| |
List na poste restante.
Piszę do ciebie.
Bracie mój kochany, drogi chłopcze,
ten smutny list na poste restante. Na Twą polową pocztę.
W zielonym polu krzyżów
las—i jeden z Twem
imieniem—
Tam moje słowa rzuci wiatr do wąskiej skrytki w ziemi.
Piszę do Ciebie, Bracie mój najmilszy i kochany—
Z pod pióra spływa Twoja krew z nieowiązanej
rany.
Niedługo piąty rok minie, rok Twej śmierci—mej niewoli,
a ten co Ciebie rozdarł cios, codziennie mocniej boli.
W ów dzień jesienny nie Ty sam stałeś się, Bracie,
Cieniem-
Oboje pocisk dopadł nas i zwalił twarzą w ziemię.
Ciebie żołnierski zamknął grób i biały krzyż
ukoił,
a ja żyjący chodzę trup po trupiej ziemi mojej.
Czasem w strumieniu cichych łez jak deszczu długie strugi
myślę, że
było Ci tam brak siostrzanej mej posługi—
Leżałeś krwawy i bez tchu na poczerniałym zboczu
i nikt nie złożył
Twoich rąk, nie zamknął siwych oczu—
O Bracie !
Jak w tem
polu Ty—bez wodza i bez wojska
cała żołnierska legła brać i cała, cała
Polska. . . .
W zeszkleniu Twoich martwych ócz zapadły i zczerniały
pułki, sztandary, orły, broń i dzień wojennej chwały.
Już tyle lat—już
piąty rok, gdy ległeś w sercu ziemi,
a z Tobą tylu, tylu ich z szablami złamanemi—
Mówią, że tam gdzie morze grzmi pod bronią stoją
chłopcy—
Ale to może tylko sny—sny naszych pustych nocy. . . .
Od wszystkich przecie jakaś wieść, list, znak się
przedostanie,
a milczy tylko żołnierz
nasz, jak Ty na swem
posłaniu.
Piszę do Ciebie smutny list, kochany drogi chłopcze,
na Twą ostatnią poste restante polowej polskiej poczty—
Przez deszczu płaszcz, przez krzyżów
las, spoglądam w tamtą stronę,
gdzie żołnierz polski pełni straż, w Ojczyznę
zapatrzony.
I witam się—i żegnam
się z daleką naszą armią,
przez Twój zielony wąski grób pokryty darnią.
Rozmowa o jesieni.
Ta wielkość, co jak krzyż
rozpięta między nami
nasyca przeznaczeniem wolny upływ dni,
nie oddali wspomnienia bólu poza pamięć
i nie wstrzyma ubiegu
przelanej krwi
. . . . . . . . . .
Chcę mówić do was bracia—Stefanie, Adamie
. . . . . . . . . .
Dzieli nas tylko droga podartej przestrzeni
(szlak słów wydeptanych wędrówką wieczoru);
Łzy przesiąkają ziemię w proroczym natchnieniu
gestem późnej jesieni—wypłakaną porą. . . .
. . . Polska, naprawdę polska, tragiczna jesieni !
Nauczyłem się ciebie na pamięć, jak wiersza
o alejach wysłanych poezją przedsenną
zźółkłych
liści . . . . . . . . .
. . . . . . . . . .Lecz smutek twój
pojąłem pierwszym
swobodnym opuszczeniem ramion twych nade mną—
. . . . . . . . . .
Dlaczegoście tak smutni,
najmilsi i lica
wasze czemu tak płoną jak żagiew gorączki?
Pójdziemy sobie wolną do góry ulicą—
przejdzie—smutek nie zawsze jest gorzki. . . .
Oto przychodzę do was w ten zmierzch jednobarwny
porą roku wysnutą na polach bitewnych ;
jak wielkości pokornej najświętszy sakrament
wzniosę moją opowieść—przysięgę i pewnik.
Wypróżnię
cię jak kieszeń ulico bez glorii
i wysączę z żył twoich bezkrwisty
bieg rzeczy ;
a wtedy przecwałuję
Tobą, jak na matchu
odwieczny zastęp czasu—z ballady historję.
Słyszysz ?
Stukotem kopyt obwieszcza zbliżanie
czas, zatrzymany dotąd przedtamtej
jesieni.
Teraz, was widzę bracia, tak dawno zgubieni
i kocham was jak zawsze—reszta mi już na nic.
Kataklizm.
Przestrzeń zwarła się w sobie i sprężyła
do skoku—
czas okrzepł w nieruchomem
zaczajeniu dni
na bezlice,
bezkształtne sprawy skryte głęboko
w chaosie rozpętanym przez kosmiczny wichr.
Bliskość łukiem wybuchu w dal runęła zawrotną—
dal jak morska nawała zwisła nad grozą głów—
ciężar
świata mgieł brudnych wzbił się płachtą
wilgotną,
a bezwład wali młotem o płowe ściany słów.
Świat zewnętrzny
się staje złym Teatrem Ułudy :
odwrócone obliczem w swą straconą wnątrz
tłoczą się zdarzeń błędnych
obłąkańcze marudy
zawsze ślepym pościgiem w jeden bez wyjścia spłat.
Zbłąkały się wypadki i rytm swój pogubiły—
powiędły dusze w wichrze gnającym przez świat—
rozpętane z otchłani szaleją wrogie siły,
zawieruchą zagłady miotąc zbrodnię i strach.
Miłość jest ślepej sztolni chodnikiem zgubionym :
daremnie łudzi szczęściem bezpiecznem
od zdrad—
zgasły w popielnej śniedzi Świątnic
starych korony
i starych wiar korowód w bezistne
cienie zbladł.
Człowiek drugi jest wrogiem zaczajonym kry j omie—
w zaułku wytrąconym z powszednich życia spraw—
czycha jak Los zdradziecki w każdym
Cienia załomie,
jak wieczny Prześladowca ściga w upiornych snach.
Sny są jak drzew korzenie, rosnące skroś ciemności,
w praźycia
glebę senną, ciszą drzemiących ziarn,
lecz majaków obłędem zwiedziony na manowce
i snów także dziś w popiół zetlał
tęczowy Dar.
I tylko jedno rośnie, nieomylne jak płomień :
czucie Życia, wetchnione
w prawieczny
serca rytm—
tylko jedno jest pewne :
Bóg rosnący bezdomnie
tajemniczym szeptem Wiedzy w żywej człowieczej Krwi.
20.XII. 1939.
Przyjacielowi, który
poległ.
Spulchniłem ziemię płaczem. W umarłej przestrzeni
nikt nie prosił o szczęście zawinięte w trumnę.
Dzień wykradli anieli ciszy dźwiękiem surmy,
aby pieczęć położył
na ustach jesieni.
A później znowu grały piszczałki z piszczeli.
Czas wieczność wlewał w czaszę z przestrzelonych czaszek.
tylko na twoje serce spłynął lekko piasek,
by pieścić sen twój ciszą, nim zmienisz się w
zieleń.
Spokój zawisł na rzęsach. W ciasnycli
ścianach kroków
wyśpiewam krwawą różę—wplecioną w twe włosy,
nim wstanie dzień płonący nowych imion stosem
i pozna mnie po oczach i płaczu obłoków.
Ranny most.
|
Tym wszystkim,
co w tragicznych dniach
września 1939, przekraczali Czeremosz. |
Tylko czas mijał. ...
Rozpięty na krzyżu okiennym,
liczyłem żal i samotność
a nicość przepływała obok mnie i we mnie
i rosła ziemia niczyja.
Gwiazda spadając, myślała o szczęściu,
lecz zamieniała się, lecąc, w łzy
aby wymazać strugę krwi
z wciśniętej w karabin pięści
i by przypomnić
już
tylko piosenkę
wtuloną w kłosy stratowanych zbóż.
Przeczuciem, grozą i lękiem :
..."
rozkwitały pąki białych róż "...
Ku oknu most nadpływa w rytmie błędnych stóp,
karabiny kołyszą się niby łan przenicy . . .
O ziemio przyjmij, jak kielich goryczy
ostatni trwogi wzrastający grób.
Tylko czas przekraczali żołnierze na moście
tłumiąc obawę potwornego brzegu,
co usta rozwarłszy naościeź
przyjmował szereg po szeregu,
tak, jak wiatyk przyjmuje odchodzących w ciemność. .
a przecież w okół
pusto—nademną—podemną,
to tylko już
wspomnienie o odeszłych
płacze
i szepce, że
nie mogło być przecież inaczej.
A noc na wszystko patrzała spokojnie,
we mnie bunt narastał, jak wiersz. . . .
padał ostatni polski deszcz
po polskiej wojnie.
Mostem już tylko echo wlokło się zranione
i przybliżało
oczom zagasłym brzeg ciszy,
lecz wargom brakło siły, by przywołać tony
i wskrzesić ból piosenki z zabitych klawiszy.
Most opadł
mi na piersi, udźwignę krzyż gwiazd,
łkających nad oczyma, którym brakło łez,
nad lasem—gdzie już niema zieleni i drzew,
nad rzeką, w której woda zmieniła się w głaz. . . .
Na próg wstępuje jeszcze jakiś szary człowiek,
przystanął—hełm mu ciąży,
ciąży
jak mnie wszystko.
spojrzałem, lecz spojrzenie nie wyszło z pod powiek. .
na poranionym moście skonał ranny Chrystus.
Szpital.
Noc nachyla ogromny kielich przeczucia. . . .
uwalniamy oczy z zaciśniętych pięści,
ostatni płacz w rozbitej ampułce ucichł. . . .
Siostry sen karmią kruszynami pamięci.
Senność na twarzach naszych jest tylko marzeniem.
płyniemy, wiosłem
srebrnym przybliżając świt,
na pościeli strzaskana legenda jesieni
palący ranne piersi nasz tragiczny mit.
W czekaniu sens przemija, myśl każda
usycha,
jutro z gazet wyczyta ktoś ostatni dzień
i śmierć wychyli życie z czarnego kielicha,
w wiecznie białych obrusach zatrzymany sen.
Może
wargi wymodlą utracone szczęście,
wyproszą usta czyjeś zagubiony sen. . . .
Milczenie—zegar pełza cichutko, jak lęk. . . .
Siostry sen karmią kruszynami pamięci.
Fragment Epopei.
Czas prószył nas popiołem i szliśmy jak starcy,
Ulica całowała nasze chore nogi;
Każdy
z nas był rycerzem bez zbroi i tarczy
I choć szliśmy, nie było dla stóp naszych drogi.
Nie liczyliśmy godzin, choć czas nam wydzwaniał
Przemijanie powolne i nieubłagane.
Ciężkie są słowa skrzepłe—-niewypowiedziane.
Cięższa śmierć beznadziei, skon bez zmartwychwstania.
Niebo patrzeć nie chciało na pochód posępny
I chmury nam opadły na głowę zasłoną,
w oknach twarze martwiały blade i wylękłe,
Szukając próżno słońca, co nie miało
płonąć.
Myśli w nas już nie było, bo wszystko przemyślał
I wszystko już przemarzył
każdy
kto szedł ze mną.
Nie miał już kogo żegnać,
wyczekiwać przyjścia,
Dnia nam nigdy nie wróci nieustanna ciemność.
Stanęliśmy na placu pośród
drzew ogromnych,
Ktoś płaczem zdołał wstrzymać nasze wieczne kroki.
Nie człowiek—wszyscy ludzie wyglądali z okien,
To witał nas szlochając granitowy pomnik.
|
pisane po Upadku
Francji. |
Elegia o 60-ciu
kapitanach.
Wyjście na morze zamknięte
Noc okryła horyzont zasłoną,
Zwyż sześdziesiąt
stało okrętów
Na redzie portu Tulonu.
Tam—gdzie niegdyś o działo wsparty
Zaczynając ogromną grę
Stał niezgrabny młody Bonaparte,
Sypiąc salwy na front Egniet.
Sypiąc salwy z armat i z ócz,
By się ziemia zakołysała,
Dziś na ten sam Tulonu klucz
Groźbą
ziały niemieckie działa.
Skry z komina leciały i żar
Was zabrakło sławni korsarze
Laperouse, Surcouf, Jean Bart,
Czy się czas wasz jak płomień wyżarzył
?
Francjo, swymi synami się szczyć,
Wielkie zwykłaś wydawać
dzieci,
Imionami ich można chrzcić,
Wszystkie okręty na świecie.
Pomnij przeto, by nie pominęto,
Gdyby nowe na morze spuszczano,
Imion kapitanów okrętów,
Francjo, wspomnij tych kapitanów.
A że
patos wdziera się w słowa,
- W sześćdziesięciu kapitanów gest. ...
Patetyczna jest francuska mowa,
Genjusz Francji
patetyczny jest.
Tam emfaza tu patos Rej fana,
Teatralny, grodzieński sejm. . . .
Na wspomnienie o tych kapitanach,
Polaku, kapelusz zdejm !
Chapeau bas I
wołam z daleka, ,
Czcząc francuski genjusz
i charme,
Chapeau bas !
wołam i czekam,
Czy usłyszę jak echo—Aux armes !
Bo wciąż
leżą nie rzucone kości,
Czeka tysiąc wspaniałych szans. . . .
—Francjo, matko wszelkiej wolności,
Chcemy krzyczeć znów—Vive
la France !
Niech nasz okrzyk ciebie
poruszy,
Genjusz, który zrywać się zwykł,
Francjo, matko wielkich genjuszy,
Matko Francjo, usłysz ten krzyk !
Każdy
z nas twój czuły kochanek,
Gotów umrzeć od twoich ran,
Francjo, matko wielkich Marsy Ijanek,
O urocza, genjalna Marjanne !
Co dzień chciwie zmysłami łowię,
Czy nie budzi się czyn twój i myśl,
Bo dowiedli ci kapitanowie,
Ze zostałaś sobą i dziś.
W dziejach świata pisali się złotem
Kondeusz, Napoleon i Foch,
Zamiast flot, drzazgi twej floty
Dostał tylko podstępny boche.
Gdy te drzazgi wyrzuca flota
Rży boleśnie Rolanda
koń. . . .
Francjo !
Francjo !
ciągle trwa alarm,
Francjo !
Francjo !
chwytaj za broń !
Biją werble na bliskie święto,
Nowej wiosny świat czeka cały,
Kapitanowie twoich okrętów
Legli cicho na polu chwały.
Zanim wieńce na grób ich położysz
Flagą swoją na wietrze wiej. . . .
Zachowaj Francję w swej opiece.
Boże !
Przyjm do swej chwały
kapitanów Jej.
|
Memento.
Mgła, szarość, dwa rzucone w bezkres szyn oszczepy y
łyskliwą
pełzające wstęgą w twardym żwirze,
widnokrąg osędziały,
zdławiony i ślepy,
dwa morza, las wyźółkły,
kurhanów pobliże.
Świat zapatrzony w siebie,
ciało swe rozdrapał,
aby z wnętrza wydobyć oblicze tajemnic,
jakby się z chaotycznych wyłonić miał ciemnic
znów wieków niewidzialnych, bratobójczy zapał.
I nagle w to milczenie widmowe wypada
dudnień szarpiących grzmotem łyskliwą
maszyna.
Nagłą ogłuchość
wydmy na dwoje rozcina
kadłubem swym maszyna i jedna i druga,
wlokąca się na czele żelaznego stada,
aż
się pasemko lądu pod ciężarem zgina
i mgły się rozstępują
pod ciężarem
pługa.
Błyski kształtów wpotworne
wzrastają zygzaki,
Skokami mgławą siność
rozdzierają w strzępy,
a szlak jest taki prosty i bezkresny taki,
a świat jest taki martwy, a łoskot kół tępy.
Wczoraj, jakby spędzone burzą nagłą ptaki,
wszystkie rybackie łodzie uciekły do portu,
a dzisiaj ta nieznana rzecz po szynach tupie,
stalowy zygzak tańczy i odbłyski
trupie :
na lorach
jadą działa z przymorskiego portu.
Kwadrans ?
czy pół godziny ?
czas stanął bez rady,
czasu już
nie ma, morze ciągle pluje działa. . . .
Maszyn już
przeszło cztery. Zygzaków opady
i skoki przestrzeń szarpią, co stanęła biała.
Stukot szerokich platform pognał ku stolicy,
wydętej
od potwornych ścieków ciał i stali,
i jeszcze w oczach został długi błysk haubicy,
drugiej, dziesiątej, setnej, i ludzie zmartwieli.
Jak w ów czas przedwojenny, w godzinę pamiętną,
trwoga nagle dojrzała w straszliwe memento.
Ojcze nasz.
Jakże ja mogę powrócić do
Ciebie, Boże ?
Nie znajdę dróg zapomnianych, oślepły od bicia w twarz-
Chyba na oczy zmartwiałe ręce
święte położysz,
Ojcze nasz. . .
Jakże ja mogę zawołać Do Ciebie,
Kiedy przed bramą kościoła mych bluźnierstw
stanęła straż ?
Chyba mi w jakimś zaułku serce jak drzwi otworzysz,
Ojcze nasz. . . .
Jakże ja mogę uwierzyć w moc Twoją, Boże,
który na szlakach zgorzelisk w rozbitych kapliczkach trwasz ?
Chyba. ... że
we mnie uwierzysz, mimo żem
z światem zgorzał—
Ojcze nasz. . . .
|
|