberhard z Nisy na Śląsku, podniósł w r. 1308 Lidzbark do rzędu miast i nadał mu prawo chełmińskie. Ta okoliczność, że twórcą Lidzbarka jako miasta był biskup śląskiego pochodzenia, zaważyła bardzo znacznie na późniejszych losach osiedla i jego wyglądzie. Biskup Eberhard zaludnił nowopowstający gród swoimi rodakami, Niemcami ze Śląska, którzy tam do dnia dzisiejszego ciągle jeszcze używają narzecza ,,wrocławskiego", jak zresztą w wielu innych miejscowościach na wschód od Pasłęki, z wyłączeniem jednak północy Warmii i okolic Reszla, gdzie panuje narzecze ,,kezlawskie" albo ,,koślińskie", pozostałość po dawnych kolonistach spod Lubeki. Że razem z śląskimi Niemcami napłynęła do Prus Wschodnich także spora ilość osadników polskich z Górnego Śląska, wydaje się rzeczą prostą i dowiedzioną. Sadowili się oni jednak przeważnie więcej na południe, w okolicy Olsztyna i Reszla, gdzie polskie dialekty jeszcze ciągle przypominają Górny Śląsk. Na śląskie wpływy wskazuje też i architektura Licbarka, czyli Lidzbarka, zwłaszcza rynku z podcieniami, a niegdyś i gotyckim wspaniałym ratuszem w pośrodku, zniszczonym przez pożar w roku 1865 i więcej nie odbudowanym, a wreszcie i zajęcie mieszkańców, do niedawna jeszcze trudniących się chętnie uprawą lnu i wyrobem płócien na śląski sposób. Lidzbark rozwijał się szybko. Już w wieku XIV pomyślano tam o wodociągu, który służył szczęśliwie aż do ostatnich czasów (1904), zastąpiony wreszcie przez nowożytne urządzenia; o młynach, które przetrwały do chwili obecnej; o szkołach, gdzie uczono czytania, pisania i rachunków oraz nieco łaciny, a w tzw. „Preussenschule" przygotowywano młodych Prusaków do stanu duchownego; wreszcie o ujęciu całego życia miejskiego aż do najdrobniejszych szczegółów w ścisłe, przechowywane do dnia dzisiejszego, regulaminy i prawidła, tak że o Lidzbarku wiemy pod tym względem znacznie więcej niż o innych miastach wschodnio-pruskich. Że jednak Lidzbark był od roku 1350 stale rezydencją rządzących księstwem biskupów, tak jak Frombork kapituły, zdarzało się niejednokrotnie, iż ci wywierali bardzo zasadniczy wpływ na wybór radnych i burmistrzów. Miało to szczególnie miejsce za czasów biskupa Franciszka Kuhschmalza (1424—1457). W czasie wojny trzynastoletniej za Kazimierza Jagiellończyka, stanął Lidzbark po stronie Związku Miast Pruskich przeciw Krzyżakom i na tym stanowisku wytrwał aż do końca, aby ostatecznie w drugim pokoju toruńskim z r. 1466 wraz z całym księstwem warmińskim znaleźć się przy Polsce. Przy rozkładaniu w pierwszym roku wojny ciężarów finansowych, wynikłych z racji przystąpienia miasta do Związku Pruskiego, Lidzbark zobowiązał się do wpłacenia 600 marek, tj. takiej sumy, jaką uiścić miała i Orneta. W r. 1456 widzimy go znowu uczestniczącym kwotą 1.350 marek na cele wojenne. W ciągu długich 300 lat polskiej przynależności państwowej, zresztą bardzo luźnej, bo Warmia mimo to nie stała się wcale częścią Polski, tak całe księstwo jak i jego stolica Lidzbark złożyły niejednokrotnie dowody dużego przywiązania do Rzeczypospolitej. Miało to zwłaszcza miejsce w r. 1520, kiedy Wielki Mistrz Albrecht bardzo silną, bo do 15.000 ludzi liczącą armią dwukrotnie zagrażał Lidzbarkowi, raz w dniu 15 sierpnia, próbując zająć miasto znienacka, a powtórnie w jesieni, poddając je 6-tygodniowemu oblężeniu. Wówczas na czele broniącego się miasta stanął Landvogt Jerzy von Preuck. Wielki Mistrz, po wyrzuceniu na miasto dwudziestu kilku tysięcy palnych kuł i bomb, nic nie wskórawszy musiał się cofnąć, nie ośmielając się nawet na przypuszczenie szturmu generalnego. W wojnach szwedzko-polskich zrazu Lidzbark ocalał, ucierpiał jednak wiele w czasie ostatniej za Karola XII, który na zamku tutejszym przebył nawet zimę w r. 1703—04. Do niezbyt przyjemnych gości należeli również okupanci, bawiący w Lidzbarku w czasie wojny siedmioletniej (podejmowani tu przez biskupa Grabowskiego), oraz wojska napoleońskie, które w pobliżu miasta stoczyły nawet jedną z ważniejszych bitew kampanii francusko-prusko-rosyjskiej (1807). Waga Lidzbarka jako twierdzy tkwiła przede wszystkim w jego położeniu. Opasane murami i opatrzone wieżami miasto zabudowało się na półwyspie utworzonym przez zataczającą tutaj łuk, głęboką i obfitą w wodę rzekę Łynę, w miejscu zaś, gdzie brakło tej naturalnej osłony, tj. od strony północnej, wykopano głęboki do 13 ½ m rów, który można było napełniać wodą. Mury miejskie powstały już w r. 1357 i z tego to czasu, obok innych zachowanych jeszcze części obwarowań, o które na północy miasta opierają się dziś całe szeregi domów, pochodzi również wspaniała Wysoka Brama. W ogóle jest ona w tym rodzaju najbardziej monumentalnym zabytkiem wschodnio-pruskim i przypomina żywo głośną lubecką Holstentor, tylko że jej brak wysokich hełmów, sterczących na obu basztach wspomnianej bramy w Lubece. Dwie, względnie trzy inne bramy lidzbarskie, prowadzące niegdyś do miasta i zamykające sobą mosty, jako to; Kościelna, Młyńska i Zamkowa; zostały zburzone jeszcze w latach 1816 i 1818. Znikły również dodatkowe obwarowania, przy Wysokiej Bramie, usunięte w r. 1868. Że nie rozwalono wszystkiego, co świeckiemu Lidzbarkowi nadawało patynę średniowiecza, miasto zawdzięcza tylko swemu usunięciu się w cień w okresie ostatnich kilkudziesięciu lat, kiedy w Wschodnich Prusiech usilnie burzono lub przerabiano jeden zabytek po drugim. Nie mało a szczęśliwie zaważyła też tu i ta okoliczność, że do Lidzbarka późno, bo dopiero w r. 1899 doprowadzono kolej żelazną, a trzy lata wcześniej tej dawnej siedzibie świetnego dworu książąt biskupów przywrócono wreszcie bodaj skromne stanowisko miasta powiatowego, które na okres 30 lat zabrało mu miasto Guttstadt, po polsku Dobre Miasto. Obecnie w dawnej stolicy Warmii krzyżują się trzy linie kolejowe: Cynty—Ruciany, Orneta—Bischdorf i Bartoszyce— Lidzbark. Ludność miasta rośnie jednak bardzo powoli. Gdy w r. 1864 było tu 5.827 mieszkańców, to w chwili wybuchu drugiej wojny światowej, a zatem po 75 latach, niespełna 7.000. Jak na centrum miejskie, pod względem komunikacyjnym dobrze uposażone i stolicę powiatu, chyba przyrost stosunkowo niewielki. Widać, że ciągle jeszcze działają tu te same momenty, które z jednej strony nie pozwalają Lidzbarkowi zaprzepaścić jego pięknej szaty zewnętrznej, pozostałe mu po bogatej w przeżycia przeszłości, ale też na odwrót -— stać się ośrodkiem bujniejszego życia. Z tych względów przeważnie uratowały się również przy ulicy Długiej w niezmienionym stanie barokowe domy, dwu— względnie trzypiętrowe, piękne zakątki na Kirchentor —Vorstadt lub przy ulicy Klasztornej, a przede wszystkim całe szeregi wartościowych pod względem architektonicznym kamienic w obszernym rynku z podcieniami, robiącym wrażenie jakiejś potężnej sali. Szkoda, że nie zachowały się one z wszystkich stron rynku, zniszczone przy zachodniej, wraz z domami w wielkim pożarze w r. 1865, bo późniejsza odbudowa już ich więcej nie przywróciła. Nie mało do oszpecenia placu przyczynił się też stojący w jego środku pomnik, wzniesiony na pamiątkę udałej potyczki, stoczonej pod Lidzbarkiem przez pruski pułk ,,czarnych" huzarów z piechotą francuską dnia 10 czerwca 1807 r. I nie winien tu tyle pomnik, jak na ciężki gust pruski zresztą dość znośny, ile przede wszystkim umieszczenie go w samym środku placu. Wskutek tego plac wydaje się mniejszy. W dodatku, z jednej strony widzialny jest tylko tył spiżowego konia i siedzącego na nim jeźdźca z chorągwią. Otaczającego pomnik kwietnika ż balustradą żelazną, wyrastającego nagle z otoczenia bruków i murów, też nie można uznać za pomysł zbyt szczęśliwy. Pomnik to jednak szczegół. Gdy idzie o sam rynek jako plac, to wrażenie pięknej całości wywołuje on i dlatego, iż z wszystkich stron zamykają go niczym nieprzerwane kompleksy w wielkiej części jeszcze stylowych domów. Tylko jeden narożnik otwiera szerszy widok, ale wzrok nie gubi się tu znowu, jak w jakimś wschodnim mieście, w przedługiej, nie interesującej ulicy, lecz spotyka na swej drodze potężny rozmiarami gmach kościoła parafialnego. Tę wspaniałą gotycką świątynię lidzbarską wzniesiono około 1350 r. w miejscu, gdzie Łyna zatacza swój najpełniejszy łuk. Imponująco też ponad wodami rzeki rysuje się sylweta masywnej, blisko 70-metrowej wieży. W r. 1698 na polecenie biskupa Potockiego, po zniszczeniu przez piorun dawnego hełmu gotyckiego, pokryto wieżę na nowo drewnianą, lecz obitą miedzianą blachą, na cztery kondygnacje podzieloną, latarnią barokową, która doskonale harmonizuje z całością. Obniżono też wówczas dach na kościele i stworzono rzecz może nie czysto stylową ale piękną. I tak dodatnio prezentował się kościół nie tylko z zewnątrz ale i w swym wnętrzu przez długie dziesiątki lat. Nie umieli jednak tego wszystkiego ocenić i docenić współcześni Prusacy. W r. 1870 zburzono przeważną część wartościowego rokokowego wewnętrznego urządzenia świątyni, w r. 1891 przylepiono do niej, od wschodu niby gotycką dobudówkę, burząc dawną z czasów polskich, w r. 1898 dodano nowy chór z organami, a wreszcie w r. 1908 całe wnętrze na świeżo „z gotycka" pomalowano. O wszystkich tych poczynaniach estetów wschodnio-pruskich niewątpliwy znawca zabytków sztuki miejscowej, architekt Gustaw Wolf z Mrągowa, wyraża się krótko: ,,wydają się znawcy pożałowania godne"1) [l) Się erscheinen 'dem Kenner bedauerlich.]. I inaczej być nie może, skoro miejsce prawdziwego rokoka zajął nieprawdziwy gotyk, skoro zmarnowano dorobek kulturalny poprzednich wieków. Chodziłoby tylko o to, czy w tym działaniu było więcej niechęci do polskości, czy też akademickiej i tępej oschłości. Bo, że Prusaków gryzie to niewymownie, iż cała Warmia roi się ciągle jeszcze od śladów pobytu tu Polaków i że najpiękniejsze i najpogodniejsze dzieła miejscowej architektury odnoszą się do czasów polskich, najmniejszej nie ulega wątpliwości. Dość wspomnieć taki przepiękny i ogromny kościół w Swiętejlipce, zbudowany w XVII wieku ze składek całej Polski. Na szczęście, ten zabytek dotąd uszedł cało, nietknięty pruską ręką. Mówiąc o Lidzbarku nie wspomnieliśmy dotychczas o jego najpiękniejszej ozdobie, to jest o zamku biskupim. Zajmuje on sporą przestrzeń na wschodzie miasta między Łyną a uchodzącą tu do niej rzeką Simser i stoi w miejscu starego grodziszcza pruskiego, zdobytego przez Krzyżaków około 1240 roku, a potem dwukrotnie traconego, aż wreszcie w okresie od r. 1350 do 1400 rozbudowanego w bardzo obronny zamek, który przetrwał wszystkie burze dziejowe i zachował się do dzisiaj, zmieniając tylko nieco swój wygląd w latach 1427 i 1497. Zamek lidzbarski na swoje czasy był silną fortecą. Otoczony wodą, zostawiał przeciwnikowi możliwość ataku tylko jedną drogą, na której co krok to piętrzyła się przeszkoda, a zatem warowna brama, most zwodzony i furta wewnętrzna. Po pokonaniu wszystkich tych zapór i po zdobyciu zamku niższego, stawał oblegający w obliczu właściwej twierdzy, zamku wyższego. Ale nawet wdarcie się tam, zresztą bardzo trudne z powodu głębokiej fosy i grubych murów, nie zamykało zupełnie wszystkich możliwości dalszej obrony, gdyż zostawała jeszcze baszta (Bergfried), chyba, że załoga, rezygnując z tej ostatniej ucieczki, wolała z murów zamkowych wydobyć się na zewnątrz tajnymi chodnikami. Zabudowania zamku niższego służyły celom gospodarczym. Długie wieki, bo od r. 1520 do 1840, prócz tego, z jednej strony czworokątnego, obszernego podwórza wznosił się tu dom mieszkalny biskupów, tzw. zamek średni, odnowiony gruntownie i rozbudowany wspaniale w r. 1666 przez biskupa Jana Stefana Wydżgę. Jak widać ze starych rycin, choć stał blisko zamku górnego, nie psuł widoku i nie zasłaniał wyżej piętrzącego się bloku murów, tak że całość oglądana z daleka wyglądała dobrze. Dziś z ogromnej budowli ani śladu. „Pyszny budynek w r. 1772 znalazł się w stanie zniszczenia i w r. 1840 został rozebrany" [Das PrunŁgebaude geriet. 1772 in Verfall und wurde 1840 abgetragen]. Oto krótkie słowa pruskiego informatora. Gruzami wspaniałego, wzniesionego ręką polską pałacu, zasypano rów od strony zamku górnego. O szczęściu tylko mówić można, że w tym samym czasie nie zniszczono także zamku górnego, który dzisiaj uważać należy za najświetniejszy pomnik świeckiej architektury gotyckiej w Prusiech Wschodnich. Wszak ówczesny, otaczany kultem półboga, starszy prezydent Prus Wschodnich, von Schön, pisał w r. 1838 do biskupa Andrzeja Stanisława von Hattena, że ,,zamek jest zbędnym, zaprzepaszczonym, starym budynkiem, zasługującym na sprzedaż albo na rozbiórkę" [Ein entbehriiches, baufalliges, altes Gebaude nur noch wert, dass mań es yeraussere oder zur Materialienbenutzung abbrechen lasse.]. Dzięki protekcji króla pruskiego Fryderyka Wilhelma IV zamek przecież ocalał. Pokryty na nowo dachem, choć nie uniknął pewnego oszpecenia, od r. 1859 jako zakład sierót służy celom mieszkalnym. Najpiękniejszą część zamku stanowi jego, otoczone ze wszystkich stron krużgankami, podwórze, zresztą małe, bo tworzące prostokąt o wymiarach 20,3 na 22,1 m. Istna poezja w kamieniu. Zarówno dolne czworokątne słupy krużganków, jak i górne ośmioboczne dźwigają na sobie ostrołukowe sklepienia. Nad górnymi piętrzy się dach, ponad którym widoczne są jeszcze okna. Brama wjazdowa półokrągła. Pod całym zamkiem, mającym na zewnątrz w kwadrat z każdej strony około 40 m, ciągną się w dwa piętra piwnice o architekturze ostrołukowe j. Wartościowych szczegółów zresztą pełno, gdziekolwiek rzuci się wzrokiem. Śliczne są rzeźby niektórych baz i kapiteli słupów, zdobne konsole i pyszne pilastry, a głowy aniołów, które jako zworniki tkwią w sklepieniach, uważać można po części za prawdziwe arcydzieła sztuki rzeźbiarskiej. Wmyślając się w dawny widok wnętrza gmachu podnieść także należy pełne gustu malowidła ścienne, które dopełniały wdzięcznej całości, przy czym jednak każda epoka dokonywała coraz to nowych zmian. Wielka sala [ Der grosse Remter], która przy 10 metrach wysokości mierzy 27 długości i 8,8 szerokości, około roku 1400 pomalowana była z gotycka w kafle zielono-czerwone. W ciągu wieku XVI otrzymała malowidło wczesnorenesansowe. Około r. 1688 biskup Radziejowski dodał fryz z herbami biskupów warmińskich, a wolne miejsca pokrył farbą czerwoną. Na początku XVIII wieku całą salę poza herbami biskupimi pociągnięto kolorem purpurowym, wreszcie ostatni książę biskup, Krasicki, polecił wszystko przykryć białym kolorem i wmalować serię widoków. Dziś malowidło doprowadzono do stanu pierwotnego z czasów gotyckich. Malowideł nie brak też i w kaplicy położonej w południowo-wschodnim kącie zamku. Przedstawiają one sceny z historii biblijnej (Starego Testamentu). Architektura ostrołukowa dzięki obfitości ozdób barokowych przyjęła tu formy mniej surowe, całość jednak straciła nieco z powodu wadliwego oświetlenia wnętrza. Piękne freski zdobią także prześlicznie sklepioną Małą salę [Kleiner Remter] i kilka innych pomieszczeń. W Małej sali malowidło o motywach roślinnych ma pokrój orientalny. Ogólne wrażenie, jakiego doznaje zwiedzający zamek, jest z jednej strony przebijająca się wszędzie mała troska o ten zabytek, a z drugiej, bardzo gruba robota rzemieślniczo- konserwatorska różnych szczegółów. Dodałbym jeszcze i to, iż wiele cennych ozdób i figur, szczególnie barokowych, rzucono do rupieci walających się po wszystkich kątach, gdy tymczasem dla niejednej byłoby miejsce nawet w muzeum. Gdym pytał dlaczego się to dzieje, nie umiano mi dać odpowiedzi. Po prostu jakieś osobliwe marnowanie wielkiego dobytku kulturalnego przeszłych wieków. Może dlatego, że jego tu tak wiele. Nie w lepszym stanie znajduje się też i stary ogród zamkowy [Fürstbischóflicher Garten], gdzie niegdyś wznosił się pałac zbudowany przez biskupa Zbąskiego (1688—97), zburzony przez Szwedów w r. 1705. Pierścień zieleni otaczający zamczysko mimo to daje wspaniałe efekty, zwłaszcza jesienną porą, kiedy wszystko nabiera jakichś półtonów czerwonawo- złotych. Nigdy też bardziej jak wtedy nie odczuwa się, patrząc na Lidzbark i jego zamczysko, że stoi się przed zabytkowym i bardzo szanownym miejscem. Szczególnie bowiem dla nas Polaków Lidzbark nie może być nigdy obcym. Tu w r. 1749 z biblioteki biskupiej, uczony i wytworny mecenas nauk, biskup Stanisław Grabowski, pierwszy z pyłu zapomnienia wydobył kronikę Galla i ogłosił ją drukiem; tu jego następca Ignacy Krasicki oddawał się pracom literackim. Tu w Lidzbarku w roku 1775 powstały jego ,,Myszeis" i „Monachomachia", w r. 1776 ,,Przypadki Doświadczyńskiego", w r. 1778 ,,Satyry", w r. 1779 „Pan Podstoli" oraz „Bajki i „Powieści" i tak dalej aż do r. 1786. Lidzbark, choć nie posiadał nigdy polskiej ludności, miał jednak wiele związków z duchem polskim. Polskość dała ma i to także, że zachowawszy cechy miasta niemieckiego, nie stał się równocześnie ośrodkiem nastrojów prusackich z ich chamskim prymitywizmem i drapieżną, kasarnianą ekskluzywnością. Lidzbark poza tym, co nieuchronnie w umysły ludności wsączała szkoła pruska, nie wyrobił u siebie kultu ani królowej Luizy, ani Bismarcka, ani wielu innych herosów pruskiego Olimpu. Komu by zaś te słowa wydały się nie dość uzasadnione, niech porówna pogodną stolicę Warmii z taką choćby np. Kłajpedą, do której wpływy polskie nigdy nie dochodziły. Stare to bowiem miasto nad Dangą i Zalewem Kurońskim, najstarsze ze wszystkich grodów wschodniopruskich, gdyż jako niemieckie osiedle miejskie istniejące już od r. 1253, nie tylko że nie umiało dla obecnych pokoleń zachować jakichś bodaj śladów patyny wieków średnich, choćby tylko w ułamkach starych murów, burząc wszystko iście po prusku; nie tylko że przespało całkowicie czasy bujnego renesansu i eleganckiego baroku, ale i w najnowszym okresie swego rozwoju, jako ważne miasto handlowe, obracające przecież milionami, tworzyło rzeczy wręcz skandaliczne w swej pospolitości i brzydocie. Bo pomyślmy, czy w obliczu barokowego rynku lidzbarskiego byłaby możliwa taka choćby rzecz, jak nowoklasyczny ale niemniej szczeropruski, kłajpedzki pomnik „Borussii" i czy postawiony wśród dostojnych murów stolicy książąt biskupów warmińskich nie działałby tu wręcz komicznie, domagając się natychmiastowego usunięcia. Tęga dziewka w powłóczystej szacie, w hełmie na głowie, z tarczą i wojennym znakiem na włóczni w jednej ręce, drugą zapowiada komuś wbicie w brzuch krótkiego miecza. Oto treść tępo i ordynarnie zmałpowanej na różnych klasycznych gipsach bryły spiżowej, mierzącej aż 4,20 m wysokości i stojącej na tak samo prawie wysokim, krągłym, obwieszonym medalionami słupie granitowym. A przecież ów ,,Nationaldenkmal" odsłaniano w Kłajpedzie w r. 1907 w obecności niemieckiej pary cesarskiej i przy fanfarach całej prasy groźnego imperium. Lidzbarkowi takich emocji i ozdób musiano oszczędzić, bo tu pług cywilizacji już za głęboko przeorał niwę sztuki i życia. Cieszymy się, że oraczami byliśmy my przede wszystkim i że jeżeli gdzie, to w Lidzbarku, podobnie zresztą jak w Fromborku lub Braniewie, okrzyczana przez Niemców „polnische Wirtschaft" zostawiła po sobie niczym niezatarte ślady rzetelnej i kulturalnej roboty.
Jedynym krajem należącym do Rzeszy niemieckiej, który w czasie pierwszej wojny światowej ucierpiał bezpośrednio od działań wojennych, były Prusy Wschodnie. Wkraczający tu Rosjanie, płacąc równą miarą za spustoszenia dokonywane przez Niemców w sprzymierzonej Belgii, a choćby tylko za okrutne zburzenie spokojnego Kalisza, Prus nie oszczędzali. Z powierzchni ziemi znikło tu wtedy 1.500 miejscowości, rozwalono 35 miast i spalono 44.000 budynków. Południowa część Prus Wschodnich pokryła się ruinami. Jednak nie na długo! Prusacy, choć w znacznej części szło tutaj o obcy im żywioł, bo o Mazurów i Litwinów, jeszcze w czasie Wojny naprawili większość szkód, a w latach 1918—1922 dokonali reszty. Wkrótce po wojnie darmo by było szukać wyraźnych śladów destrukcji. Jeżeli gdzie jakie zostały w Prusiech Wschodnich, to całkiem nieliczne i nie rzucające się w oczy. Kwota 2 miliardów marek w złocie, bo taką wartość przedstawia odbudowa, dokonana w znacznej części materiałami zarekwirowanymi i wywiezionymi z ziem polskich, zrobiła swoje. Prusy Wschodnie stały się znowu krajem dobrze zabudowanym i urządzonym. Tu przecież należy dodać kilka słów wyjaśnienia, aby przypadkiem tego działania nie tłumaczono sobie wyłącznie chęcią jak najszybszego ulżenia losowi nieszczęśliwych mieszkańców, którym wojna zdarła dach nad głową. Jak widać z memoriałów ilustrujących sprawę odbudowy, spieszono się tak bardzo, aby w Prusiech Wschodnich w ten sposób móc przede wszystkim jak najrychlej uruchomić znowu gospodarstwo rolne i aby „złagodzić straszliwe skutki nieprzyjacielskiej blokady Rzeszy Niemieckiej". Chodziło o owe ,,nadwyżki zbożowe dostarczane państwu", — którymi Prusy Wschodnie dopomagały żywnościowe ściśniętym Niemcom. Jednak jeszcze więcej zależało im na czym innym. Mianowicie chodziło o powstrzymanie ludności przed emigracją z zachwalanych i przechwalanych przez czynniki rządowe Prus Wschodnich [ „Es war zu befürchten, dass die Fluchtlinge in anderen Provinzen neue Lcbensgrundlagen suchten, sich anderswo, wenn auch unter schwierigea Verhãltnissen ansiedelten und dort verblieben"]. Zdaniem bowiem agitujących Niemców, którzy ciągle jeszcze. jak przed wiekami, zainteresowania swych rodaków usiłowali kierować ku wschodowi, Prusy Wschodnie, porównywane z sąsiednimi krajami polskimi, mają być Eldoradem kultury, dobrobytu i porządku. O tym jednak, że ten naprawdę niezły wygląd zewnętrzny wschodniopruskich osiedli, zwłaszcza małomiejskich, ale tylko wygląd, utrzymano za pomocą takich np. środków, jak w Ostródzie przez nakładanie na mieszkańców 309°/o dodatku gminnego do państwowego podatku dochodowego, w Reszlu 315%, w Mikołajkach 300%, w Dąbrownie 300%, w Biskupcu 290%, w Węgoborku 320%, w Olecku (Margrabowej) 300% itp., mówiono jak najmniej. Nie miało też to i wielkiego celu, bo fakty były chyba wymowniejsze niż słowa. Z nadmiaru wschodniopruskiego ,,dobrobytu" ludność uchodziła z kraju nie dziesiątkami, ale setkami tysięcy. W takim np. pięcioleciu 1905—1910 wyszło osób 95.864, w innych jeszcze więcej, co ostatecznie pozostało specjalnością tego kraju aż do dnia dzisiejszego. Od zakończenia pierwszej wojny światowej, względnie od r. 1919 aż do końca 1925 r., znowu 158.000 ludzi, przeważnie Niemców, robotników rolnych, porzuciło Prusy Wschodnie, przenosząc się gdzie indziej. Znajdowało się jednak jedno osiedle w obszernej prowincji wschodniopruskiej, gdzie działo się inaczej i gdzie zaludnienie rosło w tempie iście amerykańskim. Tą osobliwą osadą było miasto Olsztyn. Lat temu sześćdziesiąt kilka, tj. w momencie otwierania ruchu na nowo wówczas zbudowanej kolei Berlin- Poznań- Toruń- Ostróda- Olsztyn- Wystruc liczył Olsztyn około 6.000 mieszkańców: w roku 1880 - 7.435 Na Olsztynie, lepiej niż na jakimkolwiek innym mieście wschodniopruskim, widzieć było można, co znaczą pomyślne warunki zewnętrzne, przede wszystkim zaś dogodna komunikacja. Nie będzie też to przesadą, gdy się powie, że nowy Olsztyn w pierwszej linii zbudowała kolej Berlin- Toruń- Wy-struć. Bez niej wlókłby on niewesoły żywot podrzędnego miasteczka prowincjonalnego, których jest wiele nad Łyną i Pregołą. Pewne znaczenie obok tego miały również koleje lokalne zbiegające się w Olsztynie, jako to linia do Szczytna i Jańsborga, do Olsztynka i Niborka, do Ornety i Braniewa, a wreszcie do Morąga i Elbląga. Poza owymi względami komunikacyjnymi, do których i ten zaliczyć wypada, że Olsztyn leży w odległości tylko 30 km od kończącego się niedaleko Kanału Elbląsko- Oberlandzkiego, na szczególniejsze podkreślenie zasługuje okoliczność, iż miasto posiadało ogromny majątek, pozwalający mu bez zwykłego w Prusiech Wschodnich obciążania obywateli podatkami na dokonywanie ulepszeń i inwestycyj. Obok różnych cennych objektów, we władaniu Olsztyna był olbrzymi obszar 22.000 ha lasów sosnowych, po części bardzo wartościowych. Dlatego też nie wielką sztuką było tu uporządkowanie finansów miejskich, toż samo przystąpienie do budowli np. w rodzaju nowego ratusza. Że rozrost Olsztyna był wynikiem warunków komunikacyjnych, potwierdziły to w całości rezultaty pierwszej wojny. światowej. Zważywszy bowiem, że w ostatnich trzynastu latach przed wybuchem zawieruchy światowej przybyło miastu 14.000 mieszkańców, czyli 58 % zaludnienia, to rozwijając się w tym samym stosunku i po wojnie — z końcem roku 1.926, a zatem po dalszych 13 latach, powinno liczyć mniej więcej 60.000. Tymczasem w r. 1925 liczba mieszkańców obracała się około cyfry 40.000 a w r. 1939 około 50.000. Na wzroście zaludnienia miasta zupełnie dokładnie odbiło się przeto przecięcie nową granicą polską jego związków z dawnym pruskim ,,hinterlandem", choć, rzecz prosta, nie bez pewnego znaczenia była i okoliczność, że powojenny Olsztyn na wiele lat przestał być siedzibą dużego garnizonu i generalnej komendy korpusu cesarskiej armii. Wzrost liczby mieszkańców przedwojennego Olsztyna i charakterystyczna powojenna stagnacja w procesie dalszego zaludniania się miasta pouczają każdego nieuprzedzonego także i o tym, jak ogromny rozkwit czekałby nie tylko ten gród, ale i całe Prusy Wschodnie, gdyby były straciły wcześniej charakter zapory odcinającej od morza terytoria polskie, położone na południu. O tym jednak w Prusiech Wschodnich przez czas długi wolno było tylko myśleć, ale nie mówić lub pisać bez narażenia się na nazwę zdrajcy i ściągnięcia na siebie jak najbezwzględniejszych prześladowań. Wszak głównie terror niemiecki, stosowany w r. 1920 podczas plebiscytu, obok szczególnie w owej chwili niekorzystnego położenia Polski, uwikłanej w wojnę z Z.S.R.R., sprawił, że tak mała liczba głosów oświadczyła się przeciw dalszej przynależności do Rzeszy. Ręczyć można, że swobodne wota dałyby były inny rezultat. Wyniki plebiscytu nie ilustrują też zgoła skali napięcia poczucia narodowego wśród polskiej ludności warmińskiej, gdyż dopiero właśnie po głosowaniu, reagując na triumfy niemieckie, zorganizowano tu większość polskich towarzystw, tak gęsto potem rozsianych po całym kraju. Również mimo fatalnego wyniku plebiscytu nie upadł warmiński polski organ prasowy „Gazeta Olsztyńska", która wychodząc od przeszło pół wieku przyczyniła się ogromnie do wyrobienia narodowych uczuć swych czytelników. Na pierwszy rzut oka polskości w Olsztynie nie dostrzegało się jednak wcale już od bardzo wielu lat. Nic dziwnego! Niemcy są specjalistami w maskowaniu oblicza narodowościowego ziem, nad którymi panują. Przed wojną przecież i w Poznaniu nie doznawało się zgoła wrażenia, że się chodzi po najbardziej polskim mieście, tym mniej w Gnieźnie lub Inowrocławiu. Dawną, nie dającą się zaprzeczyć, zupełną prawie polskość Olsztyna, schowanego wiekami za potężną ścianą szerokiej smugi lasów, ciągnących się tutaj na przestrzeni 70 km między Swiętolipką na wschodzie a Gietrzwałdem na zachodzie i ochranianego w ten sposób od postępującej z północy kolonizacji niemieckiej, na najcięższe próby wystawił okres lat 1880—1914, kiedy miasto gwałtownie wzrastając, jako mieszkańców gromadziło przede wszystkim Niemców. Gdy w pobliskim Olsztynowi Wartemborku, któremu nic nie przerwało wiekowej drzemki, ciągle jeszcze na 5.000 mieszkańców jedna trzecia część ludności posługiwała się językiem polskim, lub w nieco większym Biskupcu jedna czwarta, to w Olsztynie w najlepszym razie jedna dziesiąta. Reszta to Niemcy z urodzenia lub renegaci. I inaczej w Olsztynie stać się nie mogło, gdy pomieszczono tu siedzibę regencji oraz powołano do życia moc urzędów i szkół obsadzonych Niemcami, jak nie mniej niemieckich. organizacyj handlowych i społecznych, a także ulokowano dużą załogę wojskową. Napór zorganizowanej niemczyzny był wprost przytłaczający. Rozumie się, że jeszcze gorzej było pod tym względem bezpośrednio przed drugą wojną światową. Ów szybki rozwój Olsztyna, który wywarł tak niekorzystny wpływ na stosunek liczebny ludności polskiej do niemieckiej, czyniąc z Polaków w stolicy polskiej Warmii nic nie znaczącą grupę, zaważył również bardzo wybitnie na rozbudowie miasta. Uderza mianowicie jego nowość, a przy tym niezmierna banalność ulic i budowli. I musi być już źle pod tym względem, skoro sam starszy burmistrz miasta, stuprocentowy Prusak, dl Zülch, głośny z awantur, które urządzał podczas plebiscytu, w odniesieniu do nowszych olsztyńskich budowli, nawet publicznych, stwierdził, że ,,nie rzadko uderzają oko swoim brakiem piękna". Całość wyglądu miasta ratuje tylko obfitość zieleni i parków, względnie lasów, które zaczynają się już wśród terenów miejskich i ciągną się całymi milami. Dużo uroku dodaje także pagórkowata okolica podmiejska, spiętrzająca się w pojedynczych wzniesieniach do 140 m nad poziom morza i przecięta wstęgą rzeki Łyny. Z nowszych budowli do udałych wyjątków architektonicznych należy ratusz, strzelisty i obszerny gmach w stylu renesansowym, niepotrzebnie jednak oszpecony dużym narożnym wykuszem, odcinającym się od całości swymi barokowymi i pospolitymi formami. Ten wykusz ,,rosyjski", tak nazwany ze względu na rzeźby mające związek z inwazją rosyjską z r. 1914, którymi jest ozdobiony, chciał uchodzić za rzecz godną specjalnego widzenia i każdy Niemiec olsztyński tam szczególnie rad prowadził zwiedzającego, jak w Królewcu do nieciekawej dla obcych knajpy w zamku królewskim, zwanej „Blutgericht", lub w Kwidzyniu pod ogromny krzyżacki wychodek (Dansker), złączony od strony zachodnie] szeregiem łuków z zamkiem i sterczący na kształt potężnej baszty. Obok ratusza na wspomnienie zasługuje jeszcze gmach niemieckiego teatru i niebrzydki budynek byłej regencji, imponujący jednak nade wszystko swymi potężnymi rozmiarami, gdyż front jego mierzy blisko 59 m długości a każde ze skrzydeł przeszło 80. Polskie instytucje gromadził w sobie przez długi czas obszerny Hotel International. Podobnie jak inny olsztyński hotel Reichshof, ma on swoją historię, wiążącą się z nieszczęśliwym plebiscytem, którego pamięć długie lata była tu bardzo żywa, zwłaszcza między Niemcami, ciągle z tego źródła czerpiącymi otuchę do dalszej walki z polskością i tak tu już zepchniętą w zakamarki przedmieść i niebywale zgnębioną. Jeżeli o nowożytnym Olsztynie bez niepotrzebnego rozwodzenia się nad jego kanalizacją, wodociągami, tramwajami lub tego rodzaju przeciętnymi gmachami, jak strażnica ogniowa, elektrownia, Wilhelm- Augusta- Victoria Haus, szkoła ludowa przy Wadangerstrasse, Dom zebrań na górze Jakuba itp. nic nie da się powiedzieć, to inaczej przedstawia się ta kwestia w odniesieniu do dawnych zabytków architektonicznych. Zapewne, że Olsztyn przeszłości, to nie światowej niegdyś sławy Gdańsk, największy swego czasu port bałtycki i jedno z najznaczniejszych miast średniowiecznej Europy, ani Toruń, który sprawował straż nad żeglowną strugą Wisły, ani Elbląg lub Królewiec. Wszystkie te miasta swój rozwój zawdzięczały jakimś okolicznościom, których Olsztynowi Opatrzność poskąpiła. Olsztyn był stale niedużym miasteczkiem i drugorzędnym centrum administracyjnym, a cała jego waga spoczywała w tym, że leżał na szlaku wiążącym basen środkowej Wisły najkrótszą drogą lądową z portami bałtyckimi i miastami hanzeatyckimi: Gdańskiem, Elblągiem, Braniewem i Królewcem, przy czym zaznaczyć wypada, że Braniewo wieków średnich, gdy wyjście z Zalewu Fryskiego na otwarte morze znajdowało się w środku mierzei Fryskiej, a nie jak dzisiaj pod Pilawą, posiadało zupełnie inne znaczenie, niż obecnie. Handel tranzytowy przez Warmię ku morzu toczył się wówczas trzema drogami, które lud miejscowy do dziś dnia jeszcze umie wskazać, nazywając je ,,traktami warszawskimi". Jeden z nich idzie przez Bałdy, Przykop, Patryki, Skajboty, Mokiny, Wartembork i Zybork, drugi przez Butryny, Zazdrość, Jondorf, Olsztyn, Dywity i Dobre Miasto, a trzeci, zwany także ,,polnische Strasse" albo trakt pocztowy, przebiega przez Wielbark, Szczytno, Dźwierzuty, Biskupice, Lutry, Bisztynek, Iławkę do Królewca. To położenie Olsztyna na ważnych, południkowych arteriach ruchu lub w ich pobliżu sprawiło, że miasto założone stosunkowo późno, gdyż dopiero w r. 1353, a zatem przeszło w sto lat po Elblągu, mimo groźnych pożarów (1400, 1420, 1458) i niszczących napadów Litwinów, jak w latach 1356 i 1385, rozwinęło się wcale szybko i zakwitło bogacącym handlem. Warto też wspomnieć, że kupcy Olsztyna, tak samo zresztą jak Lidzbarku i Reszla, mieli składy w Gdańsku i podejmowali dalekie podróże okrętami. Już w roku 1400 istniał nie tylko zamek olsztyński, ale także zewnętrzny mur okalający miasto i broniący je przed napadami. I sądząc po stojącej jeszcze do dnia dzisiejszego imponującej gotyckiej wieży, zwanej Wysoką Bramą, obwarowania miejskie Olsztyna musiały być wcale potężne. Po raz pierwszy opanowali je Polacy w roku 1410, bezpośrednio po bitwie grunwaldzkiej, a potem na początku wojny trzynastoletniej za czasów Kazimierza Jagiellończyka. Wreszcie w roku 1466, w drugim pokoju toruńskim, Olsztyn przyłączony do Polski pozostał przy Rzeczypospolitej aż do pierwszego jej rozbioru. Jak Lwów na kresach wschodnich, tak Olsztyn na północnych umiał bronić swej przynależności państwowej przeciw atakującym go nieprzyjaciołom. W roku 1521 pod kierunkiem sławnego Mikołaja Kopernika, który wówczas z ramienia kapituły warmińskiej był administratorem powiatów olsztyńskiego i melsackiego, wytrzymał skutecznie gwałtowne oblężenie Albrechta, Wielkiego Mistrza Krzyżackiego, zaś w sto lat później Szwedów. Należy przypuszczać, że w tym czasie już większość mieszkańców stanowili Polacy, którzy napłynąwszy gęsto na Warmię z Mazowsza, Chełmińskiego i z Górnego Śląska skolonizowali najpierw wieś a potem miasta. Oprócz Wysokiej Bramy, pod względem architektonicznym zbliżonej bardzo do tzw. Heilsberger Tor w Bartoszycach, z dawnych obwarowań Olsztyna pozostały jeszcze spore kawały murów fortecznych, nade wszystko zaś zachował się bardzo dobrze starodawny zamek. Aż dziw, że Prusacy pozostawili ten zabytek w spokoju i nie zniszczyli go, jak tyle innych. Nietknięte stoi całe skrzydło północne zamczyska i południowe oraz mur łączący. W południowo-zachodnim końcu wznosi się baszta, u dołu graniasta, u góry okrągła. Według tradycji miała ona służyć Kopernikowi do dokonywania obserwacji astronomicznych, choć potwierdzenia tego faktu nie ma. W każdym razie wydana w r. 1900 epokowa praca krakowskiego profesora, Ludwika Antoniego Birkenmajera, o Koperniku mocno kwestionuje, czy w ogóle wielki uczony dokonywał w Olsztynie jakichkolwiek spostrzeżeń. Co najwyżej miała tu miejsce jedna tylko obserwacja, tj. w dniu 12 grudnia 1518, tycząca się położenia słońca względem Marsa. Z budowli kościelnych na plan pierwszy w Olsztynie wybija się parafialny kościół katolicki pod wezwaniem św. Jakuba. Trzynawowy gotyk, pochodzący z XIV wieku, mimo swego pięknego gwieździstego sklepienia nieporównanie więcej interesujący jest z zewnątrz, niż od wewnątrz. Przypisać to wypada poniekąd i tej okoliczności, że olsztyński kościół św. Jakuba z dawnego urządzenia zachował bardzo niewiele. Często nawiedzany pożarami, szczególnie ciężką katastrofę przeszedł w r. 1807, kiedy służył Francuzom do internowania 1.500 jeńców pruskich i rosyjskich, którzy dla ogrzania się spalili wówczas wszystkie części drewniane budowli, jakie tylko dały się odbić. Nad kościołem stercząca wysoka wieża, surowa i ciężka, wręcz forteczna, należy do typowych pomników średniowiecznego budownictwa wschodniopruskiego. Dla Olsztyna jest ona takim samym zewnętrznym, z dala widocznym znakiem, jak dla Elbląga wieża kościoła świętego Mikołaja lub dla Królewca zamkowa. Pozostałe dwie świątynie katolickie, jak i: kościół protestancki w Olsztynie, są budowlami bardzo przeciętnej wartości, nie zasługującymi na szczególniejszą uwagę, z wyjątkiem chyba odnowionej kaplicy zamkowej św. Anny, przeznaczonej na pomieszczenie lokalnego muzeum. Bo dodać należy, że Olsztyn nie był nigdy miastem przesadnie kościelnym, aczkolwiek namiestnikami jego bywali tu kanonicy. Czynniki duchowne rozumiały, że mocne mury forteczne, przy sąsiedztwie Krzyżaków, a potem książąt pruskich, to najlepsza gwarancja spokojnego żywota mieszkańców granicznego grodu.
Na północy ziemi niegdyś polskiej, gdzie Zalew Fryski silnie wcina się w głąb Prus Wschodnich, gdzie w odległości kilku zaledwie kilometrów szumią już płowe fale otwartego Bałtyku, dokładnie niemal na południku Krakowa, na straży ubiegłych wieków stanął zamek frauenburski, mówiąc z polska, ,,fromborski". Po raz pierwszy wspomina o nim dokument z r. 1278 jako o grodzie krzyżackim (Unser Frauen Burg), założonym na cześć patronki Zakonu Niemieckiego, Najświętszej Panny Marii. Jeszcze wcześniej był on niewątpliwie grodziszczem staropruskim, do czego szczególnie zapraszało położenie tego punktu, sterczącego jako wyniosła wydma piaszczysta na trzydzieści metrów wysoko wśród płaskiej zresztą okolicy. Kto koleją żelazną zmierza od Elbląga do Królewca, widzi już w oddali, najczęściej spowitą w mgły Zalewu Fryskiego, na które tak gorzko użalał się już Kopernik, masę murów, a nad nią szereg smukłych wieżyc. To katedra fromborska, która, gdy idzie o jej wartość jako dzieła sztuki, bywa tak często porównywana ze sławnym kościołem Najświętszej Panny Marii w Gańsku. I rzeczywiście co do czasu powstania jest ona prawie że rówieśnicą świątyni gdańskiej. Jakaż jednak olbrzymia różnica między tymi dwoma zabytkami. Tum gdański to architektura północy, surowa i twarda jak serca tych, z których rąk dzieło wyszło, gdy Frombork to niemal jasne południe, choć budowę zaczęto tu w r. 1329, a wykończono w 1388, a zatem w okresie, gdy artystyczne i kulturalne związki Prus Wschodnich z krajami leżącymi w basenie Morza Śródziemnego nie należały jeszcze do najżywszych. Naokół katedry fromborskiej rozsiadły się resztki dawnych obwarowań, pośród których na szczególniejszą uwagę zasługuje niewysoka zresztą wieża Kopernika, gdzie wielki nasz rodak dokonywał obserwacyj dróg ciał niebieskich. Obok budynki mieszkalne, jak stary pałac biskupi, spoczywający na fundamentach murów fortecznych, a ostatni raz przebudowany przez biskupa Szembeka (1724—1740), wreszcie okryte starymi drzewami i cichymi ogrodami szeregi domów kanoników kapitulnych. Osobno strzela ku niebu wysoka, niezwiązana z kościołem dzwonnica, która dzisiejsze swe kształty uzyskała za czasów biskupa Michała Radziejowskiego w r. 1685. Całość na wskroś romantyczna, nawet w tej resztce, jaka się przechowała po zniszczeniu ogromnej części zabytków za rządów pruskich. Jeszcze litografie z r. 1852 wskazują, jak to wszystko mogło wyglądać kilka wieków wstecz, kiedy Frauenburg czyli Frombork był silną twierdzą, o którą rozbijały się nieraz zapędy wrogów. Wszak od tutejszego zamku bronionego przez bardzo nieliczną załogę polską musiał w r. 1462 odstąpić z swoim trzytysiącznym wojskiem po 5-tygodniowym szturmowaniu Wielki Mistrz Zakonu Niemieckiego Ludwik von Erlichshausen. Nie inaczej też powiodło się Mistrzowi Albrechtowi Pruskiemu w r. 1520. Polska załoga i wówczas odpędziła wroga, który spalił tylko miasto i otoczenie zamku. Poza tym w Fromborku, gdzie po raz pierwszy Polacy stanęli już w r. 1414, a powtórnie w r. 1455, trzymając go silnie w swym ręku aż do zawarcia pokoju toruńskiego w r. 1466, prawie stale sprzyjało szczęście, polskiemu orężowi. Pod skrzydłami Białego Orła rozwijał on się i kwitł aż do chwili najazdu szwedzkiego, który znaczy niemal epokę. Bo spustoszenia dokonane tu w r. 1626 przez Gustawa Adolfa były bezprzykładne. Szwedzi nie uszanowali ani grobów, ani biblioteki, a w niej bezcennych zbiorów po Koperniku, ani nawet ścian świątyni, skąd wyrywali ozdobne marmury i ładując na okręty, uwozili do Szwecji. Rozumie się, że tym bezwzględniej postąpili z miastem, które doszczętnie spalili, poprzednio poddawszy grabieży i najwyszukańszym gwałtom. Stąd miasteczko później odbudowane nie przedstawia dziś, poza kilku ciekawszymi budowlami, już większego interesu. Tym silniej zatem koncentruj e on się przy katedrze. Jeżeli potężne materialne wrażenie świątyni fromborskiej płynie przede wszystkim z jej gigantycznych kształtów, to estetyczne zadowolenie wynika znowu ze spokoju i szlachetności linij budowy czterech wdzięcznych wież narożnych i prześlicznego frontonu, a we wnętrzu zabytku z harmonii i proporcji kształtów 14 filarów, podtrzymujących palmowe sklepienie o niezmiernie wdzięcznym żebrowaniu. Pierwowzorów tych słupów trzeba szukać w angielskich zamkach i klasztorach. Kościół jest trzynawowy. Ze starych rzeczy gotyckich, gdy idzie o pojedyncze przedmioty kultu, zostało tu bardzo niewiele. Brak zatem odpowiadających stylowi świątyni obrazów, ołtarzy i paramentów. Z nielicznych zabytków przedbarokowych zasługuje na wspomnienie pochodząca XV wieku Madonna, jedno z najlepszych dzieł wczesnej szkoły norymberskiej, powstałe pod wpływem mistrzów nadreńskich, obraz niewysłowionej słodyczy i godności, oraz późnogotycki, nie używany już wielki ołtarz, przyparty do północnej ściany kościoła. Jest to tryptyk z r. 1504, cały rzeźbiony jakby ręką Wita Stwosza. Poza tym we wnętrzu starej gotyckiej budowli rozsiadł się wszechwładnie barok. Całość atoli oddycha rzadką dostojnością, określonym dystansem i wytwornością. I pod tym względem świątynia fromborska należy do typu owych polskich kościołów, takich jakie widzimy w Krakowie, Lwowie lub Wilnie. Gdy zaczniesz się bliżej przyglądać, znajdziesz więcej cech wspólnych. Każdy z kilkunastu ołtarzy, wspartych o filary, przemówi do ciebie znanym ci językiem Wawelu lub Skałki, bo albo zaświeci ci w oczy herb Wazów, albo orzeł polski, albo bodaj jakaś postać świętego, którego daremnie szukać w murach zwykłej świątyni niemieckiej. Taka barokowa kaplica Szembeków, przytulona do jednej z dłuższych ścian kościoła, choć mąci surowy zespół łuków gotyckich, to przecież odpowiednik do owych licznych kaplicznych pereł, które tak tłumnie, a tak licznie obsiadły stary tum wawelski. Piękny obraz w jej ołtarzu pochodzi z Warszawy, a na grobie pochowanego tutaj w pysznej trumnie świętego Teodora stoi kopia obrazu Matki Boskiej Częstochowskiej. Wieleż to zresztą polskich nazwisk woła w Fromborku do zwiedzającego wielkim głosem przeszłości. Tam w bocznym ołtarzu widzisz klęczącego przed krucyfiksem biskupa Szymona Rudnickiego (1604—1621), a gdzie indziej przed wielkim ołtarzem jego płytę grobowcową, tam spoczywa biskup Stanisław Grabowski (1741—1766), tam Mikołaj Szyszkowski (1633—1643), tam wisi obraz biskupa Wacława Leszczyńskiego (1644—1659), tam Stanisława Zbąskiego (1688—1697), tam kanonika Ujejskiego itd. Nad wszystkimi górują jednak pamiątki po wielkich postaciach Kopernika, Hosiusa i Kromera, które jak najściślej związane są z Fromborkiem i które same już wypełniają całe tomy historii nie tylko lokalnej, nie tylko polskiej, ale w całym tego słowa znaczeniu światowej. Szkoda tylko, że Kopernik, pochowany pod posadzką kamienną prawej nawy bocznej, licząc od wejścia przy drugim ołtarzu, nie posiada żadnej tablicy, która by mówiła przechodniowi o miejscu wiecznego spoczynku tego wielkiego Polaka. Kamień grobowy, jaki na cześć Kopernika wmurował tu biskup Kromer w r. 1581, znikł w XVIII w., aby uczynić miejsce dla portalu kaplicy Szembeków. Za to na zewnątrz zabudowań katedralnych, na stojącym na uboczu pagórku, wystawili Niemcy w r. 1909, według życzeń i wskazówek cesarza Wilhelma II, a po części i za jego pieniądze, szpetny, ale pretensjonalny pomnik, coś podobno 30 metrów wysoki w dobrze znanym typie germańskich pomników. ,,Kolossal und pyramidal", tu tym bardziej, że pomnik niby gotycki, zakończony szeregiem ostrosłupów. Wszechobecność nieobecnej już tu przez sto kilkadziesiąt lat państwowo Polski, aby wrócić do tego tematu, występuje tym silniej, gdy zwrócimy uwagę na przechowywane w Fromborku paramenty. Co cenniejsze to ornaty biskupów Szembeka, Grabowskiego, Szyszkowskiego i innych Polaków. Wszędzie polskie orły i herby. Herb Potockich zdobi także balustradę przed ołtarzem. z Przenajświętszym Sakramentem. Również najkosztowniejszy ze względu na swą wagę, a pokazywany zwiedzającym przedmiot złoty (9 funtów), figurka św. Andrzeja, był darem kardynała Radziejowskiego (1679—1688). Pietyzmu jednak dla tych pamiątek w Fromborku w ostatnich kilku dziesięcioleciach ani śladu, a rezydujący wśród nich długie lata biskup Bludau okazał się zdecydowanym, jak zresztą wszyscy Niemcy, wrogiem polskości." Nie wyrywali wprawdzie w Fromborku polskich pysznych płyt grobowych tak bezczelnie, jak to czynili w Braniewie, gdzie zrobiono z nich cały chodnik, równocześnie doprowadzając tamtejszy kościół do prawie że nagich ścian, popstrzonych niegustownym malowidłem; nie rzucili Fromborka na pożarcie zębowi czasu, jak Lidzbarka z jego przecudnym zamkiem, gdzie również tkwi tyle polskiej myśli i czynu, ale działali tu inaczej, a mianowicie za pomocą przemilczania. Nawet oprowadzający po katedrze, zdaje się na wyższy rozkaz, uprawiali tę specjalną politykę niewidzenia wszystkiego, co mogłoby przypominać Polskę i polskie zasługi. Darmo jednak! Kto głębiej sięgnie, musi wreszcie zauważyć, że i tu, na bałtyckiej północy, byliśmy czynnikiem dla cywilizacji zasłużonym, że bez nas ten przepiękny zakątek przymorskiej ziemi wyglądałby ponuro i smutnie, jak tyle innych stron, gdzie wiekami władało bezspornie krzyżactwo. Wystarczy tylko z małym Fromborkiem porównać choćby tak duży stołeczny Królewiec, z jego ogromnym ubóstwem dzieł sztuki, aby pojąć, w jakim kierunku szły myśli naszych przodków, a w jakim władców pruskich. I to pewna, że bez polskiej pomocy nie byłoby i mowy o zachowaniu tu nad Bałtykiem uniwersalizmu katolickiego, który ma tam pewne znaczenie uszlachetniające, przeciwstawiając się bodaj w teorii wszechwładztwu pruskiej racji państwowej. W odległości 7 km od ujścia Posłęki do Zalewu Fryskiego, -wznosi się kilkunastotysięczne miasto, dziś ciche i mało wspominane, niegdyś jednak ważne i znane szeroko nad całym Bałtykiem. Jest to Braniewo, po niemiecku Braunsberg, jedno z najstarszych obok Elbląga miast wschodnio-pruskich, a pobudowane w miejscu jeszcze niewątpliwie starszej osady staro-pruskiej, po której też odziedziczyło nazwę przekręconą z czasem na Braunsberg. Cały sąsiadujący z Braniewem obszar, 76—77 mil kwadratowych, na przestrzeni odpowiadającej mniej więcej dzisiejszym powiatom braniewskiemu, lidzbarskiemu, olsztyńskiemu i reszelskiemu, niemal zaraz po wejściu tu Krzyżaków, bo w r. 1251, jako 1/3 diecezji oddany został biskupom warmińskm w formie księstwa świeckiego. Stanowiło to rodzaj lenna. Zamek w Braniewie zbudowano już w r. 1240, bard2o też wcześnie, bo w r. 1254, otrzymała miejscowość charakter miejski, a pełne przywileje miasta na prawie lubeckim w r. 1284, nadane przez miejscowego biskupa Henryka Fleminga. Braniewo prawie od razu weszło również w zespół miast hanzeatyckich i ujęło w swoje ręce cały handel Warmii, zwłaszcza zbożem, przędzą lnianą i płótnem. Wznoszące się dotąd jeszcze i bodaj częściowo zachowane stare spichlerze oraz młyny nad Pasłęka mówią nam, że musiały to być interesy rozległe. O rozległości zaś miasta, złożonego z dwóch części: Starego i Nowego, świadczą znowu resztki niegdyś okalających miasto murów, a nade wszystko niektóre budowle, jak np. ogromny katolicki kościół parafialny, jakby przykład szkolny gotyku krzyżackiego, twardego w liniach, posępnego i dziwnie surowego. Gdy przebrzmiały czasy Hanzy i gdy miejscowe warunki handlu morskiego pogorszyły się znacznie już choćby tylko dlatego, że wjazd na Zalew Fryski wraz z przesunięciem się przeprawy przez mierzeję na północ pod Pilawę stał się trudniejszy, Braniewo nie upadło przecież, bo korzystało z opieki swoich możnych opiekunów, jakimi byli stale biskupi warmińscy, jak wiadomo, począwszy od 16. wieku Polacy. Oni to, a szczególnie kardynał Hosius, wycisnęli na Braniewie jeszcze silniejsze nawet piętno niż czasy średniowieczne. Stojący do dnia dzisiejszego wspaniały wczesnobarokowy gmach Lyceum Hosianum świadczy, jak potężna była ta opieka i jak wiele miastu dawała. Lyceum Hosianum, które rozwinęło się z założonego tutaj przez Hosiusa w r. 1565 kolegium jezuickiego, stanowiło rodzaj uniwersytetu, złożonego atoli z dwóch tylko wydziałów, teologicznego i filozoficznego. Liceum aż do ostatnich czasów przed 2. wojną światową posiadało bogate zbiory, gabinety rzeźby klasycznej w odlewach gipsowych, także mały ogród botaniczny. W ogóle jak na prowincję było to centrum kulturalne pierwszorzędnej miary i tylko w oparciu o taki ośrodek mogły się rozwijać takie np. instytucje, jak warmińskie muzeum, założone przez miejscowe Towarzystwo Historyczne. Dzięki znowu owemu Towarzystwu nagromadzono zbiory dokumentów i książek w tej ilości i w tym rodzaju, że podobnych nawet w przybliżeniu nie posiada żadna z okolic Prus Wschodnich. A przecież wszystko to w ostatniej instancji było wytworem kulturalnej woli twórczej polskiej, co zresztą w dawniejszych czasach przyznawali sami Niemcy. A i tę okoliczność należy podkreślić, że to, co się zachowało w bibliotekach i muzeach, daje tylko bardzo niezupełny obraz tego, co tu było i co by być mogło, gdyby nie niszczące wojny, jakie Warmia przechodziła. Szczególnie zaś straszne spustoszenia przyniosły obie okupacje szwedzkie, a mianowicie za Gustwa Adolfa i za Karola XII, który poza tym nałożył na miasto ciężary, jakim ono sprostać nie było w stanie. Rabowano przeto wszystko, a. co się dało wywieźć odsyłano do Szwecji, gdzie te rzeczy w części są przechowywane do dnia dzisiejszego. Wiele też niszczono niepotrzebnie, tak że aż dziw, iż to zostało, co jest, a także, że zachowały się niektóre "budynki, jak np. okazały ratusz, stojący na rynku staromiejskim. Zdobi go na frontonie wiele mówiący i osobliwie ułożony napis: Haec domus odit, amat, punit, defendit, honorat desidiam, studium, crimina, Jura, piobos. (Ten dom nienawidzi, miłuje, karze, broni i czci lenistwo, pilność, zbrodnie, prawa i zacność). A zatem słowo „odit" odnosi się do ,,desidiam", „amat" do „studium" itd. W Polsce porozbiorowej mało wiedziano o Braniewie i mało interesowano się jego zbiorami, choć znajdowały się w nich odnośnie Polski materiały bardzo cenne. O Braniewie można jednak to powiedzieć, co prawda z dużymi zastrzeżeniami, że była to jedyna chyba w Prusiech Wschodnich miejscowość, gdzie można było wspomnieć coś o Polsce, choćby dawnej, do czego zresztą pobudkę dawały także posiedzenia warmińskiego Towarzystwa Historycznego odbywane na przemian w Braniewie i Fromborku. W chwili wybuchu
drugiej wojny światowej
Braniewo liczyło około 14.000 mieszkańców, przy czym
od lat wielu prawie że nie podnosiło swego
zaludnienia. Jeszcze w okresie od 1817 do 1852
przybywało średnio miastu po 144 osoby, ale w sześćdziesięcioleciu
od 1852—1910 już tylko po 66. Objaw demograficzny
charakteryzujący atoli nie tylko Braniewo, ale wiele
miast wschodnio-pruskich,
czasem nawet stopniowo się wyludniających.
W Braniewie nadzwyczaj
słaby przyrost zaludnienia przypisywano głównie
upadkowi miejscowego handlu, wywołanemu
tym, że doskonała komunikacja kolejowa skłaniała
wielu do załatwiania wszelkich transakcji w Królewcu,
Gdańsku lub Berlinie, a nie na miejscu. Także i słabe
uprzemysłowienie miasta niewątpliwie wywierało swój
niekorzystny wpływ. Braniewo poza fabryką
wyrobów tytoniowych i garbarniami nie posiadało
żadnego większego zakładu przemysłowego, Ja bym
atoli do tych wyjaśnień dorzucił jeszcze moje własne
spostrzeżenia, zdobyte w kontakcie z tamtejszą ludnością.
Oto, o ile między Niemcami protestantami a katolikami
nie ma żadnych różnic w zapatrywaniach
na stosunek do państwa i problemy ogólnoniemieckie,
o tyle jednak z dawien dawna pozostało przecież pewne
tające się zresztą napięcie dwóch obozów
religijnych. Katolicy nawet może mniej manifestują to
zewnętrznie, ale protestanci są nieraz -dość
ofensywni. Tam zatem, gdzie
zdecydowaną większość stanowi ta lub
tamta grupa religijna, druga niechętnie osiada. I tak
jest właśnie w Braniewie,
gdzie, zdecydowaną
większość tworzą
katolicy. |
wersję elektroniczną opracował |