![]() |
|
![]() |
|
MIASTA MAZURSKIE EŁK, PISZ (JAŃSBORK), SZCZYTNO, NIDZICA (NIBORK), OSTRÓDA, PASYM, MRĄGOWO (ZĄDZBORK), MIKOŁAJKI, GIŻYCKO (LEC), WĘGORZEWO (WĘGOBORK), OLECKO. Nazwa „Prus Wschodnich" jako obszaru geograficznego, wyróżniającego się od innych, zjawia się bardzo późno, bo przejściowo w r. 1815, a na stałe dopiero w r. 1877. Polacy w dawnych wiekach zwali ten kraj ,,Prusami Książęcymi" a częściowo Warmią i Powiślem, które znowu dość dobrze pokrywało się z pojęciem województwa malburskiego. Stara natomiast jest sama nazwa „Prus" jako ziemi zamieszkałej przez lud pruski, który w ciągu wieków XIII do XVI został przez Niemców częściowo wyniszczony a częściowo zniemczony. Siedziby tego ludu, zajmującego się rolnictwem, lecz mimo to wojowniczego i okrutnego, nie obejmowały atoli nigdy całego terytorium Prus Wschodnich w tych granicach, w jakich zastały je obie wojny światowe. Prusacy, językowo i rasowo pokrewni Litwinom i Łotyszom, a może także i dawnym Celtom, zajmowali tylko obszary nad Zalewem Fryskim z Warmią i Sambią. Resztę Prus Wschodnich zamieszkiwali Litwini i sąsiadujący z nimi na południu Jadźwingowie, Galindię znowu, stanowiącą pogranicze kraju na przestrzeni od Drwęcy do Pisy, Słowianie. Ludność słowiańską, choć pod panowaniem Prusaków, widzimy również na wschód od dolnej Wisły i Nogatu aż po Pasiekę. Prusacy zagrażali prócz tego stale na zachodzie takim ziemiom, jak lubawska lub chełmińska, na wschodzie zaś tak samo niepokojąco działali Jadźwingowie odnośnie do wschodniego Mazowsza i Podlasia. Wszystko to zmieniło się bardzo, gdy w pierwszej ćwierci wieku XIII przybyli do Prus Wschodnich Krzyżacy, czyli rycerze niemieccy Zakonu Panny Marii. Prusacy, zresztą z wybitną pomocą książąt polskich, zostali pobici, ujarzmieni i silnie przetrzebieni, Jadźwingowie wytępieni, a Niemcy w krótkim czasie tak spotężnieli, że z miejsca zaczęli zagrażać Polsce, której raz po raz wydzierali lub wydrzeć usiłowali jakieś części jej terytorium. I stan taki trwał aż do początków wieku XV, kiedy Polska, związawszy się unią z Litwą, posiadła wreszcie dość sił do przeciwstawienia się napierającemu żywiołowi niemieckiemu. Wówczas przyszło do rozstrzygającego starcia orężnego i do sławnego pogromu Niemców w bitwie pod Grunwaldem (15 lipca 1410 r.), który zatrzymał na długo, bo aż na trzy wieki, postępy niemieckiej kolonizacji i niemieckiego oręża na wschodzie Europy. Dalszym etapem na tej drodze pogromu niemczyzny było zdobycie w trzynastoletniej wojnie (1454—1466) stolicy krzyżackiej, Malborka, włączenie do krajów monarchii jagiellońskiej Warmii i Powiśla z Elblągiem oraz zhołdowanie sobie przez Polskę reszty kraju zrazu jako państwa zakonnego, a od r. 1525 jako świeckiego księstwa pruskiego. Ale ów stan zależności Prus Książęcych skończył się w r. 1657, kiedy Polska, osłabiona wojną ze Szwecją l z wszystkimi prawie ościennymi państwami, była zmuszona ustąpić ze swoich praw i przyznać Prusom, rządzonym przez elektorów brandenburskich z dynastii Hohenzollernów, zupełną niezależność. Prusy stały się w ten sposób zawiązkiem najbardziej nam wrogiej potęgi i akcji niszczycielskiej. Prowadziły ją one przez całe stulecia, aż wreszcie za dni naszych doczekały się ponownego pogromu, który wyrzucił niemczyznę nie tylko z obszarów nad Niemnem i Pregołą, ale również i znad dolnej Wisły aż po wielką strugę Odry i Nisy Łużyckiej. Prusy w wyniku wojny w znacznej części przypadły Polsce i stały się terenem polskiego osadnictwa o tyle tu łatwiejszego niż na wielu innych obszarach, że na miejscu pozostała jeszcze z dawien dawna osiadła ludność polska, tzw. Mazurzy, Warmiacy i Powiślanie. Żywe są też ciągle jeszcze te związki, jakie przez całe wieki, mimo wszelkich zabiegów czynników niemieckich, łączyły kraj z Polską, która w Prusiech Wschodnich, a szczególnie na Warmii, zapisała jedną z najpiękniejszych kart swojej działalności kulturalnej. Prusy Wschodnie, mimo grubej warstwy nalotu niemieckiego, gromadzonego tu przez wieki całe, są ciągle jeszcze krajem polskim, jak np. Katalonia hiszpańskim lub Bretonia francuskim, bo polski jest miejscowy krajobraz, stosunek uczuciowy znacznej części ludności do ziemi i ogrom przeżyć aż do pamiętnego plebiscytu z lipca 1920 r. włącznie. Wysuwany on bywa zawsze przez Niemców jako argument przeciwko nam i traktowany jako pogrom moralny polskości, ale niesłusznie, bo w ówczesnych warunkach i stosunkach, w jakich znajdowała się Polska, głosowanie nie mogło było dać innego wyniku jak ten, który został osiągnięty. Wszak na terenie plebiscytowym została cała maszyna administracyjna niemiecka. To wystarcza! Nie wszyscy przecież są bohaterami zdolnymi do podejmowania z nią walki, już z góry zresztą, wobec rażącej nierówności sił, skazanej na niepowodzenie. W Prusiech Wschodnich najwięcej polskości przechowało się na wsi, bo tam z natury rzeczy wpływ czynników antypolskich nigdy nie mógł być tak silny, a nade wszystko tak wieloraki jak w miastach. Niemniej jednak i miasta, zwłaszcza na południu kraju, nie wyzbyły się jeszcze zupełnie swoich związków z polskością. Odnosi się to szczególnie do czterech miast ,,mazurskich", za jakie uchodzić mogą Ełk, Pisz, Szczytno i Nidzica. W dni targowe, gdy miasta te wypełniają się polskim ludem, robią zawsze wrażenie tak nam bliskich, że zapomina się tam zupełnie i o byłym kordonie granicznym i o całym aparacie niemieckiej przemocy, pod którym te okolice już od wieków żyć musiały. Przypatrzmy się im bliżej! Ełk leży nad miejscowym jeziorem i na wyspie wznoszącej się ponad poziom tego dość dużego zbiornika wód. Założony w r. 1390 przez komtura z Balgi, wielokrotnie niszczony przez pożary i burzony w związku z wojnami, jakie Zakon prowadził z Polską, dopiero w r. 1669 uzyskał pełne prawa miejskie. Był zawsze miastem, w którym ogniskowała się myśl polska na Mazurach. W każdym razie tu najwcześniej zapuściła ona swoje korzenie. Ełk pielęgnował zawsze tradycje miejscowego działacza polskiego, rodem krakowianina, żyjącego tutaj w XVI wieku, drukarza i pastora Jana Małeckiego (Maletiusa), który w sąsiedniej wiosce Maleczewach w r. 1536 powołał do życia drukarnię, drugą czy trzecią z kolei w Prusiech. Pozwoliła ona Małeckiemu na opublikowanie wielu druków polskich, a także wywarła nie mały wpływ na działalność miejscowej szkoły średniej, przygotowującej do uniwersytetu w Królewcu. Szkoła ta w r. 1812 przemianowana została na gimnazjum, istniejące do dnia dzisiejszego. W ogóle w Ełku w zakresie szkolnictwa działano od dawna i zdziałano bardzo wiele. Szkoda tylko, że w tym polskim kraju wszystko obmyślone zostało na wyniszczenie polskości przez zupełną germanizację. W Ełku, obok państwowego gimnazjum ze szkołą realną, istniało miejskie liceum, duża szkoła zawodowa, gospodarska, rolnicza, a czasowo także seminarium nauczycielskie. Ełk jest pełny dobrze zbudowanych domów i od dawna posiada wszystkie nowoczesne udogodnienia, jak wodociągi, kanalizację, światło elektryczne i inne. Co go na pierwszy rzut oka charakteryzowało, to wielka zawsze ilość wojska, którego kasarnie, leżące niedaleko dworca kolejowego, zajmowały dwa potężne kwartały, przedzielone ulicą. Niemcy nazwali ją ulicą generała Yorka. Istniała oczywiście także ulica Hindenburga i równoległa do niej Bismarka. One to wraz z ulicą cesarza Wilhelma stanowiły trzon miasta, otaczającego swoimi zabudowaniami również dworzec kolei południowej, której Ełk zawdzięcza cały rozwój w drugiej połowie wieku XIX, jak również współczesny. Wszystko tu jednak oddychało prusactwem i tą osobliwą atmosferą prowincji pruskiej nie znoszącej żadnego odstępstwa od raz ustalonego szablonu. Nic przeto dziwnego, że gdy przyszedł moment próby i gdy w dniu 11 lipca 1920 r. rozstrzygały się losy Ełku co do jego przyszłej przynależności państwowej, aż 8.339 głosów oświadczyło się za Niemcami a tylko 7 za Polską. Duchową jakby kolonią Ełku jest Pisz, leżący nad Pisą Mazurską i jeziorem Roś. Jako grodek leśny, założony przez komtura z Balgi, wspominany bywa Pisz już około 1344 r., prawa miejskie uzyskał jednak dopiero w r. 1645. Wielokrotnie palony i niszczony w związku z toczonymi wojnami, odbudowywał się przecież ciągle i rozszerzał. W pewnym okresie był nawet otoczony murami, do czego w r. 1684 dołączyły się jeszcze osłony palisadowe. Z tego wszystkiego do dni naszych jednak nic nie przetrwało, a nawet z późniejszych fortyfikacji, pochodzących z połowy wieku XVIII, zresztą dość prowizorycznych. — Mówiąc o Piszu, który czasem nosi też nazwę Jańsborka, wspomnieć można również o socynianach, wypędzonych z Polski w połowie wieku XVII. W kilku grupach przybyli oni wówczas do Jańsborka, gdzie osiedli, głównie zaś po wsiach okolicznych. Ze zborów, jakie wznieśli, nie zachował się żaden. Trzecim miastem, z tradycji bardzo polskim, a zawsze bodaj w dni targowe tętniącym polskością, jest Szczytno, z niemiecka zwane Ortelsburg, bo zostało założone przez komtura elblądzkiego, Ortolfa von Trier. Istniało już na początku wieku XIV, ale starsze od niego są okoliczne wsie polskie, które jako osady bartnicze powstały jeszcze wcześniej, bo w wieku XIII. W ogóle zaś można powiedzieć, że okolica Szczytna zawsze była tak polska, iż nawet Niemcy tu przybywający polszczyli się. W Jabłonkach, jednej z takich pobliskich osad, położonych przy drodze wiodącej do Szczytna, urodził się w roku 1644 wielki historyk niemiecki, Krzysztof Hartknoch, Polsce bardzo życzliwy i w Polsce przebywający, który zmarł w Toruniu w r.1687. Szczytno składa się właściwie z jednej tylko ulicy, która ciągnie się grzbietem półwyspu wchodzącego w jezioro i zakończonego starym zamczyskiem. Jeżeli Ełk był zawsze oparciem dla ruchu mazurskiego jako ognisko życia duchowego i religijnego, to Szczytno przez wiele lat było znowu miejscem, skąd usiłowały wyjść na Mazury ruchy o charakterze społeczno-organizacyjnym. Tu ukazywał się ,,Mazur", zacne polskie pismo, i „Głos Ewangelijny", który starał się odczepić Mazurów ewangelików od niemczyzny. Jednak z małym skutkiem, bo Niemcy umieli zabiegi polskie zawsze pokrzyżować i prawie że unicestwić. Jeszcze mniejsze pod tym względem znaczenie w ostatnich kilkudziesięciu latach posiadała Nidzica, z niemiecka Neidenburg, najstarszy z wszystkich grodów mazurskich, bo założona już w r. 1310. Przynajmniej w tym roku budować zaczęto miejscowy zamek, wznoszący się na pagórku z trzech stron otoczonym przez rzekę Nidę. Ta budowla, która zresztą bardzo wiele przeszła, zachowała się dobrze aż do najnowszych czasów i jeżeli ocalała po wojnie ostatniej, należy do najbardziej zabytkowych gmachów w południowej części Prus Wschodnich. Ostatnio mieścił się tam sąd powiatowy oraz obszerne więzienie. Nibork, dziś Nidzica, w stosunku do polskości dwa wieki temu wstecz odegrał rolę ważną i znamienną. Był to zarazem okres szczególniejszego rozkwitu życia duchowego miasta. Mianowicie w Nidzicy w XVIII wieku istniała sławna szkoła średnia, w której polszczyzny uczyła się młodzież polska z całych Prus. Coś w rodzaju małego Krzemieńca północnego. Działali tu znakomici pedagodzy, jak Czernicki i Krzysiński, równocześnie pełni poświęcenia pisarze duchowni. Samuel Czepius, superprezbiter w Działdowie, Niborku i Dąbrownie, pisał tu agendę pruską, książkę używaną podczas nabożeństw, Kassius ułożył gramatykę języka polskiego, a Jerzy Wasiański, proboszcz z Niborka, ogłosił drukiem kancjonał do dziś używany na Mazurach. Drugi szereg miast mazurskich, położony już w głębi kraju, stanowią takie miejscowości, jak Ostróda, Pasym, Ządzbork, Mikołajki, Lec, Węgobork i Olecko. Ostróda, najbardziej na zachód wysunięta, jest największa z tych miejscowości i najstarsza, choć nie najciekawsza, aczkolwiek, gdy idzie o położenie, jak mało która wyposażona w wielkie walory krajobrazowe. Leży w sferze działania Kanału Oberlandzkiego i posiada port na Jeziorze Drwęskim, do którego w tym miejscu uchodzi rzeka Drwęca. Szczególniejszy rozwój Ostródy, która w r. 1861 liczyła 3.513 mieszkańców, wypada na lata 1864—1875, gdy tędy przeprowadzono szlak kolejowy Toruń—Wystruć. W rzeczonym dziesięcioleciu liczba mieszkańców miasta wzrosła o 42,5%. W chwili wybuchu drugiej wojny światowej zaludnienie Ostródy, które w r. 1925 wykazywało 16.482 osób, zbliżało się już do 20.000 mieszkańców, w czym procent Polaków był jednak minimalny. Zamek ostródzki, jako siedzibę powołanej do życia w r. 1340 komturii krzyżackiej, zbudowano w latach 1350—1370. Przetrwał on tak do roku 1788, kiedy został zburzony przez samych Niemców, wraz z murami i basztami miejskimi dla uzyskania materiału do odbudowy zniszczonego przez pożar miasta. Ostródzie odebrało to wiele z jej wcale dużej wartości zabytkowej i wycisnęło na mieście wszelkie cechy przeciętności. Jeżeli Ostróda zawdzięczała swój rozwój Kanałowi Oberlandzkiemu i przebiegającej tędy z południowego zachodu na północny wschód kolei żelaznej, to dziś nie duże zresztą miasto Pasym, niegdyś jednak ufortyfikowane i handlowe, było znowu wytworem żywych stosunków, jakie przez wieki całe łączyły Polskę przedrozbiorową z Warmią i Królewcem. Tędy szła bowiem niegdyś także ważna droga pocztowa z Warszawy na północ. Z chwilą upadku Polski skończył się również i rozwój Pasyma oraz dzielącego z nim ten sam los sąsiedniego Wielbarku. Inaczej nieco jest z Mrągowem, które leżąc wśród długiego łańcucha jezior, ciągle jeszcze zmusza ludzi do korzystania z przechodzących przez to miasto szlaków. Wartość położenia Mrągowa albo — jak je dotąd zwano — Ządzborka, jest przeto trwalszej natury, bo ugruntowana w fizycznych właściwościach okolicy i mało tylko zależna od takich lub innych stosunków, jakie zachodzić mogą w pewnych okresach między państwami i narodami. Mrągowo w latach 1895—1910 podwoiło liczbę mieszkańców i doprowadziło ją do 6.492 osób. Liczba ta w chwili wybuchu drugiej wojny światowej zbliżała się do 10.000. Podobnie trwałe, choć nie w tym stopniu co dla Mrągowa są podstawy bytu Mikołajek, „Mazurskiej Wenecji" (3.000 mieszkańców), które stanęły tam, gdzie najbardziej, zbliżają się do siebie brzegi wydłużonego jeziora Tałty, połączone tu ze sobą za pomocą mostów. Najjaskrawszym przykładem, jak się może na pewnej miejscowości odbijać energia położenia, jest jednak miasto Giżycko, założone już w r. 1335 przez komtura z Balgi, a w r. 1612 wyposażone w pełne prawa miejskie. Mimo opieki rządów pruskich, nie rozwijało się jednak prawie zupełnie. Jeszcze w r. 1817 Lec, dziś Giżycko, licząc 1.028 mieszkańców, był najmniejszym miastem na Mazurach. Dopiero gdy w latach 1844—48 uporządkowano wodne drogi mazurskie na całej przestrzeni od Węgorzowa (Węgoborka) do Pisza i gdy obok Lecu przeszła wielka magistrala kolejowa: Królewiec—Ełk—Prostki — Grajewo, zaczął się szybki i pewny rozwój miejscowości, ważnej również ze względów strategicznych, czego wyrazem było wybudowanie tu w 1½ kilometrowej odległości twierdzy Boyen. Na przesmyku lądowym przeciętym kanałem, między jeziorem Mamry i Niegocińskim położone Giżycko, ze swoimi szerokimi ulicami i placami pełnymi ładnych drzew lipowych, z portem na Jeziorze Niegocińskim i szeregiem niebrzydkich budynków, wśród których najciekawszy jest przerobiony w stylu barokowym stary zamek krzyżacki, robi dziś wrażenie miasta dość okazałego. Około r. 1925 liczyło Giżycko 11.000 mieszkańców, a w chwili wybuchu drugiej wojny światowej nawet nieco więcej. Ale Giżycko ze swoimi szkołami (gimnazjum, liceum, szkoła rybacka itd.) było także od wielu lat jednym z najsilniejszych i najczynniejszych ognisk germanizatorskich i jeżeli gdzie w Prusiech Wschodnich żywioł polski ustępował przed naporem niemieckim, to właśnie tutaj. Jeszcze sto lub sto trzydzieści lat przedtem granica językowa polsko-niemiecka przechodziła 20 km na północ pod Węgorzewem, a już od początku tego wieku było tak, że Giżycko stanowiło miasto prawie czysto niemieckie, a niektóre tylko wsie były polskie. Okolica, która sto lat temu wydała jednego z najznakomitszych polskich historyków, Wojciecha Kętrzyńskiego, pierwszego badacza naukowego stosunków ludnościowych Prus Wschodnich, ostatnio rozbrzmiewała prawie w pełni mową niemiecką. Podobne zresztą do tych stosunki zapanowały także w przedwojennych latach w stronie Olecka, które to miasto, otoczone wieńcem polskich wsi, podczas plebiscytu w r. 1920 jak jeden mąż głosowało przeciwko Polsce, za co Niemcy przezwali je Treuburgiem, tj. grodem wierności, albo lepiej — wiernym grodem. Miasta ważniejsze i najważniejsze Prus Wschodnich czy to jako centra handlu i przemysłu, czy to jako głośne w historii lub z racji swoich zasług kulturalnych, leżą w głębi kraju, w jego części środkowej lub północnej. Omówimy niektóre z nich, jak Malbork, Elbląg, Olsztyn, Lidzbark, Frombork i Braniewo, a pominiemy Kwidzyn i Gąbin, bo te centra administracji — i niczego więcej — z polskością wiążą się słabiej, tak samo jak Wystruć i Tylża, może jeszcze bardziej dla nas obce. Z miast na wskroś pruskich szerszą natomiast uwagę poświęcimy samemu stołecznemu Królewcowi, choć od współczesnej Polski odcina go kordon graniczny. Królewiec zapisał się w naszych dziejach wyjątkowo złowrogo i ponuro, a prócz tego był zawsze ostoją tego, co zwano pruskim duchem i pruskim sposobem myślenia. Dlatego warto przypatrzeć się nieco bliżej temu gniazdu wrogich nam nastrojów, którego odcięcie od Polski będzie dla nas nawet korzystne. Prusy Wschodnie bez Królewca prędzej wejdą w orbitę Polski niż z miastem o tak wyrobionej indywidualności.
Na prawym brzegu leniwego Nogatu, kilkanaście metrów nad zwierciadłem jego wód, rozłożył się sławny w dziejach Marienburg, zwany z polska Malborkiem. Ex luto
Marienburg, ex saxo Buda,
et ex marmore Mediolan Wielka ceglana budowla, najeżona dziesiątkami wieżyc, baszt, wykuszów i tym wszystkim, czym gotyk obdarza ludzi i tych, co sztukę tworzą i tych, co sztuki potrzebują. Całość imponująca i rzec można, w swoim rodzaju jedyna. Jednak na wskroś nam obca. I nie nam tylko. Bo jeżeli nieśmiertelny, klasyczny Goethe, choć Niemiec, stanąwszy przed wspaniałym tumem strassburskim, ku zgrozie dzisiejszych Prusaków, nie mógł zataić „lęku przed osobliwie uformowanym, a jak szczotka najeżonym potworem", to niewątpliwie jeszcze silniej zareagowałby na widok tego, co daje, a raczej co kiedyś dawał Malbork. Ogromne gotyckie zamczysko, główna siedziba dawnych Krzyżaków, Ordens Haupthaus, składa się z trzech części, górnej, średniej i dolnej. Kto zbliża się od strony Tczewa do Malborka, widzi wszystkie te ogniwa zespołu budowli, jak piętrzą się jedne za drugimi. Najdalej na południe w zabudowania miasta, mającego ciągle jeszcze bardzo starodawny wygląd, wbiega zamek górny, ku północy wychodzi najbardziej dolny i dotyka niemal trasy kolejowej, którą przelatywało przed wojną dziennie 76 pociągów, gdyż Malbork, choć minęły wieki, nie postradał dotąd całkowicie swego dawnego znaczenia. Założony w okolicy, nazwanej przez starych Prusaków Alyem, w najurodzajniejszej stronie Pomezanii czyli polskiego Powiśla, wrósł potężnie w otoczenie. Kiedy fundowano tu stolicę Wielkich Mistrzów, leżał on poniekąd w środku posiadłości Zakonu, nad żeglownym Nogatem, który w tym czasie z jednej strony znacznie bliżej wlewał swe wody w Zalew Fryski (Vrische Hab), z drugiej zaś umożliwiał doskonałą komunikację na południe Wisłą z Toruniem, Grudziądzem i Chełmnem, na zachód z Gdańskiem, a na wschód z Elblągiem. Także nie duże już dzisiaj jezioro Drusin (Drużno), w XIII wieku, biorąc w siebie część Nogatu, rozlewało się szeroko i połączone dwukrotnie z morzem dawało dostęp w głąb sporej części Prus Wschodnich. Rozumie się, że najważniejsza, zwłaszcza ze względów wojskowych, była komunikacja wodna z Królewcem, Braniewem, Fromborkiem i innymi zamkami nad Zalewem Fryskim, a nawet Pregołą i Niemnem. Sam zaś dostęp do Malborka po suchym lądzie nie przedstawiał się zgoła łatwo. Od północy i zachodu dzięki kolanu Nogatu był on niezmiernie utrudniony, od północnego wschodu z powodu ogromnych bagnisk wprost nie do pomyślenia, tak że zostawało tylko południe i wschód, skąd można się było dobierać do twierdzy. Nie darmo przeto podziwiano niejednokrotnie tę praktyczną mądrość Zakonu, którą on ujawniał przede wszystkim w doborze obronnych miejsc, oraz tę przezorność, którą manifestował nawet w drobnych na oko szczegółach postępowania, jak również planowość, z jaką tak twardo wrastał w cudze kraje. Bo we wszystko, co czynił, wnosił przede wszystkim czynnik przebiegłego rozsądku i obrachowania. ,,Jeżeli
jesteś mądry, to oszukaj Panów, co rządzą Prusami"1),
mawiano już w wiekach średnich. Malbork miał zatem od przyrody wszystkie dane, aby stać się głównym gniazdem zbójeckiego Zakonu. Budowlę zaczął w r. 1274 landmistrz Konrad v. Thierberg, a już w r. 1276, a zatem zaledwie po dwóch latach pracy, była ona gotowa, bo Krzyżacy czasu tracić nie lubili. Na potrzebne rzeczy decydowali się łatwo, a to co postanowili, niemal błyskawicznie wprowadzali w czyn. Pierwszym komturem, który zamieszkiwał w Malborku ze swoim konwentem, był Heinrich v. Wilnowe. Gdy rozwijające się wypadki i szybkie podboje Zakonu nad Bałtykiem podsunęły wreszcie Wielkim Mistrzom, rezydującym dotąd w Wenecji, myśl przeniesienia się do Prus Wschodnich, wybór ich siedziby mógł paść tylko na Malbork. Jednak zwykły zamek komtura nie potrafił zadowolić Wielkiego Mistrza. Zburzono zatem w r. 1306 dotychczasowe przedzamcze (Vorburg), przenosząc je z jego zapasami, stajniami, magazynami, fabrykami dalej na północ, i na tym miejscu dźwignięto rezydencję. Wielkiej tej pracy dokonano w niebywale krótkim czasie, bo zaledwie w ciągu 3 lat, tak że już we wrześniu 1309 roku zamieszkał w Malborku w nowej wspaniałej siedzibie Wielki Mistrz Siegfried von Feuchtwangen. Zagadkę owego pośpiechu, tym razem, rozwiązuje jednak również smutny los Zakonu Templariuszów, który, podówczas doszczętnie tępiony przez króla francuskiego, nasuwał jak najbardziej ponure myśli także przezorniejszym rycerzom Najświętszej Panny Marii i zalecał im jak najrychlej wycofać się z niebezpiecznego południa, zwłaszcza że stosunki z użyczającą gościny Wenecją, były nienajlepsze. Pierwszym zresztą, który stanął przy tej koncepcji przenosin, nie był Mistrz Siegfried v. Feuchtwangen, lecz jego poprzednik na wysokim urzędzie, Gottfried von Hohenlohe. Zjawił się on w r. 1302 w Prusach Wschodnich, ale natrafił tu na taki opór zarówno landmistrza jak i komturów, którzy nie życzyli sobie wcale zwiększenia nad sobą dozoru, że na kapitule w Kłajpedzie oświadczył wręcz, iż wśród takich rycerzy nie chce dalej być Mistrzem. Na następnej kapitule w Elblągu (1303) wybrany został Siegfried v. Feuchtwangen. Nazwisko budowniczego, który wznosił zamek malborski, nie jest znane. Różnymi hipotezami sięgano nawet na południe do słonecznej Italii. Jednak najniewątpliwiej budowniczym był Niemiec i to północny, bo tylko niemiecki duch mógł tak odczuwać piękno, jak to się stało w Malborku, i wprost siłą kontrastu w brzydkiej, płaskiej okolicy wypiętrzyć tak konsekwentnie tak strzeliste budowle. Jeżeli niemiecki filozof Schlegel kreacje budowniczych zwał zakrzepłą muzyką, to tu w Malborku wyśpiewano jakiś pyszny pean na cześć potężnego Zakonu, uderzano w jakiś niebosiężny akord przemożnej dumy i samopoczucia panów tej ziemi. Macht über Alles\ Zamek malborski, wzorem wszystkich tego rodzaju krzyżackich budowli, mieścił w sobie mieszkanie rycerzy, refektarz (Konwentsremter), wielką salę kapituły, gdzie przyjmowano rycerzy wstępujących do Zakonu i wybierano Wielkich Mistrzów, kościół, kilka kaplic itp. Poza tym w zamku środkowym znajdowały się naprawdę wspaniałe komnaty, przeznaczone dla Wielkiego Mistrza oraz niektórych rycerskich dostojników, a mianowicie wielkiego komtura, zastępcy mistrza, którego często używano do poselstw zagranicznych, i podskarbiego, w którego ręku spoczywała niepodzielnie administracja skarbowością Zakonu. Także i inni dostojnicy (Gebietiger), jak marszałek Zakonu, będący dowódcą sił zbrojnych, wielki szpitalnik i wielki szatny, administrujący szatnią i zbrojownią Zakonu, choć może mniej już związani z codziennym trybem wielkiej politycznej roboty, mieli w zamku malborskim swe oparcie oraz kancelarie, w których pracowało wielu pisarzy i rachmistrzów. Ogrzewany centralnie, mieszczącymi się pod posadzkami sal piecami, wszędzie pełen światła, zaopatrzony w urządzenia kanalizacyjne, zamek krzyżacki w swym wnętrzu przedstawiał się nie tylko wspaniale, ale i wygodnie. Na zewnątrz był zaś groźną fortecą, otoczony bowiem Nogatem, głębokimi fosami z przepływającą wodą oraz grubymi murami, basztami i szańcami, mógł stawić opór nawet bardzo potężnej armii. Doświadczył tego zresztą nasz Jagiełło, skoro stanął pod Malborkiem po zwycięskiej bitwie grunwaldzkiej. Zamek broniony przez dzielnego komtura świeckiego, hr. Henryka v. Plauen, hr. Dohnę, a obok miejscowej ludności także przez 400 Gdańszczan, którzy przybyli na pomoc, wytrzymał dwumiesięczne oblężenie i lubo mocno od szturmów ucierpiał, wojsk polskich nie wpuścił. Nie pomogły też ataki polskiej artylerii, pod Malborkiem po raz pierwszy zdaje się bojowo czynnej, choć niektóre jej strzały były tak mistrzowskie, iż wspomnienie ich zapisali kronikarze. Szczególnie groźne skutki mógł podobno mieć strzał wymierzony w jedyny granitowy słup, podpierający palmowe sklepienie wielkiego refektarza mistrza. Pocisk pod postacią kuli kamiennej, wymierzony z drugiej strony Nogatu, chybił o kilka cali i ugrzązł w przeciwległej ścianie, gdzie tkwiąc do dnia dzisiejszego, jako „Polenkugel", zaopatrzony, rozumie się, odpowiednim napisem patriotycznym, .budził ciągle w zwiedzających Prusakach uczucia zgrozy, nienawiści i złości. Trudno bowiem dać wprost wiarę, jak bitwa grunwaldzka z r. 1410 wszystkim im siedziała ciągle jeszcze w. pamięci, jak gdyby stoczona została wczoraj. Absolutnie nie było zdaje się Prusaka, który by o niej nie słyszał, jak nie było również dnia i miejsca, w którym by o niej nie wspominano. Gorzej z obroną Malborka poszło już Krzyżakom 50 lat później, gdy rozkład wewnętrzny Zakonu postąpił potężnie naprzód. Był to okres, kiedy mówiąc' słowami historyka niemieckiego, Zakon walczył wyłącznie tylko o „nieustępliwe zachowanie swojej władzy"1)[') „starres Behaupten seiner eigenen Herrechaft"], konwenty, nie czekając na rozstrzygnięcie Wielkiego Mistrza, składały z urzędu nawet marszałków, dostojnicy rozdawali samowolnie komturie, a komturzy toczyli znowu między sobą walki i wzajemnie się wyniszczali. Wtedy to w r. 1440 zawiązał się Związek Pruski miast i szlachty do obrony ludności przed samowolą Zakonu. Ten zaś, zamiast z fatalnej drogi, na którą wszedł, w czas. nawrócić i wejść na tory reform, mimo roztropnych zabiegów Wielkiego Mistrza Pawła v. Russdorfa, podniósł głośno typowe niemieckie hasło ,,Trotz gegen Trotz", czyli zajadłej walki domowej. Koncyliacyjny mistrz, szukający zgody wewnętrznej, przed własnymi braćmi zakonnymi musiał uciekać z Malborka w nocy do Gdańska. Wreszcie w kilka lat potem przyszło już do otwartego zerwanta miast i szlachty z Zakonem, przywołania Polski na pomoc i ostatecznej rozprawy. W czasie przeciągającej się walki z Polską Zakon musiał zastawić zamek niepłaconym najemnym wojskom, a gdy nie mógł go wykupić, oddały go one wraz z innymi fortecami w ręce polskie. Szóstego czerwca 1457 r. weszło 600 polskiej jazdy w mury niedostępnej dotąd siedziby krzyżackiej. Zamieszkał w niej pruski gubernator króla, niegdyś tajny radca Wielkiego Mistrza; Jan v. Baisen, mistrz zaś Ludwik v. Erlichshausen, jak opowiada kronikarz, gorzko płacząc, umknął na łodzi rybackiej do Królewca. Od tej chwili Malborg już nigdy nie widział Wielkiego Mistrza w swoich murach. Ten ostatni malborski wysoki rezydent krzyżacki tak zbiedniał w czasie 14-letniej walki z Polską, że gdy w r. 1466 przyszło stanąć w Toruniu przed majestatem królewskim dla ostatecznego omówienia tam i podpisania warunków pokoju, został opatrzony na ową podróż przez stany pruskie. Malbork w ręku polskim ucierpiał bardzo niewiele, pominąwszy rzecz jasna, nieznaczne szczerby, jakie w zamczysku musiał poczynić czas i gospodarka wpuszczonych tam jezuitów, którzy tu i ówdzie podostawiali swe szpetne i niezharmonizowane z całością budowle. Forteca malborska, siedziba władz polskich, mieszcząca w sobie sale przeznaczone dla przyjmowania królów (bawili tu Zygmunt III, August II, Stanisław Leszczyński), traktowana była zawsze z pewnym pietyzmem. Tylko Szwedzi, którzy jako zdobywcy przebywali w Malborku trzykrotnie, bo za Gustawa Adolfa, Karola Gustawa i Karola XII, obeszli się swoim zwyczajem z zabytkiem źle i spowodowali pewną ruinę, więcej zresztą dając się we znaki palonemu i burzonemu ze względów strategicznych miastu niż zamkowi. Jednak całość zamczyska w względnie dobrym stanie przetrwała aż do chwili pierwszego rozbioru Polski i zajęcia Malborka przez Fryderyka II w dniu 14 września 1772 roku. Na rządach pruskich mieszczanie malborscy
zawiedli się srodze. Wręczono wprawdzie magistratowi
wielki złoty medal wybity na pamiątkę zajęcia miasta
z napisem ,,Regno redintegrato fides praestita Mariaeburgi MDCCLXXII",
ale równocześnie wpakowano ubogiemu mieszczaństwu na
kark duży garnizon pod postacią całego pułku oraz
odebrano to uprzywilejowane
stanowisko, jakie za czasów polskich miał Malbork
wobec innych pomniejszych
miejscowości zachodnio-pruskich.
Najgorzej jednak wyszedł zamek, gdyż Prusacy nie mieli
nic pilniejszego, jak
wziąć się do bezprzykładnego wprost w dziejach
cywilizowanego państwa niszczenia zabytku, gdzie zrazu
urządzono kasarnię a
potem tkalnię, a wreszcie potraktowano całość jako
kamieniołom i cegielnię, skąd na wszystkie
strony pełną ręką czerpano materiał budowlany,
zwłaszcza zaś na wznoszenie wojskowych magazynów.
Przy tej właśnie sposobności porozwalano
pyszne ostrołukowe
sklepienia, wapienie i marmury zużyto
do wypalania wapna, porozbijano pamiątkowe tablice i
nagrobki, nawet Wielkich Mistrzów, słowem,
gospodarowano na wzór .
Wandalów. Szczególnie groźny
był rok 1801. Wówczas to:
„wszystkie sklepienia w
górnym zamku, nawet w sali kapituły i w parterze,
sklepiony korytarz
prowadzący po północno-wschodniej
stronie od sali kapitulnej do drzwi kościelnych
wraz z obiema granitowymi
kolumnami, które go podpierały, w narożniku północnym
prastarą salę tortur, znowu w zamku środkowym wszystkie
sklepienia, sale i pokoje w południowo-wschodnim
skrzydle, w narożniku południowym wewnętrznego podwórza
małą, ślicznie sklepioną kaplicę św.
Bartłomieja, wybiegającą aż do fosy część
bramy zamkowej od strony północno-wschodniej i ośmioboczną
wieżę w kącie północnym
nad fosą zamkową, oto wszystko to-
zostało rozbite i urządzone na składy mąki, soli
i zboża. Co więcej, starszy radca budownictwa Gilly
postawił nawet wniosek, aby zamek górny i średni w ogóle
całkiem rozebrać i aby ze starych
cegieł wznieść nowy
magazyn"1). Biedota miejska, za niemieckich rządów tuląca się jeszcze tu i owdzie w nieporozwalanych z kretesem olbrzymich murach zamczyska i jego zaułkach, tak je zaplugawiła, obchodząc się bez miejsc ustępowych i kanalizacji, że gdy wreszcie po formalnym odkryciu zabytku przez Maksa von Schenkendorffa przystąpiono w roku 1817 do jego restauracji albo raczej odbudowy, przede wszystkim zaczęto od zakazu wylewania nieczystości przez otwory w sklepieniach i murach do ubikacji niżej położonych. Samego gruzu z rozwalonych nierządnie murów, wywieziono 48.000 fur. I choć tak nieudolnie wyglądała dzika gospodarka niemiecka, nie omieszkano, całkiem zresztą po myśli obełgującej siebie i drugich mentalności pruskiej, wszystko co zamek kiedykolwiek ucierpiał, złożyć na karb tzw. polskiej gospodarki. Wystarczy przeto wziąć do ręki pierwszą lepszą książkę niemiecką traktującą o Malborku, aby się o tym przekonać i naczytać do syta o ,,polskich zbrodniach", „polskich barbarzyńcach", ,,polskiej gospodarce" itp. A że jeden Niemiec za drugim najczęściej powtarza jak papuga, co gdzieś wyczytał lub słyszał, stąd swego czasu istny szał gniewu z racji Malborka obleciał całą pruską prasę pod adresem polskim, może także, aby z jednej strony zakryć fakt zbezczeszczenia własną ręką własnego wielkiego zabytku przeszłości, z drugiej dla wzbudzenia niemieckiego patriotyzmu i ofiarności, bo Niemiec najofiarniejszy jest wtedy, gdy nienawidzi. I rzeczywiście, drogą składek zdobyto spore fundusze na odbudowę. Równocześnie prowadzono pilne badania archiwalne, aby dojść do wiadomości, jak się miała rzecz z tym lub owym szczegółem architektonicznym przed rozwaleniem zamku. Montowano także mozolnie historię zabytku, na którym to polu pierwszym znowu i podwaUnowym dziełem była książka Buschinga: ,,Das Schloss der deutschen Ritter zu Marienburg" (Berlin, bei Dunker 1823). I po 22-letniej pracy oraz po wyłożeniu dużej na ów czas kwoty 146.520 talarów, nie licząc rozlicznych darów i bezpłatnej robocizny, zamek stanął. W roku 1842 minister Schön, jeden z tych głośnych i twardych Prusaków, którzy tworzyli nową potęgę nowożytnego państwa Hohenzollernów, został bnrgrabią Malborka, po czym rok rocznie jakaś pruska znakomitość zapędzała się pod wysokie sklepienia odbudowanego zamku, już to z potrzeby patriotycznej, już to dla manifestacji antypolskiej. W początkach bieżącego stulecia zaglądnął tu i ostatni cesarz niemiecki, Wilhelm II, aby wypowiedzieć głośną mowę antypolską i pogrozić nam krzyżacką pięścią. Wilhelm II znikł jak ów Wielki Mistrz Ludwik v. Erlichshausen, ale moda wykrzykiwania z Malborka haseł bojowych zgoła nie wygasła. I do końca, do samego pogromu Niemiec w r. 1945, Malbork stanowił ciągle centrum dzikiej nagonki przeciw Polsce, i w związku z tym raz po raz widział w swych murach zjazdy różnych szowinistycznych związków. Jest to sui generis Westminster prusactwa, że zaś, jak sami Niemcy przyznają, ,,we wschodnich Niemcach tkwi coś z właściwości surowca pod względem fizycznym, towarzyskim i duchowym"1)[') ,,Dem Ostdeutschen haftet etwas von Eigenschaften des Rohstoffs an, körperlich, gesellschaftlich, geistig".] przeto wszystko, na co patrzyły mury malborskie miało też charakter brutalnej prowokacji i ordynarnego grubiaństwa. Misternej polityki tu się nie uprawiało. Tym lepiej może dla nas. Huczące z Malborka wyzwiska pod adresem Polski nigdy nie pozwalały nam zapomnieć, że zaledwie o 100 km od Warszawy gnieździł się najzacieklejszy nasz wróg pruski. Na zwiedzającym odnowiony zamek malborski, choć przecież sporo jeszcze jest tam murów pamiętających czasy krzyżackie, jako całość robi na ogół wrażenie czegoś świeżo wzniesionego, a niektóre części budowli rażą wprost swoim nowożytnym wyglądem. Dość wspomnieć wymuskane dachy, schody i mosty. O urządzeniu wewnętrznym lepiej nie mówić, tak iż najsolidniej i najbardziej w harmonii z dawną epoką gotycką wyglądają te sale, gdzie go prawie nie ma, jak Grosser Remter, Meisters Grosser Remter (ten ,,mit Polenkugel"), wreszcie Kapitelsaal. Patynę wieków zgrabniej nadano natomiast miejscom modlitwy, przeważnie obiektami otrzymanymi od różnych ofiarodawców, wśród których nie brak, niestety, księżnej Radziwiłłowej i choć mimowolnie, także i kapituły gnieźnieńskiej, albowiem podarowany przez nią jednemu z Hohenzollernów średniowieczny ołtarzyk polowy, zdobyty przez naszych przodków na Krzyżakach, umieścił Prusak na zamku malborskim. Skoro już mowa o restauracji zabytków kultu, nie sposób nie wspomnieć i o olbrzymim posągu Matki Boskiej z Dzieciątkiem Jezus, znajdującym -się w niszy, na zewnątrz absydy kościoła. Stara ta, mierząca aż 25 stóp wysokości i z daleka spoza murów .zamczyska widoczna, polichromowana stiukowa rzeźba, wykładana kawałkami szkła i napuszczana różnymi kolorowymi pastami, mimo niektórych, może nawet niezłych szczegółów, jest w całości jednak czymś tak potwornym, iż ze wstrętem odwraca się od niej wzrok. Sami Niemcy przyznają, że ich olbrzymi idol malborski, który już w r. 1410 swym niesamowitym wyglądem podobno miał płoszyć szturmujących wojowników Jagiełły, „nie jest żadną mile łagodną Madonną", ale „Królową niebios we wszystkich blaskach swojej nadludzkiej mocy", groźną, srogą, twardą i ponurą, „z bliska prawie odstraszającą"1) [l) ,,Ist keine lieblich weiche Madonna, aber eine Himmelskönigin in allen Glorien ihrer ubermenschlichen Hochheit, in der Nahe fast schreckhaft"]. Po prostu potwór, który w swoim czasie uzewnętrzniał potęgę Zakonu, rodzaj szyldu bojowego, wystawionego ponad mury zamczyska. Winien on był świadczyć o tym, że ten, który zadrze z Krzyżakami, i na tamtym świecie nie zazna spokoju, bo i tam mają oni przemożną protektorkę. Szczęściem, posąg nie zasłynął cudami. |
wersję elektroniczną opracował |