Wiadomość przyszła tuż przed obiadem, wywołując ogólne
podniecenie.
Gabinet podał się do dymisji i dymisja została przyjęta. Ulanicki
otrzymał depeszę z Warszawy, wzywającą go do natychmiastowego powrotu.
Zmiana rządu dla większości gości koborowskich była kwestią obchodzącą
ich bezpośrednio.
Niejednemu z nich mogły się zachwiać szanse na utrzymanie zajmowanych
stanowisk. Toteż o niczym innym nie mówiono, a Ulanicki chodził po
hallu i klął.
Pani Jaszuńska wyjechała jeszcze przed obiadem.
Wojewoda Szejmont telefonował do swego urzędu i polecił informować
się o najdrobniejszych szczegółach przesilenia natychmiast po nadejściu
wiadomości z Warszawy.
Wieczorem nadeszły dzienniki. Ich łamy przepełnione były informacjami
i pogłoskami politycznymi, mnóstwem sprzecznych horoskopów i przewidywań
oraz ocen sytuacji. W jednym zgadzały się wszystkie: rząd upadł, gdyż
nie umiał opanować kryzysu gospodarczego, zatem jego następcą musi
być gabinet wyjątkowo silny i kierowany przez człowieka niepośledniego
autorytetu.
Z szeregu wymienianych przez prasę domniemanych kandydatów na stanowisko
premiera - wybijało się nazwisko generała Troczyńskiego, który już
jako państwowy zarządca Kas Chorych i delegat na Międzynarodowy Kongres
Kultury i Sztuki zdobył popularność, którą utrwalił wydaniem broszury
pt. "Błędy strategiczne Napoleona Pierwszego, Aleksandra Macedońskiego
i innych". Poprzednia jego praca zatytułowana "Precz z komunizmem!"
oraz zakupiony przez Muzeum Rzeczypospolitej obraz olejny, przedstawiający
autoportret generała w chwili, gdy brawurowym ciosem dzidy przebija
jaguara, zyskały dlań od dawna uznanie.
<strona 312>
W Koborowie obszernie omawiano tę kandydaturę, która - co należy przyznać
- nie wywołała u nikogo większych zastrzeżeń.
Jedynie podczas kolacji rozwinęła się dyskusja na temat wątpliwości
barona co do kolorystyki tła we wspomnianym obrazie.
- Niku - zapytała Nina - a twoim zdaniem kto powinien teraz zostać
premierem?
- Czy ja wiem... - Jednakże?...
- Hm... jak nie Troczyński, to może Jaszuński?...
Nieco podchmielony pułkownik Wareda stuknął kieliszkiem w stół.
- Nie, Nikodem, wiesz, kto powinien zostać premierem? - Kto?
- Ty.
Zaległo milczenie. Wszystkie oczy skierowały się na Dyzmę. Ten zmarszczył
czoło i w przekonaniu, że Wareda zeń pokpiwa, burknął z niechęcią:
- Urżnąłeś się, Wacek. Daj spokój.
Nina wstała, dając tym samym hasło do przejścia do salonu. W ogólnym
gwarze nie słyszano sumitacji pułkownika.
- Proponuję przejażdżkę po jeziorze - zawołała jedna z pań. Tak cudnie
świeci księżyc!
Towarzystwo zgodziło się z ochotą.
Istotnie spacer był niezwykle miły. Jezioro leżało nieruchome jak
płyta agatu, usiane brylancikami gwiazd, wśród których jaśniał księżyc,
mający wedle obliczeń wojewody Szejmonta co najmniej pięćset karatów.
Gdy łódki wśród cichego plusku wioseł wysunęły się na wodę, zaczęto
śpiewać.
- Jaka szkoda - westchnął Nikodem - że nie mam pod ręką mandoliny.
- Pan gra na mandolinie? - zdziwiła się panna Czarska.
- Gram. A szczególniej lubię grać w księżycową noc na łódce. Wtedy
przychodzi natchnienie. Noc, księżyc, horyzontem pachnie... Wszyscy
wybuchneli śmiechem, a starosta Ciszko zawołał:
- Że też pan prezes nawet nasze niewinne śpiewy wyśmiać musi.
<strona 313>
- Ach, panie - wzruszyła ramionami pani Przełęska - czy panu prezesowi
takie rzeczy leżą na głowie!
- Ja rozumiem - bronił się starosta - przecie czytałem, że Bank Zbożowy
postanowiono zamknąć. Taki bank. Przykro jest twórcy takiego dzieła
patrzeć na jego upadek... Prawda, panie prezesie?
- A może nie? - odpowiedział pytaniem Dyzma.
- I pomyśleć - ciągnął starosta - że zawsze i wszędzie najważniejszą
rzeczą jest nie to, jak się robi, ile, kto robi. Póki pan prezes kierował
bankiem, wszystko było dobrze.
- Może jeszcze się poprawi - wtrącił Dyzma.
- Ale! - machnął ręką starosta. - Wystarczyło kilka miesięcy, a już
zbankrutował. Człowiek, tylko człowiek!
- Święta racja - potwierdziła z przekonaniem pani Przełęska. - Halo,
Nikodem! - krzyknął z dalszej łodzi Ponimirski - może zaśpiewamy sobie
oksfordzką piosenkę wioślarską? Co?
- Zaśpiewajcie, zaśpiewajcie - prosiły panie.
- Ależ ja nie mam głosu - z irytacją bronił się Dyzma.
- Ma, ma - krzyczał ukontentowany psikusem Żorż. - Cóż to, zapomniałeś,
jakeśmy sobie porykiwali na Tamizie? Lord Caeledin of Newdawn twierdził,
że śpiewasz, jak...
Nie dokończył.
Nikodem machnął wiosłem i rzęsiste bryzgi wody spadły na Ponimirskiego
i na resztę towarzystwa w jego łodzi.
- Przepraszam państwa - ekskuzował się Dyzma - ale jemu tylko zimna
woda pomaga.
Byli już przy brzegu. Po kilku minutach doszli do alei. Przed pałacem
stał jakiś obcy samochód, bardzo zakurzony. Szofer krzątał się przy
podniesionej masce silnika.
- Kto to przyjechał? - zapytał Dyzma. - Pan dyrektor Litwinek.
- Litwinek? - Nikodem podniósł brwi.
Wprawdzie podczas oficjalnych przyjęć w Zamku poznał doktora Litwinka,
który był tam dyrektorem sekretariatu, lecz ich znajomość nie miała
takiego charakteru, jaki by mógł upoważniać Litwinka do odwiedzin
w Koborowie.
Nadeszła reszta towarzystwa.
W hallu Krzepicki rozmawiał z wysokim, szpakowatym brunetem.
<strona 314>
Obaj przy wejściu Dyzmy wstali. Nastąpiły powitania i prezentacje.
- Jakże tam, dyrektorze, przesilenie rządowe? - rzucił od niechcenia
Nikodem.
- Właśnie w tej sprawie miałem zaszczyt tu przybyć - skłonił się doktor
Litwinek.
- Jak to w tej sprawie?
Wszyscy oczekiwali w napięciu odpowiedzi.
Litwinek sięgnął do teki i wyjął kopertę, po czym zrobił małą pauzę
i wśród ogólnej ciszy powiedział uroczystym głosem:
- Wielce szanowny panie prezesie. Przybywam tu z polecenia pana prezydenta
Rzeczypospolitej, by w jego imieniu prosić pana o przyjęcie misji
tworzenia nowego rządu. Oto list odręczny prezydenta.
W wyciągniętej ręce trzymał kopertę. Nikodem poczerwieniał i otworzył
usta. - Że... że co?
Doktor Litwinek, kontent z wrażenia, jakie wywołał, uśmiechnął się
nieznacznie.
- Pan prezydent Rzeczypospolitej ma nadzieję, że pan, panie prezesie,
zechce stworzyć nowy gabinet i stanąć na jego czele. Dyzma niepewnym
ruchem wziął kopertę i drżącymi rękoma wy
jął z niej arkusz papieru. Czytał, lecz litery skakały mu przed oczyma.
Istotnie, odręczne pismo zawierało powtórzenie tego, co powiedział
Litwinek. Pomału złożył list. Na jego twarzy malowała się troska.
- Pan prezydent nie wątpi - ciągnął Litwinek - że pan prezes nie odmówi
mu, zwłaszcza dziś, w dobie ciężkich zadrażnień politycznych i ostrego
kryzysu gospodarczego, kiedy trzeba kraj ratować przed staczaniem
się po równi pochyłej. Trudne i wielkie to zadanie. Pan prezydent
wierzy, że właśnie pan, który cieszy się nie tylko jego, lecz całego
społeczeństwa zaufaniem, skutecznie temu podoła. Że wysoki autorytet,
wiedza i doświadczenie, jakie są udziałem pana prezesa, dadzą pełnię
rękojmi, iż stworzy pan rząd silnej ręki, że podźwignie pan pomyślność
kraju, który z takim utęsknieniem oczekuje silnego człowieka. Pozwoli
pan, że złożę
<strona 315>
i moje skromne zapewnienie, że wierzę, iż tylko pan może tego dokonać,
panie premierze.
Skłonił się nisko i umilkł. Efekt był kolosalny.
Litwinek po raz pierwszy spełniał misję tak zaszczytną i pragnąc wywołać
potężne wrażenie, nie zawiódł się.
Na wszystkich twarzach znać było wzruszenie. Oto w ich obecności ster
nawy państwowej przechodził w ręce człowieka, co tu gadać, wielkiego
człowieka!
Nina, blada jak papier, kurczowo wpiła się palcami w poręcz krzesła.
Wareda miał minę, jakby za chwilę miał się rozpłakać. Krzepicki stał
z podniesioną głową i dumnym spojrzeniem obrzucał obecnych. Zza jego
ramienia patrzyły rozwarte niebywałym zdumieniem ogromne oczy Żorża
Ponimirskiego.
Nikt nie ośmielił się usiąść.
Pierwszy ruszył się wojewoda Szejmont. Podszedł do Nikodema i, nisko
pochylając głowę, uścisnął jego rękę.
- Zechce pan premier przyjąć naprawdę serdeczne życzenia, lecz nie
powinszowania, bo te w danej historycznej chwili należą się nam, obywatelom
państwa i jego sługom.
Za przykładem wojewody poszli wszyscy goście. Nikodem w milczeniu
podawał im rękę, a twarz miał zasępioną.
Zdawał sobie jasno sprawę z rozmiarów zaszczytu, jaki go spotkał.
On, Nikodem Dyzma, mizerny urzędniczyna z Łyskowa, mógłby teraz kierować
losami wielkiego państwa, jeździć własnym pociągiem, być na ustach
całego kraju, ba, całego świata!
Ale... ale właściwie... co mu po tym?
Znowu nerwowe, pełne zasadzek życie w Warszawie, znowu trzymanie się
na baczności przed każdym słowem...
Ale władza, wielka władza nad trzydziestu z górą milionami ludzi!
Tysiące jest takich, co za jeden dzień takiej władzy i tego tytułu,
tytułu prezesa Rady Ministrów, oddałoby życie!... Gabinet premiera
Dyzmy... Rząd Nikodema Dyzmy... Wojsko prezentuje broń, okręty wojenne
salutują salwami... Cokolwiek powie, przedrukują to dzienniki całego
świata... Władza, sława...
- Oczekuję łaskawej odpowiedzi pana premiera - odezwał się Litwinek.
Nikodem ocknął się i powiódł okiem dookoła. Wszystkie oczy były weń
wpatrzone.
<strona 316>
Chrząknął i podniósł się z fotela.
- Proszę zostawić mi pół godziny do namysłu - powiedział głucho. -
Panie Krzepicki, niech pan idzie ze mną.
Skierował się do gabinetu, Krzepicki wszedł za nim i zamknął drzwi.
- Zastanawiam się, co zrobić? - zaczął Dyzma.
- Jak to, zastanawia się pan prezes? Przecie to jasne! Taki zaszczyt,
taka władza!
- No, oczywiście, ale z drugiej strony, widzi pan, to bardzo odpowiedzialne
stanowisko. To nie jakiś tam bank, to całe państwo.
- Cóż z tego?
- A to, że mogę sobie nie dać z tym rady. - Da pan prezes radę.
Nikodem cmoknął z powątpiewaniem.
- Niby teraz? Przecie tyle tych kryzysów, coraz ciężej...
- Znajdzie pan prezes jakiś pomysł, już o to się nie boję. Co jak
co, ale szczęśliwych pomysłów panu nie brak. I niech pan prezes sobie
wyobrazi: obejmuje pan rządy, ludność jest zadowolona, poprawia się
z miejsca nastrój społeczeństwa, robi pan kilka efektownych posunięć...A
niech jeszcze przyjdzie dobra koniunktura!...
- A jak nie przyjdzie?... He, panie, zblamuję się i tyle.
- No i wielka rzecz, zwali się wtedy wszystko na złą koniunkturę i
kryzys ogólnoświatowy. Mało to gabinetów upadło? Zapukano do drzwi.
Była to Nina.
- Nie przeszkodzę ci? - zapytała nieśmiało. - Nie, owszem, chodź.
- Proszę pani - powiedział załamując ręce Krzepicki - niech pani sobie
wyobrazi, że pan prezes jeszcze się waha!
- Uważasz, Nineczko, nie jest to takie proste. A po drugie, dobrze
mi tu w Koborowie.
Nina rozpromieniła się.
- Kochany! Jakiś ty dla mnie dobry! Ale, Niku, ja nie jestem taką
egoistką, żeby ze szkodą dla ojczyzny starać się o zatrzymanie cię
tutaj. Zrobisz, jak postanowisz, jednak, moim zdaniem, powinieneś
ratować kraj.
- Tak myślisz?
<strona 317>
- Ty sam wiesz najlepiej, co jest twoim obowiązkiem. Nie posądzaj
mnie tylko, broń Boże, o snobizm. Zapewniam cię, że wolę być z tobą
tutaj, niż nazywać się panią premierową. Jednakże wierząc w to, że
ty z miłości dla mnie pozbawiasz państwo swojej ręki kierowniczej,
napawa mnie niepokojem...
- Hm - zamyślił się Dyzma.
- Panie prezesie - rozpoczął Krzepicki, widząc skłanianie się pryncypała
ku przychylnej decyzji - panie prezesie, ot już mam myśl. Wkrótce
po objęciu urzędowania wyjedziemy do Londynu.
- Po co? - z niechęcią zapytał Dyzma.
- Po co? Po pożyczkę zagraniczną, kto inny nie dostałby, ale pan ma
przecież tam szalone stosunki. Zapewne niejeden z pańskich kolegów
oksfordzkich zajmuje teraz w angielskim życiu publicznym wysokie stanowisko.
A nuż uda się panu prezesowi uzyskać pożyczkę?
Krzepicki nie zdawał sobie sprawy, że sam dobił swoje pragnienia.
Nikodem zmarszczył brwi i ręką dał mu znak, by zamilkł. "Tak
- myślał - zupełnie zapomniałem o tym... Jako premier musiałbym przyjmować
różnych ambasadorów... Może nawet jeździć do Genewy. Wprawdzie mógłbym
wziąć tłumacza, ale zaraz by wyszło na jaw, że ja oprócz polskiego
to żadnym językiem ani be, ani me... I o tym parszywym Oksfordzie...
A zresztą po co mi to?..."
Podniósł się z krzesła. Nina i Krzepicki patrzyli nań z niepokojem.
- Otóż postanowiłem - odezwał się głosem, któremu nadał ton bezwzględnej
stanowczości - premierostwa nie przyjmuję. - Panie prezesie, ależ...
- Żadnego gadania! Nie przyjmuję i już. Fertig! Krzepicki opadł na
krzesło, Nina stała jak skamieniała. Nikodem poprawił włosy, wysoko
podniósł głowę i otworzył drzwi.
W hallu natychmiast zapanowało milczenie i wszyscy zerwali się na
równe nogi.
Dyzma, nie zamykając za sobą drzwi, zrobił trzy kroki w kierunku doktora
Litwinka. Rozejrzał się i powiedział cichym głosem:
<strona 318>
- Panie Litwinek, powtórz pan panu prezydentowi Rzeczypospolitej,
że za zaszczyt dziękuję, ale premierem nie zostanę.
- Panie prezesie!... - wybuchnął wojewoda Szejmont, lecz natychmiast
zamilkł.
- Ależ dlaczego?! Dlaczego? - histerycznie zawołała pani Przełęska.
Dyzma zmarszczył brwi.
- Mam swoje powody - odparł drewnianym głosem.
- Czy decyzja pana prezesa - zapytał Litwinek - jest ostateczna?
- Każda moja decyzja jest ostateczna.
- Czy zechce pan prezes skreślić odpowiednie pismo do głowy państwa?
- Mogę skreślić.
Nikodem skinął głową i znikł w gabinecie.
Gdy drzwi się za nim zamknęły, rozległ się głośny gwar wykrzykników.
- Dlaczego?! Nie rozumiem, dlaczego?
- Ależ to okropne! Kraj jest w rozpaczliwym, dosłownie w rozpaczliwym
położeniu! Doprawdy nie widzę nikogo, kto by prezesa mógł w tym zastąpić!
Wareda pokiwał głową.
- Obraził się, oczywiście obraził się, że wbrew jego wskazówkom zmarnowali
Bank Zbożowy.
Nagle wśród chwilowej ciszy zza drzwi gabinetu doleciał podniesiony
głos Dyzmy:
- Pisz pan, do cholery ciężkiej, kiedy panu mówię! Basta! Usłyszeli
przyciszone cykanie maszyny do pisania.
- Mnie się zdaje - zaczęła pani Przełęska - że na postanowienie pana
prezesa wpłynęła głównie kwestia jego uczuć, miłości dla mojej siostrzenicy.
Przecie pobrali się zaledwie przed kilku miesiącami. Urząd zaś premiera
pochłania więcej godzin, niż ich zawiera doba. A prezes jest naturą
głęboko uczuciową, chociaż to umie ukryć. My kobiety znamy się na
tym.
- O tak! - potwierdziła hrabianka Czarska. Rehlf wzruszył ramionami.
- Moim zdaniem, zarówno panie, jak i pan pułkownik mylicie się, i
to grubo. O ile obserwowałem działalność prezesa Dyzmy
<strona 319>
oraz o ile go znam osobiście, ten człowiek nie jest zdolny do kierowania
się względami na osobiste sprawy.
- To mąż stanu całą gębą! - zawołał wojewoda Szejmont. Jeżeli teraz
odmówił, widocznie ma jakieś głębsze powody natury politycznej.
- Ależ kraj stacza się ku przepaści!
- Nam się tak zdaje - uśmiechnął się wojewoda - nam się tak zdaje.
Ale w gruncie rzeczy nie jest tak źle. Jestem pewien, że prezes, który
się na sprawach ekonomicznych lepiej od nas rozumie, nie widzi jeszcze
tak wielkiego niebezpieczeństwa, by osobiście musiał śpieszyć na ratunek.
- Przecie już raz ratował! I to jak skutecznie!
- Cincinnatus - rzekł sentencjonalnie wojewoda - daje się oderwać
od pługa tylko w razie ostatecznego niebezpieczeństwa. - Tak, tak!
- zawołała z egzaltacją jedna z pań. - Wówczas
stanie u steru i uratuje naszą ojczyznę!
- Niezwykły człowiek - rzekł drżącym głosem doktor Litwinek.
- Wielki człowiek - zaakcentował wojewoda. Nagle z kąta rozległ się
długi, skrzeczący śmiech.
Ponimirski dotychczas siedział cicho, a że nikt nań nie zwracał uwagi,
nie zauważono jego ironicznej miny. Żorż przysłuchiwał się i wreszcie
nie wytrzymał. Śmiał się teraz zataczając się na krześle.
- Z czego się pan śmieje? - obrażonym tonem zapytał wojewoda.
Żorż zerwał się, urwał z miejsca śmiech, kilkakrotnie próbował założyć
monokl, lecz ręce mu tak się trzęsły, że nie mógł sobie dać z nim
rady. Był zdenerwowany i wzburzony do ostatnich granic.
- Z czego? Nie z czego, moi państwo, tylko z kogo?! Z was się śmieję,
z was! Z całego społeczeństwa, z wszystkich kochanych rodaków!
- Panie!...
- Milczeć! - wrzasnął Ponimirski i jego blada twarzyczka chorowitego
dziecka zrobiła się czerwona z wściekłości. - Milczeć! Sapristi! Z
was się śmieję! Z was! Elita! Cha, cha, cha... Otóż oświadczam wam,
że wasz mąż stanu, wasz Cincinnatus, wasz
<strona 320>
wielki człowiek, wasz Nikodem Dyzma to zwykły oszust, co was za nos
wodzi, to sprytny łajdak, fałszerz i jednocześnie kompletny kretyn!
Idiota, nie mający zielonego pojęcia nie tylko o ekonomii, lecz o
ortografii. To cham, bez cienia kindersztuby, bez najmniejszego okrzesania!
Przyjrzyjcie się jego mużyckiej. gębie i jego prostackim manierom!
Skończony tuman, kompletne zero! Daję słowo honoru, że nie tylko w
żadnym Oksfordzie nie był, lecz żadnego języka nie zna! Wulgarna figura
spod ciemnej gwiazdy, o moralności rzezimieszka. Sapristi! Czy wy
tego nie widzicie? Źle powiedziałem, że on was za nos wodzi! To wy
sami wwindowaliście to bydlę na piedestał! Wy! Ludzie pozbawieni wszelkich
rozumnych kryteriów! Z was się śmieję, głuptasy! Z was! Motłoch!...
Nareszcie udało mu się włożyć monokl. Obrzucił wszystkich pogardliwym
spojrzeniem i wyszedł trzaskając drzwiami.
Doktor Litwinek przerażonym i zdumionym wzrokiem przesunął po twarzach
obecnych: na każdej był zakłopotany uśmiech, pełen politowania.
- Co to znaczy? - zapytał. - Kto to ten pan? Pani Przełęska odezwała
się:
- Niech pan wybaczy, panie dyrektorze, to mój siostrzeniec; a szwagier
prezesa. Zwykle bywa spokojny... jest niespełna rozumu.
- To wariat - wyjaśnił wojewoda.
- Biedny chłopak - westchnęła panna Czarska.
- Aha - uśmiechnął się doktor Litwinek - no, oczywiście, wariat.
[KONIEC]
|