Od dawna w Koborowie nie obchodzono dożynek tak hucznie
jak tego roku.
Nowy dziedzic miał szeroką rękę i lubił zabawić
się. Gości zjechało się mnóstwo. Pierwsza przybyła
pani Przełęska z niezliczonym taborem kufrów, tegoż
wieczora przyjechał pułkownik Wareda i obie hrabianki
Czarskie. Nazajutrz oba samochody koborowskie i dwa
powozy czynne były przez cały dzień.
Przyjechał wojewoda Szejmont z żoną i synem, starosta
Ciszko, ministrowa Jaszuńska, baronostwo Rehlfowie,
Uszycki z siostrą, komendant okręgu korpusowego
generał Czakowicz z dwoma adiutantami, Ulanicki,
Holszycki, ordynatowa Korzecka i kilkanaście osób z
okolicy.
Pałac zaroił się gośćmi, napełnił się gwarem i
ruchem.
Nina była uszczęśliwiona. Tak lubiła życie
towarzyskie. Od tygodnia wraz z Krzepickim opracowywała
program rozrywek, wycieczek i zabaw, zajmowała się
lustracją zapasów i piwnic, uzupełnianiem sztabu
służby, przygotowaniem pokojów gościnnych i milionem
innych spraw, wynikających z konieczności godnego
przyjęcia krewnych, znajomych i przyjaciół.
Żorż był zelektryzowany. Kręcił się wśród gości,
bawił panie, pokazywał panom stajnie i w ogóle starał
się reprezentować. Poczuł się znowu wielkim panem i
niemal zapomniał, że to nie on jest właścicielem
Koborowa. Goście, dyskretnie uprzedzeni przez
Krzepickiego i przez panią Przełęską o jego chorobie
umysłowej, byli dlań pobłażliwi i nie przeczyli mu w
niczym.
Nikodem witał wszystkich uprzejmie, lecz z rezerwą,
która utrwalała wokół niego atmosferę respektu i
szacunku. Pomimo obecności wielu osób nie zmienił
zwyczaju zamykania się w bibliotece. Przyczyniło się
to do tym większego poważania go przez gości.
Wieczorami w parku grała sprowadzona z Warszawy
orkiestra
<strona 308>
i całe towarzystwo używało świeżego powietrza,
spacerując lub tańcząc na trawniku, oświetlonym
kolorowymi lampami. Czasem konno lub powozami jeżdżono
do lasu. Nina bardzo lubiła te wycieczki przy
księżycu.
Od rana kwitł tenis. Oba korty były zajęte do
południa, kiedy podawano lunch. Zresztą każdy robił,
co mu się podobało, przez cały dzień. Poważniejsza
część towarzystwa z zainteresowaniem zwiedzała
zakłady przemysłowe i zabudowania gospodarskie, młodsi
używali konnej jazdy, kąpieli w jeziorze, organizowali
wyścigi motorówek i wioślarskie.
- Ślicznie tu u państwa - mówili wszyscy Ninie i
Nikodemowi. - Koborowo to prawdziwe cacko.
I rzeczywiście wszyscy czuli się znakomicie. Palarnia
została opanowana przez brydżystów, którzy prawie nie
wstawali od stolików. W pokoju śniadaniowym przez cały
dzień podawano przekąski i napoje wyskokowe.
W trzecim dniu wydano wielki bal.
Było to coś wspaniałego. Na zaproszonych sto
czterdzieści osób przyjechało sto sześćdziesiąt
trzy.
Bal rozpoczął się o dziesiątej wieczorem, a został
zamknięty hucznym mazurem o pierwszej po południu.
Wypito moc alkoholu, w rezultacie czego służba miała
masę roboty z odszukiwaniem po krzakach i zakamarkach
"trupów" i z odnoszeniem ich do łóżek.
Zresztą wszyscy poszli spać, gdyż wieczorem miała
się odbyć zabawa dożynkowa.
Wokół gazonu przed pałacem ustawiono beczki ze smołą
oraz długie stoły dla chłopów, zaś na werandzie dla
gości. Wojewoda żartował, że Dyzma będzie musiał
zatańczyć z przodownicą, czyli ze żniwiarką
samowiązałką.
- To zastanawiające - dodał - jak niesłychanie
szybko mechanizacja wywraca wszelkie tradycje. Takie na
przykład dożynki dziś straciły rację istnienia.
- To smutne - powiedziała Nina.
- Tak, zgadzam się z panią, ale jednak prawdziwe.
- A czym się to wszystko skończy - westchnął siwy
pan Rojczyński, sąsiad Koborowa. - Istne szaleństwo:
maszyny nie tylko
<strona 309>
wulgaryzują nasze życie, odbierają mu piękno, lecz i
samego człowieka wypierają.
- Kto kogo wypiera - oburzył się Dyzma - przecie
widzisz pan, że urządzamy dożynki, a ludzie się
cieszą. A jeżeli tam trocha hołoty powyzdycha, to i
czort z nią. Ogólny dobrobyt od maszyn rośnie. Ot co.
Zawrócił się na pięcie i odszedł.
- Ma rację, ma rację - pokiwał głową generał.
- Ale niezbyt, hm... niezbyt po wersalsku ją wyraża
- z akcentem zdziwienia zauważył stary ziemianin.
Wojewoda uśmiechnął się pobłażliwie.
- Mój panie, niech mi pan wierzy: wolno mu, stać go
na to. Generał baron Cambronne był wersalczykiem!...
Zagrała orkiestra. Przed pałac zaczęły napływać
gromadki włościan.
Nadciągnął wreszcie korowód żniwiarzy, śpiewający
dożynkową piosenkę białoruską bez słów. W tym
tęsknym a-a-a-a, o melodii surowej, niewprawnej i
o szorstkim dźwięku, brzmiała nie radość dokonanych
żniw, lecz jakby dziki śpiew pobojowiska. Nina zawsze
zastanawiała się nad tą niepokojącą melodią, która
przechowała się zapewne od tysięcy lat. Nie wiedziała
dlaczego, lecz była pewna, że tak musiał brzmieć
śpiew Indian.
Tymczasem korowód się zbliżył. Na czele szła rosła
tęga dziewucha, o szerokich, rozłożystych biodrach i
bujnych piersiach, które zdawały się rozsadzać
wyszywaną zgrzebną koszulę. Spod krótkiej czerwonej
spódnicy widoczne były grube, lecz kształtne łydki i
bose stopy, w przeciwieństwie do innych dziewcząt,
które miały jedwabne pończochy i lakierowane
pantofelki na francuskich obcasach. Przodownica musiała
być znacznie biedniejsza od swych koleżanek. Niosła w
ręku wielki wieniec, uwity z żyta.
Stojący obok Ponimirskiego baron Rehlf wziął go pod
ramię i rzekł półgłosem:
- Cóż za wspaniały okaz! Istna Pomona! Samica ludzka
pełnej krwi. Wyobrażam sobie, jakie musi mieć
mięśnie brzucha i ud! Nie wiedziałem, hrabio, że na
Kresach, gdzie chłopstwo pod względem eugenicznym tak
fatalnie się prezentuje, zobaczę coś tak okazowego.
Zresztą one wszystkie są ładne. Do diaska, nawet mają
<strona 310>
rasę! Niewytłumaczalne!
Żorż umieścił monokl w orbicie oka i spojrzał
lekceważąco na Rehlfa.
- Owszem, całkiem wytłumaczalne, baronie. Ponimirscy
są panami na Koborowie od pięciuset lat, a o ile mi
wiadomo, żaden z moich czcigodnych przodków nie był
przeciwnikiem uświadamiania ludu w jego nadobniejszej
połowie.
- Rozumiem, rozumiem - pokiwał głową baron - a
plebs wciąż twierdzi, że my, arystokracja, zajmujemy
się wyłącznie ulepszaniem rasy koni i bydła. Dość
spojrzeć na to chłopstwo, by stwierdzić, że i w tej
dziedzinie my robimy najwięcej...
- Przepraszam - przerwał Ponimirski - jak to my?
- No, arystokracja.
- W takim razie nie zrozumieliśmy się. Ja mówiłem o
rodzie Ponimirskich, o starej arystokracji.
Schował monokl do kieszeni i odwrócił się od
czerwonego jak burak barona.
Po okolicznościowych przyśpiewkach przyszła kolej na
tańce i pijatykę. Ponieważ wieczór był wyjątkowo
chłodny i panie zaczęły się na to skarżyć,
towarzystwo z tarasu przeniosło się do pałacu.
Pozostał tylko Dyzma, który nie tyle z obowiązku, ile
dla przyjemności tańczył zapamiętale z dziewuchami, a
najwięcej z przodownicą. Nie zwracając uwagi na
ponurą minę jej narzeczonego, barczystego robotnika z
tartaku, w pewnej chwili wziął dziewczynę pod rękę i
poprowadził do parku.
Ta nie opierała się panu dziedzicowi. A narzeczony
urżnął się z tego powodu do reszty.
Baron Rehlf, wracając z przechadzki po parku, gdzie
chciał wysapać swoją złość na tego idiotę
Ponimirskiego, stał się mimowolnym widzem pewnej sceny,
która nasuwała mu taką refleksję:
"Więc miałem rację, nie tylko stara arystokracja,
lecz i nowa dba o podniesienie rasy chłopstwa".
Na wschodzie niebo zaczynało szarzeć.
<strona 311>
|