Był to moment wzruszający. W sali posiedzeń, z której
usunięto stoły i krzesła, zebrał się cały personel
banku.
Na przodzie stał dyrektor, tuż za nim dwaj jego
zastępcy, dalej prokurenci i wreszcie urzędnicy i
urzędniczki. Półgłosem prowadzono rozmowy, gdy drzwi
otworzyły się szeroko i wszedł pan prezes.
Sto par oczu wpiło się z zaciekawieniem w jego twarz,
pragnąc odczytać myśli szefa, lecz kamienna maska jego
rysów była jak zawsze tajemnicza i nieprzenikniona.
Stanął przed nimi, chrząknął i zaczął mówić:
- Moi państwo. Zaprosiłem was tutaj, żeby was
pożegnać. Pomimo tego, że gwałtem chcą mnie
zatrzymać na stanowisku, odchodzę. Może wiecie
dlaczego, a może i nie wiecie, ale to wszystko jedno.
Odchodząc chciałem wam podziękować za to, żeście
państwo byli pracowici i służbiści, żeście pomogli
mnie, twórcy tego banku, w jego wzorowym prowadzeniu.
Myślę, że zachowacie o mnie dobrą pamięć, bo byłem
dla was prawdziwym ojcem i nie chwaląc się - niejeden
pod moją ręką sporo nauczył się. Nie wiem jeszcze,
kto będzie moim następcą. Ale to jedno wam powiem, że
musicie go tak samo szanować jak i mnie, bo zwierzchnika
zawsze szanować trzeba, chociaż to i nie będzie na
pewno żaden wielki mąż stanu, a może nawet spartoli
to, co ja tak dobrze zrobiłem, ale zwierzchnik to
zwierzchnik. Pracujcie dalej dla dobra kochanej ojczyzny,
żeby państwo miało korzyść, skoro wam płaci. Żal
mi was opuszczać, bo chociaż może i nie byłem z wami
zanadto delikatny, ale taka już moja natura, a sercem do
was przywiązałem się.
Wyjął chusteczkę i głośno wytarł nos.
Z kolei wystąpił dyrektor i w dłuższym przemówieniu
podniósł wielkie zasługi prezesa Nikodema Dyzmy,
podkreślił jego znakomity talent organizacyjny i
życzliwy stosunek do podwładnych.
<strona 293>
Na zakończenie wyraził w imieniu swoim i wszystkich
zebranych serdeczny żal, że tracą tak mądrego
kierownika, po czym wśród głośnych wiwatów wręczył
prezesowi wspaniały "biuwar" na biurko,
wykonany ze złoconej skóry.
Okładkę stanowiła wielka srebrna płyta, na której u
góry wyrzeźbiona była podobizna Nikodema, u dołu
gmach banku, a w środku adres treści następującej:
Czcigodnemu Panu Nikodemowi Dyzmie, znakomitemu
ekonomiście, twórcy, założycielowi, organizatorowi i
pierwszemu Prezesowi Państwowego Banku Zbożowego -
wdzięczni podwładni. Następowały liczne podpisy.
Podczas całej uroczystości sekretarz osobisty pana
prezesa notował treść przemówień, teraz szybko
przepisał dedykację i polecił jednemu z urzędników
zrobić odpowiednią ilość odpisów i rozesłać do
prasy.
Sam śpieszył się bardzo, gdyż musieli jeszcze
przebrać się we fraki, by zdążyć na pożegnalny
bankiet, jaki na cześć Nikodema wydawał prezes Rady
Ministrów.
Dyzma tymczasem żegnał się z urzędnikami, wszystkim
podając rękę.
Po przybyciu do pałacu Rady Ministrów Nikodem
dowiedział się, że przygotowano dlań niespodziankę:
przed bankietem miał być udekorowany.
Przy stole wznoszono wiele toastów, nacechowanych
serdecznością, chodziło bowiem o zatarcie w opinii
publicznej wrażenia dymisji.
Już pod koniec bankietu wstał Ulanicki i wygłosił w
wesołym tonie utrzymane przemówienie, w którym
oznajmił, że winowajca dzisiejszej uroczystości
upoważnił go do zawiadomienia zebranych, iż wkrótce
wstępuje w związki małżeńskie z hrabianką Niną
Ponimirską, na które to obrzędy, połączone z masową
konsumpcją alkoholu, będzie miał satysfakcję
zaprosić wszystkich obecnych.
Powitano to okrzykami żartobliwych życzeń i pytań,
gdyż wiadomość nie była dla nikogo niespodzianką.
Po bankiecie odbył się raut, na który przybyło
jeszcze kilkadziesiąt osób.
<strona 294>
Powszechnym tematem rozmów było ustąpienie prezesa
Dyzmy i konsekwencje, jakie to może pociągnąć. Przede
wszystkim zwracano uwagę na wysoce niepokojący fakt
znacznego spadku obligacji Banku Zbożowego na giełdzie.
Optymiści utrzymywali, że jest to objaw zdenerwowania,
wywołanego dymisją Dyzmy, i że obligacje znów pójdą
w górę, pesymiści natomiast wyrażali obawę, że
może dojść do krachu. Gdy interpelowano w tej sprawie
Nikodema, ten wzruszył ramionami.
- Rząd zrobił, jak chciał, a co z tego będzie,
zobaczycie. Oczywiście, oświadczenie to komentowano
jako przepowiednię kryzysu, a że ostatnie miesiące
przyniosły szereg nowych zaostrzeń politycznych i
niepowodzeń gospodarczych, gabinetowi nie wróżono
długotrwałego żywota. W tej sytuacji osoba prezesa
Dyzmy, świetnego organizatora i silnego człowieka,
usuwającego się z życia publicznego z racji odmiennych
poglądów, musiała na siebie zwracać uwagę.
Gdy jeden z dziennikarzy chciał go wybadać, czy
ewentualnie w razie upadku gabinetu nie zabiegałby o
jaką tekę w nowym rządzie, Dyzma kategorycznie
zaprzeczył:
- Nie, panie, ja jadę do siebie na wieś i biorę się
do gospodarki.
Oczywiście wiadomość obiegła natychmiast salony, nikt
jednak uwierzyć nie chciał, by była prawdziwa.
<strona 295>
|