| |
Okupacja niemiecka zastąpiła bolszewicką. Już
pierwsze dni zaznaczyły się
zbrodnią, jakiej dotąd nie zanotowała historja: mordem 18-tu
profesorów wyższych
uczelni wraz z rodzinami.
Potem przyszły okresy umizgów,
z okresami prześladowań. Więzienia puchną nadal od aresztowanych, a klęsną,
gdy przelewają się przez własne
brzegi, wyrzucając setki ofiar rozstrzeliwanych na Piaskach, na Kleparowie,
za Wysokim Zamkiem, a tysiące
io obozów koncentracyjnych. Więzienie
na Łąckiego i lokalny ?bóz na Janowskiej
zaludniają lubelski Majdanek.
Łuny od Getta—trupy żydowskie wzdłuż torów—towarzyszą
przer—aźonym
dniom.
Minuta milczenia.
Przestałem pisać do ciebie wiersze o śmierci żalu
I w pięści ścisnąłem serce, które nie może
zapomnieć.
Mój Dzień Dzisiejszy swe wczoraj w pożarze bitewnym spalił-
Łuną szeroką, jak przestwórz
we wszystkie jutra zogromniał.
W mieście przeszłości wyrosło miasto zhańbionych
cokołów,
Bruki ulicy parują oddecham,
rozdartych ściernisk. . . .
—I—drugi mi teraz Chrystus w zakratowanych kościołach
Zawisnął na Hackenkreutzu
w koronie z żelaznych cierni.
Dzisiaj—godziny i lata w wał ponad czasem się piętrzą.
. . .
Czymże na dziejów rozłogach jest ból naszego rozstania ?
Ja się codziennie
rozstaję ze wszystkim, co mi najświętsze,
Codziennie pod innym nazwiskiem idąc na rostrzelanie.
My tutaj, matko, jesteśmy starzy—starością kamieni
I równocześnie jesteśmy młodzi młodością
przedświtów !
Trwamy—stojąc na baczność w wielkiej minucie milczenia.
Patrz :
dusze w żelaznej
zbroi—twarze przyłbicą zakryte.
Bez rany.
Cały świat rozszarpany—
cały
świat krwią nalany—
całe serce moje chore,
całe ciało śmierci wydane.
Słaniam się razem z światem,
z wrogiem, z bratem i z katem—
Jestem miastem rozbiłem
i człowieczym w zębach czołga szmatem.
To mnie strzelają w oczy,
mnie porywają w nocy—
Ginę w wagonach, w kaźniach,
w upodleniu, w głodzie i w niemocy.
Wszystek gwałt, wszystka krew ziemi
przeze mnie przepływa—przeze mnie—
I krwawię i umieram, a patrz : żadnej,
żadnej na mnie rany.
Polce.
W koronkowym czepeczku
siedziałaś przed kominkiem
drąc białe szarpie
w czarnej sukni zapiętej wysoko pod szyją
herbami Polonii i Litwy,
Blade, spieczone usta szeptały za umarłych
litanje,
modlitwy —
i za tego, o którym nie wiedziałaś czy
żyje.
Szarą sukienkę miałaś w listopadzie—pamiętasz
?
warkocze chowałaś wysoko pod czapką strzelecką
i starałaś się trzymać prosto przed kapralem karabin,
by, nie powiedział, żeś baba
albo .
. . .żeś
dziecko.
Widziałem ciebie wczoraj.
Stałaś na rogu ulicy, uad
Łąckiego
i patrzyłaś długo bez słowa na więzienne okno—
ślepą otwartą jamę kamienicy.
Od deszczu—prawda ?—
od deszczu miałaś oczy i twarz całą wilgotną.
Za kratą mignął
cień—
Chciałaś się rzucić, rękami rwać mury,
Wołać Boga, zmusić, by sprawiedliwy zszedł z nieba.
Tylko uśmiechnęłaś się,
podniosłaś błogosławiąc
spracowane ręce do góry. . . .
. . .
Tak trzeba. . .
Synku dla Niej. . .
wiesz. . . .
tak trzeba !
Pieśń o Majdanku.
Znów dławią noc reflektory—jak palce ściśnięte na
gardle
i dzień wczorajszy wstaje trupim blaskiem świecąc.
O ciemność wieczną proszą rozwarte oczy umarłych,
zanim je wiatr przykryje i
zanim w spokój ulecą.
Czas zaplątany w drutach milczące układa pieśni,
słyszysz je pewnie.
Ojcze, pośród zbolałych snów,
śpiewał je kiedyś dzieciom umierającym we Wrześni
i chłopcom, co w osiemnastym krwią pożegnali Lwów.
Mnie już
minęły słowa—nie uczczę wierszem Twych skroni,
na których troska Twa o mnie srebrny rzeźbiła ślad. . . .
I tylko w sercu moim ogień bolesny płonie,
.zbyt słaby, aby
przepalił więzy dzielących nas krat.
Codzien
wśród Was dalecy—a myślom wiernym najbliżsi,
ubywa najdroższych
imion. Cichnie konając czyjś głos.
Na męce zastygłe
wargi jesień nie ześle liści,
aby zasłały złotem cyfr spopielały stos.
Mrok Was ogarnia pożarem. Ciemność odjęta oczom
na wierźach
zamku Lublina wróży Warn
pamięć Dnia,
i jak sztandary zwycięskie Imiona Wasze łopocą,
jak prawda o Tej, co żyje,
co nie zginęła i trwa.
|
|