Przepowiednia Krzepickiego sprawdziła się o tyle, że
nazajutrz w większości dzienników ukazały się
wzmianki, lecz bardzo mgliste i powściągliwe, oraz
komunikat oficjalny o uchwale komitetu ekonomicznego,
ostro skomentowany przez prasę opozycyjną.
Tegoż dnia Nikodem wraz z Krzepickim, który
towarzyszył szefowi dla podkreślenia powagi chwili,
złożył wizytę premierowi i wręczył mu prośbę o
dymisję.
Premier, zaskoczony tym i zdezorientowany, długo prosił
Dyzmę, by nie zaostrzał sytuacji i dymisję cofnął.
Ten jednak z całą stanowczością oświadczył, że
postanowienie jego jest nieodwołalne. Zgodził się na
pełnienie swych funkcji do czasu nominacji następcy,
lecz z naciskiem zapewnił premiera, że absolutnie
żadne okoliczności ani namowy nie zmienią tej decyzji.
Gdy wychodził z pałacu Rady Ministrów, Nikodem został
kilkakrotnie sfotografowany przez reporterów trzech
redakcji, uprzedzonych przez Krzepickiego o zamierzonej
dymisji.
Odbyło się to tuż przed godziną pierwszą, a już o
drugiej przyjechał do banku minister Jaszuński. Był
zupełnie rozstrojony nerwowo, ręce trzęsły mu się
jak galareta. Co kilka zdań powtarzał:
- Na miły Bóg, pan tego nie zrobi!
Przekładał, tłumaczył, namawiał, dowodził, że to
niepatriotycznie, że dymisja ta wywoła popłoch w
sferach gospodarczych, że zrodzą się niebezpieczne dla
państwa wstrząsy natury politycznej, że może
doprowadzić do rozłamów, które zachwieją gabinet.
Apelował dalej do Dyzmy, jako do przyjaciela, który nie
powinien mu, Jaszuńskiemu, i innym podstawiać nogi.
Dyzma nie zdążył jeszcze nic powiedzieć, gdy
zameldowano ministra skarbu, tuż po nimim przybył
poseł Lewandowski, pułkownik Wareda, wiceminister
Ulanicki, prezes Hirszman i książę Roztocki.
Jednocześnie odezwał się telefon: prezesa Dyzmę
wzywano do Zamku na godzinę piątą.
<strona 285>
Zmobilizowano wszystkich, by odwieść Nikodema od
zamiaru ustąpienia. Za tę cenę godzono się nawet na
zanulowanie uchwały komitetu ekonomicznego, lecz Dyzma
był niewzruszony.
- Nigdy swoich postanowień nie zmieniam.
W poczekalni zebrał się tłum dziennikarzy. Wyszedł do
nich na chwilę i powiedział:
- Chcecie, panowie, wiedzieć, co jest? Otóż tak,
podałem się do dymisji.
- A z jakich powodów, panie prezesie?
- Z powodów osobistych. To wszystko, co mogę panom
powiedzieć.
- Czy postanowienie pana prezesa jest nieodwołalne?
- Marmur, żelazo, beton!
Skinął głową i wyszedł.
- To istotnie żelazny człowiek - rzekł jeden z
dziennikarzy. - I mąąąądry polityk! - dorzucił
drugi. - Już on wie, co robi!
Poranna prasa aż jarzyła się od sensacyjnych
tytułów. W sferach politycznych wrzało. Przewidywano
dymisję ministra skarbu, nawet ustąpienie całego
gabinetu. Oczywiście, zgodnie z przewidywaniami
Krzepickiego, wyciągnięto sprawę komitetu
ekonomicznego jako bezpośrednią przyczynę rezygnacji
prezesa Dyzmy. Skądś wydostano jego deklarację, która
zrobiła kolosalne wrażenie. Za wyjątkiem dzienników
oficjalnych wszystkie stanęły po stronie Dyzmy, nie
szczędząc superlatywów dla oceny jego wiedzy, rozumu i
zalet charakteru. Przypomniano jego słówko z cyrku,
podawano jego życiorys, no i fotografię z podpisem w
rodzaju:
Znakomity ekonomista, prezes Nikodem Dyzma, który
uratował kraj od kryzysu gospodarczego, opuszcza w
towarzystwie sekretarza osobistego, p. Z. Krzepickiego,
pałac Rady Ministrów po wręczeniu swojej dymisji,
będącej protestem wybitnego męża stanu przeciw
samobójczej polityce gabinetu.
Nawet te dzienniki opozycyjne, które do niedawna
chętnie go atakowały, teraz wysoko podnosiły jego
zalety, używając nazwiska prezesa Dyzmy do ataków na
rząd.
Nina z wypiekami na twarzy przeglądała stosy
dzienników.
<strona 286>
Wzruszenie zatamowało jej oddech. Mój Boże! Przecie to
jej Nikodem, jakiż on wielki! Czuła do siebie żal, że
jakoś nie umiała pojąć jego wielkości. Była dumna.
Sama prosiła go, by porzucił bank. Chciała go mieć
przecie tylko dla siebie. Lecz teraz, gdy uświadomiła
sobie, jaką olbrzymią stratę ponosi państwo, ukochana
ojczyzna, zawstydziła się swoich egoistycznych
pragnień, postanowiła prosić narzeczonego, by dymisję
cofnął.
Wybiegła do przedpokoju. Oczekiwała Nikodema
zasępionego trudem decyzji, przejętego troską o losy
państwa, starganego walką prywatnego zakochanego
człowieka z mężem stanu, dźwigającym ciężar
odpowiedzialności.
Toteż wesoła mina Dyzmy wprowadziła ją w zdumienie,
trwające póty, póki nie wytłumaczyła sobie, że
Nikodem maskuje smutek uśmiechem, by jej nie martwić.
Powitała go gorącymi pocałunkami i zaprowadziła do
swego pokoju. Tu z całym poczuciem wielkości swej
ofiary oznajmiła Nikodemowi, że gotowa jest wyrzec się
Koborowa i zamieszkać w Warszawie, skoro tego dobro
kraju wymaga. Może za rok znajdzie się ktoś, kto
będzie mógł zastąpić Nikodema na prezesurze banku i
wówczas...
- Nie ma o czym mówić - przerwał Nikodem -
byłem na Zamku i dymisję przyjęto.
- Ależ oni będą szczęśliwi, gdy pomimo to
zostaniesz! - Wiadomo!
- I kraj na tym zyska. - Pewno, że zyskałby. -
Więc?
- Nie znasz się, Nineczko, na polityce. Ja zrobiłem
tak, jak trzeba. A po drugie, zanadto kocham ciebie i
chcę być przy tobie w Koborowie. Masz o to żal do
mnie?
Nina zarzuciła mu ręce na szyję.
- Kochany, kochany, jeżeli tylko... Zapukano do drzwi.
Przyszła pani Przełęska. Nastąpiła cała seria
zachwytów nad Dyzmą, zakończonych patetycznym
westchnieniem:
- Nawet nie wiesz, droga Ninuś, nawet nie zdajesz
sobie sprawy,
<strona 287>
jak jesteś szczęśliwa, że taki człowiek znalazł
się na twej drodze!
Zaczęto omawiać sprawę ślubu.
Nina oświadczyła, że pragnie, by ślub odbył się
skromnie i cicho w koborowskim parafialnym kościółku,
a później pojadą na całą wiosnę do Algieru czy
Egiptu.
Pani Przełęska akceptowała drugą część projektu.
Natomiast wystąpiła opozycyjnie przeciw pierwszej.
- Ależ, Ninuś, to nonsens chować się z tym ślubem.
Więcej niż nonsens, to nietakt!
- Cóż chcesz, ciociu, tatuś zawsze mówił, że
siedemdziesiąt pięć procent kobiet nie ma taktu za
grosz. Jestem tylko kobietą. - Sądzę - nie
ustępowała pani Przełęska - że pan prezes
absolutnie nie zgodzi się na twój zamiar. Jakże
można?! Właśnie twój ślub musi odbyć się w
Warszawie, z pompą, z licznym orszakiem. Żeby i
przyjaciele twoi, i przyjaciele pana prezesa mogli być
obecni. Mon Dieu! Hrabianka Ponimirska wychodzi za
znakomitego męża stanu! Co tu jest do ukrywania?!
Rozchorowałabym się, gdybyście inaczej postanowili.
No, panie prezesie, apeluję do pańskiej decyzji!
Nikodem wysunął dolną wargę i podniósł brwi.
- I ja tak sobie myślę: czemu by nie w Warszawie?
- Brawo, brawo - cieszyła się pani Przełęska -
oto mądre słowo. Widzisz, Ninuś, wiedziałem, że pan
prezes tak postanowi. Urządzi się później wielkie
przyjęcie... Trudno, Ninuś, musisz się liczyć z tym,
że twój narzeczony nie jest prywatnym człowiekiem...
- Teraz jest - wtrąciła Nina.
- Ach, teraz, teraz. Co znaczy teraz. Na mieście
wszyscy mówią, że tylko patrzeć, a zostanie
ministrem!
- Eee... tam - machnął ręką Dyzma - nie trzeba
przesadzać. Ale pani ma rację. Przyjęcie zrobi się.
Nina potulnie zgodziła się. Skoro Nik tego sobie
życzy, widocznie ma jakieś ukryte powody, których nie
chce ujawnić, a ona od dawna zrezygnowała z prób
przeniknięcia tej zamkniętej duszy, której zgłębić
nie umiała, a tylko swoim instynktem kobiecym czuła,
że dusza ta jest niezłomna.
<strona 288>
- A co do tej podróży - zaczął Nikodem - to ja
myślę, że lepiej nie jechać.
Nikodem zmarszczył czoło i potarł dłonie. Bał się
jak ognia samej myśli wyjazdu za granicę, gdzie od razu
ujawnilaby się jego nieznajomość obcych języków.
Tymi strzępami niemiecczyzny, jakimi od biedy mógł
się posługiwać, nie dałby sobie rady.
- Czy pan prezes - słodko spytała pani Przełęska
- uważa, że to niepatriotycznie w dzisiejszych
czasach wozić pieniądze za granicę? Ależ wszyscy to
robią!
- Właśnie! Właśnie źle robią! Każdy grosz
wywieziony za granicę to okradanie własnego kraju -
zacytował hasło przeczytane niedawno na jakimś
plakacie propagandowym. - Źle robią.
- No, ale prezes tak zasłużony dla ojczyzny...
- Tym bardziej! Ja muszę dawać dobry przykład innym.
Nie, za granicę nie pojedziemy. Możemy podróżować po
kraju.
- Masz rację, Niku, byłam niemądra, gdy tamto
mówiłam. Pojedziemy do Zakopanego, Krynicy, w
Beskidy...
Na progu stanął służący i zwrócił się do Niny:
- Proszę jaśnie panienki, jakaś pani przyszła do
jaśnie panienki.
- Do mnie? Kto?
- Nie chce powiedzieć nazwiska. Jest w salonie.
- Przepraszam - powiedziała Nina - zobaczę, kto
to taki. Przeszła przez jadalnię, buduar i otworzyła
drzwi do salonu. Mimo woli krzyknęła.
Przed nią stała Kasia.
W krótkim, popielicowym futerku i w małym futrzanym
kołpaczku, z papierosem w ustach - wyglądała jak
smukły, młody chłopiec, który na chwilę włożył
spódniczkę.
- Dzień dobry, Nino - powiedziała tym tak dobrze
znanym metalicznym altem.
Ninie krew uderzyła do głowy. Nie wiedziała, co ma
zrobić. Niespodziewany przyjazd Kasi wprawił ją w
wielkie zakłopotanie, bo przecie i radość jej
sprawił. Mówiła innym i sobie samej, że zapomni, lecz
teraz przekonała się, że pamięta. Jakżeby zapomnieć
można! Pierwsza wiosna, pierwsze oszałamiające
odkrycie rozkosznej tajemnicy, którą natura w niej
zamknęła...
- Nie przywitasz się ze mną? - Kasia zrobiła kilka
kroków
<strona 289>
i stanęła tuż przy Ninie. - Może gniewasz się, że
przyjechałam? Nina oprzytomniała.
- Ależ nie, Kasiu, bynajmniej... Bardzo się cieszę.
Kasia ujęła jej dłoń i delikatnie, lecz stanowczo
przycisnęła Ninę do siebie.
- Nie, tak oficjalnie witać się z tobą nie
potrafię. Otoczyła ramieniem szyję Niny i przywarła
do jej ust.
Stało się to tak nieoczekiwanie, że Nina nie miała
czasu na odsunięcie się. Dopiero po chwili uwolniła
się od uścisku i szepnęła z wyrzutem:
- Kasiu!...
Kasia patrzyła w jej oczy i odparła:
- Daruj... Masz usta jeszcze świeższe i jeszcze
bardziej soczyste niż dawniej... Nie poprosisz, bym
usiadła?...
- Ależ, Kasiu! - podsunęła jej fotel, sama
zajęła drugi. Kasia wyjęła z kieszeni futra dużą
złotą papierośnicę, zapaliła nowego papierosa i
przyglądała się w milczeniu Ninie.
- Dużo palisz - bąknęła Nina.
- Nie pytasz mnie, skąd się tu wzięłam? - W
Koborowie podano ci mój adres?
- Nie, pisał do mnie pan Oskar Hell, któregoś
poznała. - Aha! Biedny człowiek.
- Dlaczego biedny? O ile wiem, jest bogaty i zupełnie
z siebie zadowolony - zdziwiła się Kasia.
- Nie wiem, czy słyszałaś - powiedziała Nina -
on tu był aresztowany, oskarżony o szpiegostwo.
Kasia wzruszyła ramionami.
- Możliwe. Nic to mnie nie obchodzi. O tyle jestem mu
wdzięczna, że dał mi garść wiadomości o tobie...
Rozwodzisz się z tym starym łajdakiem?
- Kasiu, jak możesz tak mówić o swoim własnym ojcu!
- Dajmy spokój temu. Więc? Rozwodzisz się?
- Tak, a właściwie już nie. Uzyskałam
unieważnienie małżeństwa.
- Bardzo mądrze zrobiłaś. Pisał mi Hell, że mój
szanowny ojciec zostawił ci Koborowo. Doprawdy nie
mogłam tego pojąć. Skąd to bydlę zdobyło się na
tyle szlachetności. Ale mniejsza o to. Przy
<strona 290>
jechałam tu, by cię zabrać. Musisz pojechać ze mną.
To ci świetnie zrobi. Teraz na Sycylii jest wiosna...
Nina uśmiechnęła się blado. - Nie, Kasiu, nie
mogę...
- Tu niebo wisi nad głową jak groźba, tam jarzy się
uśmiechem...
- Za miesiąc mój ślub - powiedziała cicho Nina.
Kasia zerwała się z miejsca i rozgniotła papierosa w
popielniczce.
- Aha, więc to prawda. Nina milczała.
- O, wy nędzne niewolnice! Nie potraficie żyć bez
jarzma, bez kieratu! Wychodzisz za tego Dyzmę?
- Kocham go.
- Psiakrew! - zaklęła Kasia. Gniotła rękawiczki.
- Nino, Nino! - wybuchnęła nagle. - Ty nie
możesz tego zrobić! Nino, czy ty nie zdajesz sobie
sprawy z tego, co się ze mną dzieje? Czy nie masz już
dla mnie iskierki uczucia?! Pomyśl, zastanów się!...
- Nie męcz mnie, Kasiu, wiesz, jak bardzo cię lubię.
Ale mówię ci... uważam za swój obowiązek
powiedzieć, chcę być uczciwa... Przysięgłam jemu i
sobie, że nigdy do ciebie nie wrócę...
- Nino, błagam cię, odłóż ten ślub, zlituj się
nade mną!... Na pół roku, na trzy miesiące... Może
ci przyjdą refleksje, może dojdziesz do przekonania,
że chcesz popełnić błąd! Nino, błagam cię, a nuż
przyjdziesz do przekonania, że on nie jest godzien
ciebie... O nic nie proszę, tylko o zwłokę, o małą
zwłokę!...
Nina z uśmiechem zaprzeczyła ruchem głowy.
- Mylisz się, to ja nie jestem jego warta. Mało go
znasz, zresztą siedzisz wciąż za granicą, nie zdajesz
sobie sprawy z tego, czym on jest dla kraju i
społeczeństwa, jaki to...
- Ach, cóż on mnie obchodzi - przerwała Kasia. -
Mnie chodzi tylko o ciebie, o twoje szczęście i o moje
szczęście! Nino, Nino, błagam cię... Nino... Nino...
Upadła na kolana, chwyciła ręce Niny i zaczęła
okrywać je pocałunkami.
- O króbką zwłokę... Błagam...
<strona 291>
- Kasiu, uspokój się, co ty robisz, Kasiu, opamiętaj
się!
W przyległym pokoju rozległy się kroki. Kasia ciężko
podniosła się z podłogi. Leniwym ruchem wzięła
rękawiczki.
- Pójdę już.
- Bądź zdrowa - powiedziała Nina - i nie myśl
źle o mnie... Kasia w milczeniu skinęła głową.
Stała chwilę, przyglądając się Ninie, gdy drzwi się
otworzyły i wszedł Nikodem. Początkowo zdumienie
odebrało mu mowę, lecz prędko odzyskał równowagę.
Obie ręce wsunął w kieszenie spodni i zapytał
burkliwym głosem:
- Czego pani sobie życzy tutaj?
Kasia zmierzyła go wzrokiem pełnym nienawiści.
Dyzma spostrzegł bladość Niny. Domyślił się, że
musiała tu zajść jakaś awantura, i opanowała go
złość.
- Pytam, czego pani chce od mojej narzeczonej? Co? -
Ależ, Niku! - próbowała zmitygować go Nina.
- Po co panią tu diabli znowu przynieśli? Ja nie
życzę sobie widywać...
Nie dokończył, gdyż Kasia wybuchnęła ostrym
ironicznym śmiechem i odwróciła się doń plecami.
Drzwi za nią trzasnęły głośno.
- Czego ona chciała od ciebie? - zapytał po pauzie
Nikodem.
Nina rozpłakała się. Nie mógł się z nią dogadać i
zły chodził po salonie, roztrącając meble.
Nadeszła i pani Przełęska, lecz szybko wycofała się,
sądząc, że trafiła na scenę zazdrości czy jakąś
grubszą sprzeczkę narzeczonych.
Dopiero po pewnym czasie Nina uspokoiła się, lecz nic
nie chciała powiedzieć. Zapewniła tylko Nikodema, że
może być pewny jej wierności i że Kasia nigdy więcej
nie wróci.
"Co ma piernik do wiatraka - łamał sobie głowę
Dyzma baby to doprawdy mają we łbie groch z
kapustą".
<strona 292>
|