Dwadzieścia dwie karety, sto z górą samochodów.
Tłumy zaległy plac przed kościołem i przyległe
ulice, ruch tramwajowy wstrzymano. Dwa długie kordony
policji utrzymywały porządek. Po schodach świątyni
spływał aż na jezdnię czerwony dywan. Przy wejściu
policjanci sprawdzali karty wstępu. Przez otwarte drzwi
widniało wnętrze kościoła rozjarzone tysiącami lamp
i tonące w kwiatach.
Auta i karety zatrzymywały się przy czerwonym chodniku
i natychmiast w tłumie poznawano pasażerów i szmer
wymawianych nazwisk biegł wśród stłoczonych głów.
- Książę Roztocki... Ambasador włoski... Minister
Jaszuński... Panie we wspaniałych toaletach, panowie w
lśniących mundurach lub we frakach. Zapach perfum,
kwiatów, benzyny.
Kościół był pełen po brzegi, a auta wciąż
nadjeżdżały.
Właśnie zajechała wspaniała limuzyna i wysiadł z
niej prezes Nikodem Dyzma.
- Pan młody, patrzcie, patrzcie, prezes Dyzma... Znali
go dobrze z licznych podobizn w dziennikach. Gdzieś w
dalszych szeregach ktoś krzyknął:
- Niech żyje prezes Dyzma!
- Niech żyje, niech żyje! - krzyknął tłum.
Wszystkie kapelusze zawachlowały nad głowami. - Niech
żyje! Niech żyje!
Nikodem zatrzymał się na stopniach i kłaniał się
cylindrem na wszystkie strony. Na jego poważnym obliczu
zjawił się dobrotliwy uśmiech.
Tłum ryczał w entuzjazmie, gdy właśnie zajechała
kareta Niny. Patrząc na scenę owacji dla narzeczonego
omal nie rozpłakała się ze wzruszenia.
- Widzisz - mówiła jej do ucha pani Przełęska -
że i Polacy umieją ocenić zasługi swych wielkich
ludzi.
<strona 296>
Nikodem zszedł do nich i wśród nieustających
okrzyków wprowadził Ninę do kościoła. Zagrzmiały
organy.
Dawno nie widziano tak wspaniałego ślubu.
Po skończonej ceremonii wychodzących państwa młodych
powitano nowymi wiwatami, po czym ci odjechali karetą na
tradycyjny spacer po Alejach.
Tymczasem nie kończący się sznur pojazdów przewiózł
gości do Hotelu Europejskiego, gdzie przygotowano ucztę
weselną na dwieście czterdzieści osób.
Przed hotelem również oczekiwał nadjeżdżających
tłum ciekawych.
I tu prezesa Dyzmę powitały okrzyki: - Niech żyje!
Nikodem był rozpromieniony, Nina jaśniała uśmiechem.
Przyjmowali życzenia od nie kończącego się korowodu
gości. Przy obiedzie toastom również nie było końca.
Odczytywanie depesz gratulacyjnych zajęło bitą
godzinę czasu, tak że bal rozpoczął się dopiero o
jedenastej. Pan młody tańczył do upadłego, i to z
takim szykiem, że goście, nie znający jego sukcesów
łyskowskich, dzielili się spostrzeżeniami w rodzaju:
- Kto by przypuścił, że prezes Dyzma ma takie
poczucie komizmu!
Albo: - Podochocił sobie młody małżonek i bawi się
tańcem.
- Ba, dlaczego nie ma się bawić? Żona jak cacko, a
Koborowo to ponoć magnacka fortuna.
Był już jasny ranek, gdy mający nad wszystkim pieczę
Krzepicki dał hasło do zakończenia balu. O ósmej
dwadzieścia odchodził pociąg, którym młoda para
udawała się do Koborowa.
Większość towarzystwa odprowadzała ją na dworzec
kolejowy. Salonowy wagon, użyczony przez ministra
komunikacji, był dosłownie zapchany kwiatami. Ostatnie
życzenia, pożegnania, gwizdek lokomotywy i pociąg
ruszył.
Nina i Nikodem kłaniali się, stojąc w otwartych
oknach, z oddalającego się peronu powiewało ku nim
mnóstwo chusteczek i kapeluszy, aż pociąg nabrał
pędu i peron znikł w szarej mgle miasta.
Nina. zarzuciła mężowi ręce na szyję.
<strona 297>
- Boże! Jaka ja jestem szczęśliwa! Niku, powiedz,
czym ja na to szczęście, czym &127;na ciebie
zasłużyłam?
- Czym?... hm... czym zasłużyłaś?...&127;
- Tak, Niku, czym zasłużyłam, że ty, wielki,
mądry, uwielbiany, że ty jesteś moim mężem? Czym?...
Dyzma zastanowił się i podrapał się w podbródek.
Absolutnie nie mógł znaleźć odpowiedzi i to go
poirytowało.
- Eeee tam - burknął - nie masz większego
zmartwienia?!... Zwarli się w pocałunku.
Drogę od stacji aż do pałacu wysypano gęsto
tatarakiem, po bokach ustawiono dwa szpalery zielonych
brzózek. Sam budynek stacyjny przystrojono zielonymi
wieńcami, peron zatłoczyli robotnicy i oficjaliści
koborowscy oraz liczni ciekawscy z całej okolicy. Wielu
z nich wczoraj słyszało przez radio "Veni
Creator", śpiewany przez znakomitych solistów, i
chóry, i organy, i wiwaty na cześć pana młodego.
Toteż zainteresowanie było ogromne.
Gdy w oddali ukazał się pociąg, gwar rozmów ucichł
jak nożem uciął, natomiast orkiestra amatorska
huknęła marszem i zapanował nastrój uroczysty.
Na przód peronu wystąpili główniejsi oficjaliści i
córeczka kierownika młyna parowego w białej sukience z
bukietem polnych kwiatów. ,
Niestety, wagon salonowy, wskutek nieuwagi maszynisty,
zatrzymał się znacznie poza środkiem peronu, między
magazynem zbożowym a kioskiem dla pań i panów. Cała
elita musiała tedy wraz z dziewczynką przegalopować
się, by zdążyć na czas wysiadania państwa młodych.
Nadbiegli w sam raz i dziewczynka wręczyła Ninie
kwiaty. Miała zadeklamować wierszyk, lecz dostała
tremy i mimo podpowiadań ani rusz ust nie mogła
otworzyć. Nina wycałowała małą, podczas gdy Dyzma
przyjmował życzenia, stojąc na stopniu wagonu.
Na zakończenie uznał za stosowne przemówić:
- Dziękujemy wam bardzo. I ja, i moja żona postaramy
się, żeby nikt z was nigdy nie żałował tego, że tak
serdecznie nas witał. Na razie dla uczczenia dnia
naszego ślubu każę wszystkim
<strona 298>
bez wyjątku pracownikom wypłacić gratyfikację. Niech
tam mnie kosztuje.
Huragan wiwatów był odpowiedzią na jego słowa,
orkiestra rżnęła tusz.
Pasażerowie z sąsiednich wagonów przyglądali się z
zaciekawieniem tej scenie, a niektórzy, podnieceni
nastrojem, pokrzykiwali również. Zwłaszcza zwracał
uwagę chudy Żydek, z okna wagonu trzeciej klasy,
który, Bóg wie dlaczego, darł się na całe gardło:
- Wiwajt, wiwajt!
Na progu pałacu ekonom i ochmistrzyni w otoczeniu całej
służby witali państwa młodych chlebem i solą.
Nikodem położył na tacy dwie pięćsetki i
powiedział: - Do podziału.
W pałacu już Krzepicki przeprowadził zasadnicze
zmiany.
Na górze w dawnym apartamencie Niny urządzono gościnne
pokoje, zaś jej sypialnię przeniesiono do pokoju
sąsiadującego bezpośrednio z sypialnią Nikodema i po
obu stronach umieszczono dwie łazienki. Całe lewe
skrzydło przemeblowano na mieszkanie dla Żorża.
Pawilon zaś w parku miał zająć Krzepicki.
Po balu i podróży państwo . młodzi czuli się
zmęczeni i poszli spać stosunkowo wcześnie.
&127;Jeszcze wieczorem ułożyli sobie, że jutro pójdą
do pawilonu, by rozmówić się z Żorżem i
zaproponować mu translokację do pałacu.
Dyzma jednak myślał nad tym długo przed zaśnięciem i
doszedł do wniosku, że wizyta u Ponimirskiego wraz z
Niną może być niepożądaną ze względu na
nieobliczalność Ponimirskiego.
"A nuż wścieknie się i zacznie sypać!"
Dlatego kazał się obudzić o ósmej.
Nie zawiódł się. Zajrzawszy do sypialni żony
przekonał się, że jeszcze śpi. Zresztą nigdy nie
wstawała wcześnie.
Nikodem ubrał się prędko, zapowiedział służbie, że
będzie jadł śniadanie, gdy się pani obudzi, i
poszedł do parku.
Z góry ułożył sobie plan rozmowy z Żorżem.
Jednakże zbliżając się do pawilonu uczuł, że traci
pewność siebie. Ponimirski był jedynym człowiekiem,
przed którym miał rodzaj obawy. Było to zrozumiałe,
zważywszy nienormalny stan umysłu Żorża i jego
niespodziewane szusy.
Dyzma zastał go jeszcze w łóżku. Jadł właśnie
kaszkę na mleku
<strona 299>
i gwizdał jakąś piosenkę. Ratlerek siedział na
kołdrze i od czasu do czasu od niechcenia lizał kaszkę
z talerza swego pana.
Lokaj zamknął drzwi za Dyzmą i teraz dopiero
Ponimirski spostrzegł jego obecność.
- Dzień dobry - powiedział Nikodem.
- A! - roześmiał się hrabia. - Mój szanowny
kolega! Odstaw no, kolego, tę parszywą kaszkę.
Nikodem posłusznie wykonał rozkaz i usiadł na krześle
tuż przy łóżku. Ponimirski przyglądał się mu z
jadowitym uśmiechem. Jego ogromne oczy, osadzone w
bezkrwistej twarzyczce chorowitego dziecka, ostry nos i
ruchliwe wąskie wargi zdradzały wielkie ukontentowanie.
- Jakże zdrowie pańskie? - zaczął Dyzma. -
Podobno ciężko pan chorował?
- Dziękuję. Niech się kolega o moje zdrowie nie
troszczy.
- Ja nie troszczę się jak kolega - wypalił Dyzma
- tylko jako szwagier.
- Cooo?...
- Jako pański szwagier - powtórzył Nikodem
specjalnie głośno dla dodania sobie kurażu.
- Co to znaczy?! - wrzasnął hrabia.
- Co ma znaczyć, znaczy, że jesteśmy szwagrami.
Ożeniłem się z pańską siostrą.
Ponimirski jednym ruchem odrzucił kołdrę i stanął na
łóżku w różowej jedwabnej pidżamie, pochylony ku
Nikodemowi.
- Kłamiesz! Łżesz bezczelnie, bałwanie!
Dyzmę ogarnęła wściekłość. Jemu, wielkiemu
prezesowi Dyzmie, jemu, na cześć którego wiwatują
tłumy, który za pan brat żyje z najwyższymi sferami,
ktoś ośmiela się powiedzieć coś tak obelżywego?...
Zerwał się z miejsca, z całej siły chwycił Żorża
za przegub ręki i cisnął o łóżko.
Ponimirski syknął z bólu i opadł na pościel.
Ratlerek zaczął gwałtownie ujadać.
- Uuuu... cholera - mruknął Nikodem. W drzwiach
stanęła pielęgniarka i lokaj.
- Czy panu hrabiemu gorzej? Może jestem potrzebna? -
zapytała.
<strona 300>
- Wont! do diabła! - ryknął Dyzma i oboje
momentalnie zniknęli.
Zapalił papierosa i poczęstował Ponimirskiego. Ten po
chwili wahania przyjął.
- Widzisz, hrabio, że ze mną żartów nie ma.
Powiadam, że ożeniłem się z pańską siostrą.
Przedwczoraj odbył się nasz ślub. Co hrabia o tym
sądzi?
- To skandal!
- Dlaczego skandal?
- Jak mogła hrabianka Ponimirska wyjść za takiego
gbura i chama, za człowieka tak gminnego jak pan?
Panie... panie... no jakże panu?
- Dyzma - powiedział Nikodem.
- Śmieszne nazwisko - wzruszył ramionami
Ponimirski.
- Więc wolał pan, żeby została nadal żoną
kryminalisty Kunika? Co?
- No nie. W każdym razie... Przypuszczam, że pan,
chociaż jesteś figurą wysoce obskurną, nie będziesz
większym łajdakiem od Kunika. Jesteś na to zresztą za
głupi, bo...
- Panie hrabio - przerwał Dyzma groźnie - radzę
liczyć się ze słowami!
Ponimirski zamilkł.
- Zamiast mnie obrażać, dziękuj pan Bogu. - Ho?!
- Tak, dziękuj. Bo ja nie będę znęcać się nad
panem tak jak pański pierwszy szwagier. Przeniesie się
pan do pałacu i będzie pan miał zupełną swobodę.
Będziemy żyć razem, we trójkę, jadać razem, w
gościnę jeździć i gości przyjmować...
Ponimirski ożywił się. - Mówi pan serio?
- Zupełnie serio. - I będą dawali mi konie pod
wierzch?
- Wszystko. W ogóle będziesz pan swobodny. Nawet dam
panu pieniądze na drobne wydatki. Długi pańskie już
zapłaciłem. Ale i ja mam swoje warunki.
- Jakie? - zaniepokoił się Ponimirski.
- Więc przede wszystkim buzię na kłódkę. Nie
śmiesz pan
<strona 301>
powiedzieć, że to, coś o mnie opowiadał o tym
Oksfordzie i o Kur.. landii, to nieprawda.
Żorż roześmiał się.
- Zatem ludzie wierzą w ten absurd? - Czemuż nie
mają wierzyć?
- No, przecie dość na pana spojrzeć! Dyzma
zmarszczył czoło.
- Nie pański interes. Dość, że masz milczeć. A po
drugie, po cichu, żeby nikt nie wiedział, musisz mnie
trochę poduczyć po angielsku.
- Ja? - oburzył się Ponimirski. - Ja mam chamów
uczyć? To już bezczelne!
- Milcz, głupia małpo! - ryknął Dyzma. -
Wybieraj, jak chcesz. Albo to, co ci każę, albo w
trymiga przeflancuję cię do Tworek.
Ponimirski przygryzł wargi i rozpłakał się.
- Brutus, Brutus - mówił wśród łkania,
głaszcząc ratlerka słyszysz? Twego pana chcą
zamknąć znowu w domu wariatów... Brutus!...
Po jego bladej okrągłej twarzyczce ciekły łzy w
takiej obfitości, że aż zdziwiło to Dyzmę.
- No - zapytał - co wolisz?
- Proszę do mnie nie mówić na ty - wyniośle
odparł Ponimirski i od razu przestał płakać.
- A niby dlaczego? Jak jesteśmy teraz szwagrami...
Właśnie powinniśmy być "na ty". Co by
ludzie powiedzieli? Dawni koledzy i szwagry do tego,
żeby "na pan"?...
- Zabawne! - zgryźliwie uśmiechnął się
Ponimirski. - Czy pan jednak nie zdaje sobie sprawy z
dystansu, jaki nas dzieli? - Niby jaki dystans? Chyba
ten, że ja jestem normalny, a ty
masz fiksum dyrdum we łbie. Słowem, wybieraj, jak
chcesz. Powtarzam: pamiętaj, że ze mną żartów nie
ma! A i w mordę potrafię dać tak, że wszystkie zęby
wylecą!
Podsunął mu pod nos zaciśniętą pieść, lecz wbrew
jego oczekiwaniu Ponimirski ucieszył się.
- Naprawdę? To ciekawe. Często słyszałem, że są
takie uderzenia, ale nie zdarzyło mi się widzieć. Wie
pan co? Zadzwonię na Antoniego, a pan zademonstruje na
nim taki cios. Dobrze?
<strona 302>
Już sięgnął ręką do dzwonka, lecz Dyzma
powstrzymał go:
- Co pan strugasz wariata. Ja nie Antoniemu dam w
mordę, a tobie. Spróbuj tylko. No więc? Zgadzasz się?
Ponimirski rozpaczliwym ruchem załamał ręce i ciężko
westchnął:
- Och, cóż za poniżenie, co za upadek! Mam tego
bałwana, tego mużyka nazywać "na ty" i na
dobitek pakować angielszczyznę w ten tępy łeb? Co za
czaszka, przecie to lombrozowska czaszka.
Dyzma podniósł się i spojrzał na zegarek. - No, to
bądź zdrów!
- Pan odchodzi?... Niech pan jeszcze posiedzi, bo mi
nudno samemu.
- Nie będziesz sam. Jeszcze dzisiaj wyślę cię do
Tworek. Ponimirski wyskoczył z łóżka i drżąc na
całym ciele podbiegł do Nikodema.
- Nie! Nie! Ja zgadzam się na wszystko. - Zgadzasz
się?
- Tak.
- I nie rozpuścisz pyska? - Nie.
- Będziesz mnie uczył? - Będę.
- No, klawo, a teraz nazwij mnie po imieniu.
- Kiedy ja nie pamiętam tego imienia. To jakieś
idiotyczne imię.
- Nikodem.
- Teraz już wiem... Nikodemie. - Więc sztama?
- Co?
- No, zgoda między nami? - Zgoda.
- Daj, Żorż, łapę! Serwus.
Podali sobie ręce i Dyzma wyszedł.
Ponimirski usiadł na dywanie i śmiał się długo, sam
nie wiedząc z czego.
Wreszcie zaczął krzyczeć: - Antoni! Antoni! Antoni!
<strona 303>
Gdy służący uchylił drzwi, Ponimirski rzucił się
nań z pięściami.
- Czemuś zamilczał przede mną? - Co zamilczałem,
paniczu?
- To, że moja siostra wychodzi za mąż! Stary
ośle!... No, teraz. szybko pakuj rzeczy!
- Pakować, po co, paniczu! - Przeprowadzamy się.
- Dokąd? - Do pałacu!
<strona 304>
|