W dwa dni po przyjeździe młodych państwa wrócił też
do Koborowa Krzepicki, który likwidował w Warszawie
interesy pryncypała.
Musiał od razu wziąć się do wielkiej roboty, gdyż
właśnie rozpoczynano dostawy progów kolejowych, a i
normalne prace wiosenne wymagały nieustannego dozoru. Z
tego względu mało czasu mógł poświęcić Nikodemowi
i jego żonie, którzy zresztą nie martwili się z tego
powodu. Dnie i tygodnie upływały im na rozrywkach,
jakich mogły dostarczać wycieczki łodzią, samochodem,
końmi i wreszcie gra w bilard.
Nina czuła się zupełnie szczęśliwa. Wprawdzie
rodziły się w niej od czasu do czasu pewne
wątpliwości, lecz wszelkie objawy, przemawiające
przeciw niemu, kładła na karb jego dziwactw i
uprzedzeń, które należało tak znakomitemu
człowiekowi i tak wybitnej indywidualności przebaczyć:
Zresztą tyle miała tytułów do gorącej dla niego
wdzięczności! Jeżeli zaś w ciągu dnia nasuwały się
jej powątpiewania i przypuszczenia, przychodziła noc i
swymi wrażeniami zacierała wszystko. Zmysły Niny,
które tak długo nie znajdowały naturalnego ujścia dla
swego wybujałego rozrostu, były w niej elementem
decydującym.
Toteż małżeństwo czuło się dobrze i zapowiadało
się trwale. Po dwóch miesiącach dopiero zamierzali
złożyć wizyty w okolicznych dworach i zacząć
przyjmować u siebie, tym bardziej że na lato oczekiwali
pani Przełęskiej i wielu gości z Warszawy.
Nikodem sporo czasu poświęcał nauce. Zamykał się w
bibliotece z Ponimirskim lub sam i czytał. Robił to z
niechęcią, lecz dość miał sprytu na to, by
rozumieć, jakie korzyści daje książka czy język
obcy.
Nieraz wieczorem przy kolacji mimochodem wspominał o
rzeczach świeżo przeczytanych, cytując poglądy
różnych pisarzy, i widział efekt, jaki tym wywoływał
przy stole. Nie tylko Nina,
<strona 305>
lecz i Krzepicki wysłuchiwali z szacunkiem jego
powiedzeń. Wkrótce w Koborowie utarł się termin dla
godzin spędzanych przez Nikodema w bibliotece. Nazywało
się to, że pan dziedzic "pracuje naukowo".
Z rzadka tylko Dyzma odwiedzał folwarki i zakłady
przemysłowe. Całe gospodarstwo było na głowie
Krzepickiego, a ustawiczny wzrost dochodów był
namacalnym dowodem, że nowy administrator świetnie
sobie daje radę.
Żorż Ponimirski szybko przystosował się do swej nowej
roli i zachowywał się w sposób nie dający Nikodemowi
powodów do niezadowolenia. Wprawdzie bywały wypadki,
że wyrywał się z jakimś dwuznacznym słowem czy z
sarkastycznym śmiechem, lecz zaraz opanowywał się i
cichł pod groźnym spojrzeniem szwagra. Z siostrą
prawie nie rozmawiał. Czuł do niej zadawniony żal, a
zresztą miał manię uważania kobiet za istoty
pozbawione zdolności myślenia i rozumowania.
W każdym razie używał w pełni od dawna nie posiadanej
swobody, jeździł konno, a nawet samochodem. Dyzma
pozwolił mu na to, po cichu żywiąc nadzieję, że
kiedyś kark skręci.
Żorż jednak, chociaż urządzał masę psikusów,
awantur i brewerii, jeżeli o jego własną skórę
chodziło, umiał być ostrożny. Jego lekki obłęd,
nieszkodliwy dla otoczenia, wkrótce stał się ulubionym
tematem anegdotek w całej okolicy.
Krzepickiego traktował wyniośle. Podawał mu dwa palce
i z reguły nie odpowiadał na jego pytania, jeżeli nie
zawierały "proszę pana hrabiego". Krzepicki
śmiał się z tego i nic sobie nie robił z fum Żorża.
- Śmieszny wariat - mówił - zawsze się ubawię
jego wybrykami. Na wsi to nieoceniona rzecz. Teraz
rozumiem, dlaczego dawniej królowie trzymali błaznów.
- Niech go cholera weźmie - odpowiadał Dyzma.
Z Warszawy nadchodziły tymczasem listy od dawnych
przyjaciół i wiadomości wcale niepocieszające.
Kryzys gospodarczy rósł z dnia na dzień, co zresztą
powoli dawało się wyczuwać i w Koborowie.
Papiernia i tartaki szły wyłącznie zamówieniami
rządowymi. Mnożące się bankructwa raz po raz
zarywały interesy Dyzmy. Na szczęście ruchliwość
Krzepickiego i dostawy dla rządu gwarantowały
<strona 306>
mu nadal grube dochody. W każdym razie w porównaniu z
okolicznym ziemiaństwem mógł się uważać za krezusa.
Im powodziło się coraz gorzej. Doszło do tego, że w
najbliższym sąsiedztwie wystawiono na licytację
trzydzieści majątków.
Zresztą z całego kraju nadchodziły wieści nie lepsze.
Rolnicy zaprzestali używania sztucznych nawozów,
własne wydatki zmniejszyli do minimum. Co więcej,
szerokim echem zaczęły się rozchodzić pogłoski, że
wielu sprzedawało zlombardowane zboże, stanowiące
własność Państwowego Banku Zbożowego. W związku z
tym i wskutek innych komplikacji gospodarczych obligacje
banku zaczęły spadać na łeb na szyję. Wśród
posiadaczy tych obligacji wybuchła panika. Zastój w
handlu i na giełdzie, ciężki kryzys w przemyśle i
niewypłacalność podatników składały się na obraz
groźnego niebezpieczeństwa. Dzienniki przepełniły
się wiadomościami o bankructwach, lokautach, strajkach
i masowych samobójstwach ludzi, którzy potracili
fortuny lub możność znalezienia zarobku.
Pomruk niezadowolenia rósł w kraju, kierując się
przeciw rządowi. Coraz głośniej rozbrzmiewało
wołanie o silnego człowieka, który by ujął w mocną
rękę ster państwa i znalazł środki zaradcze przeciw
kryzysowi.
Tymczasem zbliżały się żniwa i nad państwem zawisła
znowu klęska urodzaju.
Nikodem czytał dzienniki i kręcił głową: -
Cholera! Co to z tego może wyjść?...
<strona 307>
|